Komiks – o co w nim chodzi? Moja przygoda z kolorowymi kartkami

W popkulturze najlepsza jest mnogość obszarów, jaka się na nią składa. Nie wiem, czy istnieje jakaś oficjalna klasyfikacja, ale doskonale wiem, jak ja ją dobieram. Według mnie podział wygląda tak: książki, filmy, seriale, gry wideo oraz komiks. Każdy obszar jest unikalny, ale jednakowo niesamowity. Ostatnie z tych mediów doceniłem w życiu najpóźniej, czego chyba jednak nie żałuję. Musiałem przerobić spory kawał popkultury, żeby móc czerpać z komiksu jak najwięcej. Dzięki temu teraz nie wyobrażam sobie bez niego życia.

To późne dotarcie się nie jest zresztą czymś wyjątkowym, bo powieści graficzne są nadal traktowane u nas raczej marginalnie. Gdybym miał myśleć, dlaczego tak się dzieje, to stawiałbym na dwa główne powody. Pierwszym z nich jest panujący stereotyp, że komiks to historyjka z odwrotu kartonu płatków śniadaniowych, ewentualnie przygody Kaczora Donalda (rzecz jasna świetne!) czy podobne im trywialne opowieści. Z drugiej strony zainteresowanych przerażać może cena jednego tomu, która przewyższa sumę, jaką zapłacić trzeba, na przykład, za nową książkę. Summa summarum otrzymujemy nowobogacki produkt dla tych, którym nie chce się czytać dłuższych form pisemnych. Niewiele jednak potrzeba, żeby całkowicie obalić takie podejście. Jak udało mi się przekonać do komiksu mimo pozornych przeciwności?

Skąd ten komiks?

Dobrze pamiętam z jakiego powodu, już jako świadomy odbiorca, zainteresowałem się komiksowym światem. Byłem na pierwszym roku studiów i oglądałem wtedy namiętnie filmy Maćka Dąbrowskiego na kanale „Z Dupy”. Bardzo ceniłem sobie cykl „Kurwtura, głupcze!”, w których opowiadał o swoich ulubionych tworach popkulturowych, mających związek z tematem odcinka. W piątej odsłonie serii opowiadał o szkole i poruszył przy okazji wątek dotyczący Sandmana od Neila Gaimana. Sama historia nie była istotna dla fabuły, komiks nie straciłby nic istotnego na jej braku, ale coś mnie tam zaintrygowało.

Przy najbliższej okazji udałem się do sklepu po Sandmana. Tu ciekawostka – to był mój pierwszy komiks i zarazem jedyny zakupiony stacjonarnie. Pamiętam, jak zacząłem czytać pierwszy tom. Po prostu magiczne uczucie. Zachwycałem się niesamowitymi kadrami, które stanowiły małe dzieła sztuki. Z każdą stroną czytałem coraz wolniej, żeby lepiej poczuć klimat opowieści. Chłonąłem kartki tak samo, jak te z genialnej książki – wyobrażając sobie w głowie dźwięki otoczenia, głosy bohaterów. Dodatkowy bodziec w postaci obrazu wcale nie spłycał tego procesu. Kształtował go po prostu w inny sposób.

Zacząłem czytać „Preludia i nokturny” w listopadzie. Do świąt już większość serii stała na mojej półce. W ten sposób komiks pojawił się w moim życiu.

Czemu wciąż zachwycam się komiksami?

Kiedy myślę o tym, co sprawiło, że komiks stał się dla mnie jednym z najważniejszych mediów popkulturowych, odpowiedź jest oczywista. Chodzi tu o uwiecznienie na papierze jednej bądź kilku, wyobrażonych chwili. Pozornie taki obrazek jest nieruchomy. To tylko wrażenie, bo dzięki dobremu rysownikowi w każdym kadrze opowieść żyje. Dynamiczna kreska rozbrzmiewa w głowie wybuchami i wystrzałami. Subtelna otula i odpręża. Zwiewna sama prowadzi nas przez cały tom. Odpowiedni sposób kreślenia wydarzeń pozwala nam wpaść w ich wir, poczuć zapach czy dźwięk towarzyszący akcji. Powiecie mi, że podobnie jest z książkami, i to oczywiście prawda. Komiks teoretycznie pozostawia mniejsze pole do popisu naszej wyobraźnie, ale wyostrza za to nowe bodźce.

Nie tylko płynność nadawana kadrom odpowiada za jakość historii. Komiks to dla mnie uhonorowanie szczegółu. Inaczej niż w filmowych scenach – tu mamy nieograniczony czas na to, by wyłapać najdrobniejsze elementy pozostawione przez twórców. Nie mówię tu tylko o bogatym tle, odniesieniach do rzeczywistości czy popkultury. Mam na myśli dbałość o pozorne błahostki, które budują świat i postacie. Zrozumiałem to w momencie czytania drugiego tomu Transmetropolitan. W jednym okienku widzimy kobietę palącą papierosa. Niby nic niezwykłego, ale możemy dostrzec wszystkie bruzdy na jej twarzy, zmęczenie w oku, kawałek zdartego lakieru na paznokciu i rozżarzoną końcówkę skręta, która zaraz spadnie do popielniczki. To „tylko” rysunek, ale zapisana w nim akcja toczy się sama.

Co z fabułą?

Wbrew pozorom komiks to nie tylko rysunki. To skarbnica pełna niesamowitych historii wszelkiego rodzaju. Od wesołych po smutne i straszne. Przez zabawne po refleksyjne i przygnębiające. Błahe i poważne. Najlepszy powieści graficzne w niczym nie ustępują fabularnie arcydziełom kinematografii czy literatury. Sandman, Transmetropolitan, Strażnicy, Kaznodzieja, Blacksad… To tylko kilka absolutnych perełek, które potrafią na stałe zapisać się w postrzeganiu popkultury. Historie, którym rysowana forma nie odbiera powagi, a tylko potęguje odbiór. Można by o nich powiedzieć, że „czyta się je jak dobrą książkę” albo „ogląda jak dobry film”. To jednak ujma, bo to po prostu świetne komiksy.

To może sięgnąć po komiks?

Komiks jest najmniej docenianym medium popkulturowym. Czy słusznie? Absolutnie nie. W większości przypadków brak uznania wynika z nieznajomości tej sztuki. Powieści graficzne pod względem jakości przekazu stoją na równi z książkami i filmami. Bogactwo historii, jakie kryją w kadrach, z pewnością zaskoczy niedowiarków. Przekonajcie się sami, jaka moc drzemie w połączeniu fabuły z setkami rysunków!

A jak to jest z Wami? Komiks to coś, od czego stronicie? Czy może i Wasze półki uginają się pod ich ciężarem? Dajcie nam znać w komentarzach oraz na naszej stronie facebookowej!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments