Kiedy małpy zaczną latać. Podniebny Harry – Wakanda – Recenzja

Harry

We współczesnej popkulturze antropomorfizm stał się czymś więcej niż tylko zabiegiem stylistycznym.

Wiem, że nie jest to nowatorski pomysł, bo animacje takie jak „Pszczółka Maja”, „Reksio” czy „Miś Uszatek” mają już kilkadziesiąt lat. Jednak to dopiero młodsze tytuły ośmielają się na bardziej dojrzałe przedstawienie historii ludzko-zwierzęcych bohaterów.

Podniebny Harry – Zootopia dla starszego odbiorcy

Koronnym przykładem jest oczywiście „BoJack Horseman” – pozycja niezwykle wyjątkowa pod względem prawdziwości i dorosłości przedstawionego świata. Komiksy nie ustępują jednak serialom. Mamy „WE3”, gdzie zwierzęcy bohaterowie co prawda nie dorównują ludziom na poziomie intelektualnym, jednak są świadomi w takim stopniu, że nie można ich uznać tylko za „braci mniejszych”.

W komiksowym świecie bryluje hiszpańska perła: „Blacksad”. Po piętach jednak zaczyna deptać naszemu kociemu detektywowi „Podniebny Harry”. „Deptanie” oznacza tu nie tylko zbliżanie się do poziomu dzieła Canalesa i Guarnido, ale również naśladowanie. Étienne Willem bierze bowiem dużo od hiszpańskiego duetu, lecz nie robi tego w sposób wtórny i nudny, a zachęcający… I obiecujący.

New York, New York…

Trudno w recenzji „Podniebnego Harry’ego” nie odnosić się do „Blacksada”. Pomijam już zwierzęcy wygląd bohaterów. Szkopuł tkwi również w tym, że obaj panowie mogliby się spotkać na ulicy… I zresztą na taki ukryty w kadrze smaczek liczę w kolejnych dziełach Willema. Akcja obu wspomnianych komiksów rozgrywa się w I połowie XX wieku w Nowym Jorku. Pokrycie czasu akcji można jeszcze bardziej zawęzić, gdyż wiemy, że obaj panowie są weteranami I wojny światowej. W „Podniebnym Harrym” wydarzenia rozgrywają się dokładnie w marcu 1933 roku. Klimatu dodaje nam tu również tło historyczne, które autor wiernie odwzorowuje. Zostajemy więc postawieni przed Wielkim Kryzysem i prohibicją. Pierwszy z nich skutkuje między innymi olbrzymim bezrobociem (w USA sięgnęło ono 30%), a druga zakazem produkcji, sprzedaży oraz transportu alkoholu na teranie całego kraju. 

Czarne czasy rzucają cień również na życie naszego bohatera – Harry’ego Faulknera. To ekslotnik z eskadry Lafayette (jest to autentyczny dywizjon, moi Państwo!), a także ekskaskader i były właściciel Latającego Cyrku Monkey Pattona (może i nie najbardziej wyrafinowane nawiązanie do Latającego Cyrku Monty Pythona, ale za to zgrabne i zabawne). Ciężko się więc dziwić, że osoba o takich kwalifikacjach odrzuca posadę mechanika. Harry pragnie znowu latać, jednak od sześciu lat pozostaje uziemiony z powodu bliżej nieznanego nam incydentu. Możemy się domyślać, że ten osobnik jest komuś solą w oku, względnie metalową rurką w silniku samolotu. Z ambiwalentnym stosunkiem pilota do braku pracy nie może się pogodzić jego ukochana – dziennikarka Betty (ech kobiety!).

W tym samym czasie nad miasto wznosi się Wakanda – sterowiec nowej generacji, który unosi się dzięki syntezowanemu helowi. To dzieło techniki wykonała spółka lotnicza, założona przez burmistrza Nowego Jorku. Polityk nie przepuszcza więc okazji do wyprawienia na zeppelinie przyjęcia… zasadniczo na swoją cześć. Jako że wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze od innych (ależ ten Orwell się tu wpasował!), zaproszeni goście bawią się nadzwyczaj wystawnie. Popijają francuskiego szampana (wspominałem o prohibicji, prawda?) i kosztują wykwintnych dań (o biedzie spowodowanej kryzysem też mówiłem, nie?). Zdawać by się mogło, że największym zmartwieniem burmistrza pozostaje zaproszona na wydarzenie Betty, która zamierza wbić w politykiera kilka szpilek, a nie zachwalać go… Okazuje się jednak, że większy problem stanowią bezwzględni terroryści, którzy uprowadzają Wakandę i biorą jej pasażerów jako zakładników! Na pokład przemycili też bomby z gazem musztardowym, więc zestrzelenie ich jest wysoce niebezpieczne. Gdyby tylko w pobliżu był ktoś, kto jest wytrawnym pilotem i kaskaderem oraz mógłby dostać się na pokład sterowca niezauważony…

„Nie ucz małpy latania samolotem” ~ Konfucjusz

Harry Faulkner wyrusza więc swojej dziewczynie na ratunek. Nie ma samolotu, ale mężczyzna jest gotowy zrobić wszystko, aby ratować swoją kobietę. Zwłaszcza taki! Nasz były lotnik może nie jest aż tak charyzmatyczny, jak detektyw Blacksad, ale też nie da sobie w kaszę dmuchać/zabrać banana. Lekka arogancja, pewność siebie i odwaga sprawiają, że można go określić mianem charakternika. Poza wykonywaniem skomplikowanych akrobacji powietrznych daje sobie też radę z praniem złoczyńców po pysku. Raz na jakiś czas rzuci żartem i nieźle sobie radzi, działając pod presją. Słowem – da się go lubić.

Pierwszy tom co prawda nie rozwija zbyt głęboko jego postaci, ale pamiętajmy o tym, że tacy goście – raczej małomówni, skryci i tajemniczy „zimni dranie” – nie są skorzy do odkrywania zbyt szybko kart swojej przeszłości. Komiks Étienne Willema może też poszczycić się dobrze napisanymi postaciami drugoplanowymi. Szczególnie zapadł mi w pamięć republikański senator, który jest jednocześnie generałem i pelikanem. Na wieść o porwaniu Wakandy rozkazuje ją zestrzelić nad Central Parkiem. Dlaczego tam? Ano dlatego, że obszar ten pełnił też jednocześnie funkcję slumsów. Zdaniem pana generała śmierć „kilku bezrobotnych” nie zrobi nikomu różnicy. Jest to ponadto ciekawe przedstawienie stosunku rządzących do zwykłych ludzi, dotkniętych kryzysem.

Zapytacie mnie – a co z kreską? A ja odpowiem, że ma się całkiem nieźle. Ona także jest mocno inspirowana „Blacksadem” – mówię tu głównie o sposobie rysowania bohaterów. W przeciwieństwie do dzieła Hiszpanów kolory są jednak trochę żywsze, nie tak przygaszone. To, jak i lżejsza od „blacksadowej” historia, sprawiają, że „Podniebny Harry” jest skierowany do trochę młodszego odbiorcy niż grupa docelowa dla przygód czarnego kota w prochowcu. Czy umniejsza to komiksowi w jakiś sposób? Moim zdaniem nie. Twórca nie boi się przedstawić w kadrach krwi czy przemocy. Nie ma też oporów przed podkreśleniem seksownie kobiecych kształtów. Mamy do czynienia z jakby złagodzoną wersją „Blacksada”, ale tylko o kilka nut. Brzmi to naprawdę nieźle!

As przestworzy

Harry Faulkner ma szansę zgromadzić całkiem duże grono fanów. Bardzo dobrze wpisuje się w klimat „Blacksada”, którego pokochało wiele osób na całym świecie i którego wielu z nas brakuje. Nie można jednak umniejszać dziełu Étienne Willema, gdyż jest to samodzielna opowieść z ciekawymi bohaterami, wartką akcją, zaprawiona też nutką tajemnicy.

To wart polecenia kryminał, na którego rozwinięcie czekam z niecierpliwością. Bardzo dziękuję wydawnictwu Egmont Polska za udostępnienie egzemplarza do recenzji!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments