Kaznodzieja – Tom 1 – Recenzja

Jak podpowiada nam już sama nazwa komiksu Gartha Ennisa i Steve’a Dillona, mamy tu do czynienia z dziełem o charakterze religijnym. Głównym bohaterem opowieści jest młody pastor Jesse Custer, który przechodząc kryzys wiary, skupia się na poszukiwaniu Boga.

W tym celu stara się do niego zbliżyć poprzez życie w czystości, dobre uczynki, wyciszenie i… I chyba nie uwierzyliście w to, co napisałem prawda? Jeśli jednak wzięliście na poważnie słowa Waszego oddanego recenzenta i uznaliście je za obiecujące, to przepraszam. Musicie jednak wiedzieć, że nazwisko Ennis zwiastuje mega popieprzony rollercoaster, prawdziwą obrazoburczą jazdę bez trzymanki.

Ten irlandzki scenarzysta nie zawaha się przed przedstawieniem żadnej swojej wizji – nieważne czy to krwawa bójka, zdzieranie komuś skóry z twarzy czy seks na masce samochodu. A Jesse Custer? Jest pastorem, ale to nie przeszkadza mu w piciu alkoholu, paleniu papierosów, dawaniu ludziom po pysku czy byciu w związku z piękną Tulip O’Hare. To pełnokrwisty Teksańczyk, wychowany na westernach, z których przejął zachowanie honorowych kowbojów. Twardy gość, przez którego mdleją zarówno kobiety (z wrażenie uroku), jak i mężczyźni (z wrażenia prawego sierpowego).  Nie skłamałem jednak w tym, że gość szuka Boga. Szuka, ale po to, by nieźle Go opieprzyć.

To był czas Kaznodziei…

Tymi słowami rozbrzmiewa pierwszy kadr komiksu. Celowo mówię rozbrzmiewa, gdyż jest to fragment piosenki „Time of the preacher” Willie’go Nelsona, która puszczona najpewniej z szafy grającej, towarzyszy głównym bohaterom podczas posiłku. Od razu poznajemy trójkę najważniejszych postaci tej opowieści – wielebnego Jessego Custera, jego dawną/obecną miłość Tulip O’Hare oraz ich nowego kumpla Cassidy’ego. Ennis i Dillon na początku swojego komiksu prezentują wstęp do właściwej historii. Panowie przedstawiają nam sposób, w jaki poszczególne wątki połączyły się w jeden. Z perspektywy Jessego opowieść zaczyna się od upicia się na wściekło butelką Jacka Danielsa. Jego złość zwrócona jest w kierunku wiernych z jego parafii, którzy zdają się walczyć o główną nagrodę w kategorii „Dewoci roku”. Parafianie grzeszą i oszukują na potęgę, zachowują się jak stereotypowi wieśniacy z południa USA – dziko i zwierzęco. Wielebny ma tego w końcu dość i, nie przebierając w słowach, mówi zebranej w barze społeczności, co o niej myśli. Tym samym zapewnia sobie rekordową liczbę osób na niedzielnej mszy – wszyscy uważają, że Custer zwariował i chcą zobaczyć, do czego może się posunąć… Względnie chcą po mszy dać mu w zęby za obnażenie ich brudnych występków.

Mniej więcej w tym samym czasie w Niebie dochodzi do groźnego incydentu. Spod straży adefinów, pomniejszych aniołów, ucieka Genesis – nowy rodzaj bytu o mocy porównywalnej z boską, które prawdopodobnie będzie się chciało połączyć z w pełni rozwiniętą świadomością, duszą. Niebiańscy pracownicy, świadomi konsekwencji swojej niesubordynacji, wysyłają za Genesis człowieka Boga od „mokrej” roboty – Świętego od Morderców, który ma za zadanie je wyeliminować bez względu na ofiary, którymi, de facto, i tak Święty się nie przejmuje. To na pewno nie o nim śpiewała Arka Noego. W każdym razie lepiej, żeby tak było. Wracając jednak do historii Ennisa – jak można się domyślać, wyżej wspomniany byt trafia na Ziemię, a za swojego nosiciela obiera nikogo innego jak naszego wielebnego. Łącząc się z nim wzbudza niewielką falę uderzeniową. Konkretnie taką, która wystarcza do spalenia wszystkich dwustu wiernych obecnych w tamtej chwili na mszy, odprawianej przez Custera. Zupełnym przypadkiem Jesse’ego w gruzach odnajduje Tulip O’Hare – jego dziewczyna, którą porzucił bez słowa wyjaśnienia pięć lat wcześniej – oraz spotkany przez nią niedawno Cassidy, który pomógł jej wydostać się z pewnych tarapatów. Jako że wielki słup ognia połączony z wybuchem niszczącym cały kościół może wzbudzić pewne zainteresowanie, na trop naszej trójki od razu wpadają lokalni stróże prawa. Na ich czele stoi szeryf Root. Jeśli ktoś z Was oglądał film „American Beauty”, to może i Wam skojarzy się on z pułkownik Frankiem Fitts’em. Taki filmowy, amerykański stróż prawa/były wojskowy mocno nakręcony na własną definicję dyscypliny i normalności. Słowem ostro pierdolnięty z odrobiną władzy i bronią palną. Niebezpieczny typ. Na szczęście obecność Genesis dzieli się z wielebnym Custerem swoją mocą, co pozwala wyjść bohaterom z obławy bez szwanku. Gorzej dla uczestników tej obławy, że po ucieczce zbiegów to oni sami stają się celem i to Świętego od Morderców. Ze spotkania z nim już bez uszczerbku raczej wyjść się nie da. Po pewnych wydarzeniach, których zdradzanie Wam byłoby grzechem, Tulip i Cassidy postanawiają towarzyszyć Jessemu w jego podróży, która ma na celu między innymi wyjaśnienie tajemnicy Genesis.

 

This is America

… może nie w takim stylu, w jakim śpiewa Gambino, ale dla mnie „Kaznodzieja” to obraz krwistej Ameryki znanej z filmów. Brudny Teksas, pełen wariatów i mroku Nowy Jork, autostrady biegnące przez pustynie czy rajska dla Potwora z Bagien Luizjana. Ten klimat buduje też muzyka, która wybrzmiewa w tle opowieści – wspomniany wcześniej Willie Nelson, a także The Pogues i wielu innych. Puszczone przez nas utwory tych wykonawców w tym samym czasie, w jakim słuchają ich bohaterowie komiksu, jeszcze bardziej wzmacniają sposób, w jaki odbieramy tę opowieść. W moim odczuciu cały komiks jest jakby pociętym na klatki thrillerem, względnie filmem akcji. Rzadko kiedy fabuła zwalnia – Ennis i Dillon raczej stale bombardują nas coraz to nowymi pomysłami. Trzeba przyznać, że panowie potrafią jechać po bandzie. Owszem – mało co nie jest tam mocne, brutalne czy nawet bluźniercze. Nie oznacza to jednak, że jest to jedynie próba szokowania czytelnika na pokaz. Rozgrywające się sceny są bardzo przemyślane, a znaczenie mają czasem pozornie nieistotne kadry. Dołóżcie do tego naprawdę niebanalnie zrealizowane zwroty akcji i to, za co uwielbiam Ennisa najbardziej, genialne postacie drugoplanowe, o czym zresztą pisałem już w recenzji Punishera jego autorstwa. Nawet jeśli wprowadza on postać na jeden albo dwa zeszyty, to stara się z niej uczynić kogoś wyjątkowego, niepowtarzalnego, wartego zapamiętania. Postacie, które zostają jednak z nami na dłużej, to już prawdziwy majstersztyk. Może nie od razu poznajemy ich całkowity potencjał i historię, ale nietrudno wyczuć, że takie osobistości jak Święty od Morderców czy Gębodupa nie dadzą o sobie zapomnieć.

Od fabuły nie odstają świetne rysunki Steve’a Dillona. Gość naprawdę potrafi zatrzymać czas, czyli robi coś, co najbardziej lubię w komiksowym medium. Tak samo genialnie potrafi pokazać ściekającą po policzku bohatera łzę, jak i moment, w którym czyjaś głowa rozpada się na krwawe kawałki. To ceni się u rysownika. Sama kreska jest mocno naturalistyczna do tego stopnia, że czasem ciężko nawet stwierdzić czy dana postać jest, czy nie jest atrakcyjna, bo wszyscy wyglądają dość przesadnie, a nawet mrocznie. Moim zdaniem świetnie wpisuje się to w założenia komiksu, który przecież w żadnym wypadku nie ma być gładki i czysty. Perfekcyjne odwzorowane są też emocje kierujące postaciami. Każdy grymas, skrzywienie czy skurcz mięśnia jasno i dogłębnie wyraża, jak czuje się dany bohater. Na wieczne chapeau bas zasługuje też Glen Fabry, którego okładki do „Kaznodziei” są tak paskudne, tak brzydkie… Że aż piękne.

 

Początek drogi

Tyle właśnie można powiedzieć o początku historii wielebnego Custera i jego przyjaciół. Przybliżyłem tu Wam cztery pierwsze rozdziały z dwunastu zawartych w pierwszym tomie wznowionego wydania „Kaznodziei”. Zanim bohaterowie poznają odpowiedzi na swoje pytania, ich drogi skomplikują się jeszcze wielokrotnie. Tym właśnie jest „Kaznodzieja” – komiksem drogi. Brutalna opowieść podszyta czarnym humorem, ale walczy się w niej o rzeczy dobre, takie jak wiara, miłość czy przyjaźń. Jest to absolutny klasyk komiksowy, tak jak w świecie kina absolutnymi klasykami są filmy Tarantino czy braci Coen. Pełnokrwiste dzieło sztuki.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: