Jojo Rabbit i 1917, czyli co dwie wojny to nie jedna.

Co łączy pierwszą i drugą wojnę światową oprócz tego, że wywołali je Niemcy, spowodowały wielki przeskok technologiczny i były, no… Światowe? Ano dostaliśmy w ostatnim czasie na ich temat dwie naprawdę udane produkcje. Obie oscarowe, pełne emocji, a przy tym genialnie wyreżyserowane. Co mają wspólnego angielskie okopy oraz nazistowskie obozy harcerskie? Czy da się nagrać cały film na jednym ujęciu? Waititi – lepszy reżyser czy dyktator? Tego wszystkiego dowiecie się, czytając zbiorczą recenzję 1917 oraz Jojo Rabbit. Zapraszam!

Jeszcze przed Oscarami zastanawiałem się, kto może zgarnąć 92. w historii statuetkę za najlepszy film. Tarantino ze swoją laurką dla Stanów lat 60., jak i Hollywood? Czy jednak Phoenix, niosąc na plecach Todda Philipsa wraz z resztą filmu? Który z nich wejdzie razem z drzwiami, zgarnie statuetkę, powie coś o społeczeństwie i wyjdzie? A może Martin Scorsese pokaże swoim Irlandczykiem, że stary człowiek i (też) może, a streaming to przyszłość kina? 

1917

Wtem na ekrany polskich kin wchodzi 1917. Na film poszedłem bez przesadnej ekscytacji. Reżysera za bardzo nie znam, za kinem wojennym nie przepadam, tematykę „Wielkiej Wojny” bardzo lubię, ale jak nie usłyszę Seven Nation Army, to wychodzę. Po seansie jestem w stanie powiedzieć tylko tyle – IDŹCIE NA TO DO KINA!

Seans 1917 na srebrnym ekranie polecam Wam nie tylko z tego względu, iż jest to diabelnie dobra produkcja, ale również dlatego, że w przeciwieństwie do domowych odbiorników, ogromny kinowy wyświetlacz w stu procentach oddaje to, jak śliczny, a przy tym genialnie nakręcony jest to film.

Co do samej reżyserii, jest wprost cudowna! „Kręć to mastershotem” – tak w utworze Giro d’Italia nawijał Quebonafide. Najwidoczniej Sam Mendes musi być wielkim fanem duetu Taconafide, bo, jak zapewne wielu z Was wie, 1917 jest w całości nakręcony na jednym ujęciu. Brzmi jak fajna techniczna sztuczka, którą można pochwalić się w materiałach promocyjnych czyż nie? Po kilkudziesięciu minutach oglądania ten bajerancki gimmick zamienia się jednak we wręcz idealne narzędzie do opowiadania historii. Narzędzie, którym Mendes posługuje się równie bezczelnie i kompetentnie co rodowity mieszkaniec Krakowa maczetą. Takie ustawienie kamery nie dość, że pozwala nam praktycznie od razu wsiąknąć w świat przedstawiony, to jeszcze dodaje pewnej intymności na pierwszy rzut oka naprawdę epickim i monumentalnym wydarzeniom… Gdzie to Seven Nation Army?! 

I wojna światowa oczami żołnierza

Ponadto, kiedy nie opuszczamy naszych bohaterów na krok, jesteśmy w stanie się z nimi niesamowicie zżyć.  Protagonistów naprawdę trudno jest nie polubić. Ich kolejnych rozmów na temat samej wojny, wydarzeń z nią związanych, ale również barakowej codzienności czy rodziny osobiście jestem w stanie słuchać godzinami. Przy tym  pogaduszki te są na tyle dobrze napisane i tak fantastycznie zagrane, że wystarczą, aby nakreślić charaktery naszych żołdaków. Dzięki temu widz praktycznie od razu utożsamia się z bohaterami. Kibicuje im i trzyma kciuki aby cali i zdrowi ukończyli misję. Zarówno George McKay, jak i Dean-Charles Chapman odwalili tutaj kawał dobrej roboty!

Wojna zawsze coś zabiera

1917 jest doznaniem praktycznie kompletnym. Cholernie wzruszającym, wywołującym u widza zadumę nad sensem wojen, istotą człowieczeństwa czy samą śmiercią. Wie, kiedy dać nam chwilę oddechu, zwolnić – tylko po to, aby kawałek później uderzyć nas w twarz dwa razy mocniej. Kino drogi skupiające się w każdym calu nie na samej drodze, a postaciach ją przemierzających, które dzięki bezbłędnej narracji wizualnej są już nawet nie trój, a czterowymiarowe.  Mendes zadaje pytanie o to jak dużo jesteśmy w stanie poświęcić dla wyższego dobra. Czy nawet w najgorętszym piekle może pozostać w nas cząstka niewinności? A przy tym, co chwilę przypomina, że wszyscy i tak skończymy w piachu. Ja zadaję pytanie, jak Bong ze swoim Parasite był w stanie zatrzymać ten wypchany po brzegi emocjami i reżyserskim geniuszem złoty pociąg o nazwie 1917

Jojo Rabbit

W przeciwieństwie do 1917 na Jojo Rabbit czekałem od pierwszych trailerów  aż do samej premiery. Więcej o tym, jak nie potrafiłem się doczekać tej drugowojennej komedii z hitlerowcami w roli głównej, możecie przeczytać w moim tekście na temat najbardziej wyczekiwanych tegorocznych produkcji. Ano Właśnie – „komedii”. Taika Waititi serwuje nam kawał dobrego, momentami uroczo absurdalnego humoru. Czy jest w tym filmie jednak coś poza żartami z nazistów oraz ich nazbyt ekspresywnego wodza?

Jojo Rabbit, na pierwszy rzut oka niesamowicie zabawna i błyskotliwa satyra, jest tak naprawdę historią o dorastaniu oraz przyjaźni. Nasz tytułowy Jojo pomimo miłości i czasu, jaki poświęca mu samotnie wychowująca go matka, jest dzieckiem bardzo introwertycznym i zagubionym. Nie widzi świata poza nazistowską ideologią, której tak naprawdę nie rozumie, a jego najlepszym przyjacielem jest wyimaginowana, wyidealizowana wersja Hitlera. Wszystko zmienia się w  momencie, kiedy odkrywa ukrywającą się w jego domu żydówkę Else. Ta nie ma łusek, ogona ani rogów, a do tego pomimo początkowych konfliktów okazuje się naprawdę w porządku. W wyniku tego spotkania Jojo zostaje postawiony przed wyborem: pozostać w klubie swastyk czy  zachować się jak człowiek w tych nieludzkich czasach…?

Mój przyjaciel Hitler

Taika niesamowicie umiejętnie i z wyczuciem ukazuje rozwój relacji dwojga młodocianych bohaterów, ich powolne docieranie do siebie nawzajem. To, jak nasz protagonista zaczyna dostrzegać w dziewczynie nie szatański pomiot i powód wszelkiego zła na świecie, ale osobę. która tak samo. jak on czuje. Tak samo marzy. A przy tym osobę, która zaczyna go fascynować i za którą ostatecznie jest w stanie skoczyć w ogień. Klasa sama w sobie!

Pomimo czterdziestu czterech wiosen na karku Pan Waititi zdaje się doskonale wiedzieć jakie myśli mogą kłębić się w głowie dorastającego chłopca (no, może poza mokrymi snami na temat zwycięstwa Hitlera oraz globalnej Rzeszy). Dzięki temu pierwsze zauroczenia Jojo, pierwsze jego próby zachowywania się jak dorosły, ale również momenty, w których może po prostu wyrzucić z siebie tę dziecięcą energię czy naiwność tłamszoną przez wojenną codzienność, wypadają tak naturalnie i uroczo. Duża w tym zasługa samego Królika Jojo, a dokładnie Romana Griffina Davisa przegenialnie wcielającego się w postać naszego małoletniego nazisty. Z przyjemnością mogę powiedzieć, że aktualnie obok Abby Ryder Forston jest on moim ulubionym dziecięcym aktorem. Trzymam kciuki za rozwój jego dalszej kariery. 

Jojo Rabbit Hitler

Odegrane perfekcyjnie

Jeżeli mowa właśnie o aktorstwie – nie będzie  przesadą stwierdzenie, że Taika Waititi zgromadził na planie filmowym więcej gwiazd, niż można doszukać się na fladze Chin. 

Wspomnieć wypada o najgłośniejszym nazwisku  całej produkcji – Scarlett Johannson. Wiecie, mam mały problem z jej występem. Nie zrozumcie mnie źle, dalej uważam, że jako nieco ekscentryczna mama głównego bohatera, Scarlett wypadła naprawdę dobrze. Masa charyzmy, niewymuszonej chemii z Romanem Griffinem oraz bardzo szerokie spektrum emocji – czego chcieć więcej? Momentami miałem jednak wrażenie, że nasza Black Widow chce aż za bardzo, przez co jej postać w niektórych scenach mnie żenowała, a nawet irytowała. Spodziewałem się chyba jednak czegoś więcej po roli nominowanej do Oscara. Na uwagę zasługuje także Sam Rockwell niesamowicie bawiący się rolą przerysowanego niemieckiego dowódcy – kapitana Klenzedorfa, czy lekko odstająca od tej dwójki, ale wciąż wypadająca naprawdę fajnie Thomasin McKenzie jako wcześniej wspomniana Elsa. 

Moim zdaniem jednak na największe pochwały zasługuje sam reżyser, Taika Waititi, wcielający się postać austriackiego akwarelisty. Każda kolejna scena w Jojo Rabbit z jego udziałem była czystym komediowym złotem. Dobry wujaszek Adolf zagrzewający łóżko naszemu Jojo czy uczestniczący i reagujący na kłótnie chłopaka  z mamą pozostaną w mojej pamięci na długo. Nie sądźcie jednak, że film jakkolwiek gloryfikuje postać Fuhrera. Im bardziej Jojo zaprzyjaźnia się z Elsą, tym bardziej Hitler się zmienia. Z pomocnego kumpla przeistacza się stopniowo w obłąkanego choleryka wykrzykującego swoje rokazy, jakiego znamy z licznych zachowanych nagrań przemówień. Waititi doskonale odnajduje się w obu tych rolach głównie dzięki świetnej mimice oraz grze zarówno ciałem, jak i głosem. Bardzo żałuję, że Taika za swój występ nie dostał chociaż nominacji oscarowej za rolę drugoplanową. Z pewnością zasłużył o wiele bardziej aniżeli chociażby Tom Hanks. Z drugiej jednak strony już widzę te nagłówki: „Adolf Hitler nominowany do Oscara”.

Jojo Rabbit czy 1917, który lepszy

Jojo Rabbit i ukazanie wermachtu

Kolejnym ciekawym elementem wartym poruszenia jest także to, jak przez całą produkcję oprócz  samego Adolfa zmienia się sposób ukazania niemieckiego wojska oraz podejście Jojo do wojny.

Początek filmu przedstawia nam żołnierzy Wehrmachtu żywcem wyjętych z propagandowych plakatów: mężni i honorowi, w idealnie wypastowanych butach i nienagannych mundurach, chcący walczyć za swój ukochany kraj do ostatniej kropli krwi. O tym samym marzy również nasz nieletni hitlerowiec, głośno fantazjujący o dołączeniu do wojska i walce ku chwale wielkiej Rzeszy. Wraz z postępującym atakiem aliantów na rodzinne miasteczko Jojo oraz jego wewnętrzną zmianą, chłopak orientuje się, że wojna, w której chciał uczestniczyć czy broń, z której chciał strzelać, nie niosą za sobą niczego więcej niż bieda, zniszczenie i śmierć. Z kolei nieustraszeni wojownicy spod znaku żelaznego krzyża to tak naprawdę zbieranina fanatyków, cywilów oraz dzieci.

Taika Waititi prezentuje nam drugą wojnę światową jako coś bardzo groteskowego, bezsensownego, ale również cholernie chaotycznego i przerażającego. Takie przedstawienie tego największego w historii konfliktu, pomimo częstej hiperbolizacji (patrz tworzenie z dzieci chodzących granatów czy nauka walki w wodzie poprzez wrzucanie do basenu) w gruncie rzeczy dobrze oddaje to, jak bardzo chore były to czasy i działa na wyobraźnię widzów lepiej niż jakakolwiek statystyka czy film dokumentalny. 

Jojo Rabbit recenzja filmu

II wojna światowa w świeżym wydaniu

Reasumując, Jojo Rabbit to pełne Cageowskich „emołszyns” filmidło, na którym popłaczemy się zarówno ze śmiechu, jak i wzruszenia. Świetny scenariusz, idealnie dobrana obsada oraz 100% Taiki w Taice.  Niesamowicie świeże podejście do tematu, o którym powiedziano już chyba wszystko. Obok Bękartów Wojny Tarantino jest to w moim odczuciu jedna z najlepszych drugowojennych produkcji, jakie kiedykolwiek dostaliśmy. Nic tylko czekać na kolejne projekty pana Waititiego, a te zapowiadają się naprawdę interesująco. Historia kopiących się po czołach piłkarzy reprezentacji Samoa? Brzmi jak samograj!

Filmy, które MUSICIE obejrzeć

1917 a 1945. Francuskie okopy a niemieckie miasteczko. Dorośli mężczyźni a młody chłopiec. Dramat a komedia. Pierwsza a… druga. Gdybyście zapytali się mnie, który z tych filmów podobał mi się bardziej, odpowiem, że… nie wiem. Są to bardzo różne produkcje, inaczej opowiadające historię, wywołujące inne emocje podczas seansu.

Po wyjściu z kina towarzyszyły mi jednak niesamowicie podobne uczucia. Większe dostrzeganie w innych człowieczeństwa, przemyślenia nad sensem oraz pojęciem zła czy samej wojny, a nawet pewnego rodzaju nihilizm. Dlaczego? Jakim cudem dwa tak różne filmy, z różnymi czasami akcji, bohaterami, ukazanymi normami kulturowymi czy różnym tempem są w stanie wywołać u widza tak podobne konkluzje?

Mógłbym pewnie dywagować nad tym przez kolejne trzy akapity, jednak chyba prościej będzie zakończyć na krótkim cytacie, większości z Was pewnie znanym.

Wojna, wojna nigdy się nie zmienia…

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments