John Green, Maureen Johnson, Lauren Myracel – W śnieżną noc – recenzja

W śnieżną noc recenzja

W śnieżną noc


Święta Bożego Narodzenia to piękny czas. Czas, który spędzamy z rodziną przy wigilijnym stole, napychamy się do syta, rozpakowujemy prezenty… Albo jesteśmy uziemieni przez kilkumetrowe zaspy śniegu.Mieszkańcy Gracetown muszą zmierzyć się właśnie z takimi przeszkodami. Można przecież przesiedzieć święta w domu, oglądając filmy z Bondem, ale co zrobić, gdy w Waffle House przy autostradzie jest grupka cheerliderek, które akurat mają ochotę na twistera? Ale skąd one się tam w ogóle wzięły? Śniegowy dramat dotknął nie tylko mieszkańców Gracetown, ale i pociąg, który akurat przejeżdżał. Założę się, że nikt nie marzy o tym, aby spędzić święta samemu w obcym mieście. Znajdą się chętni? Cóż, Jubilatka na pewno nie była jednym z ochotników. A wszystko to przez domki Flobie. Poza tym zostaje jeszcze kwestia odebrania prosiaczka, gdy do Starbucksa przyjeżdża grupa emerytów, a kolejki do kas ciągną się w nieskończoność. Nie zapominajmy, że dalej są święta! Przecież trzeba być wesołym! Ewentualnie można być jak figowy pudding, stygnący na końcu stołu.

  

Trzy płatki

Książka „W śnieżną noc” powstała z trzech opowiadań. Maureen Johnson w „Podróży wigilijnej” opowiada nam historię Jublitaki, zmuszonej do wyjazdu do dziadków na Florydę, John Green swoim „Bożonarodzeniowym cudem pomponowym” przybliża nam przygodę trójki przyjaciół, których plany na wigilie, to oglądanie filmów z Bondem, a Lauren Myracel w świątecznej otoczce ukazuje problemy Addie – począwszy od tych miłosnych, na braku czasu kończąc, a to wszystko pod niewinnym tytułem: „Święta patronka świnek”. Wszyscy ci, którzy czuli się lekko zagubieni po pierwszym fragmencie tego posta – nie macie się czego bać, zbiór opowiadań jest logiczny i spójny. I to jest chyba najlepsze w tym wszystkim. Spójność między kolejnymi historiami – bohaterowie się przeplatają, krzyżują swoje losy, pojawiają się na chwile w tekście, żeby potem, w innym opowiadaniu, odegrać ważną rolę. Autorzy nie zapomnieli też, że skoro po mieście chodzi facet ubrany od stóp do głów w folię aluminiową, to każdy będzie go rozpoznawać.

Osobiście uważam, że ta współpraca między autorami okazała się strzałem w dziesiątkę. Zaowocowała urokliwą i ciepłą książką. Idealna na odstresowanie, a po tych wszystkich „Wiedźminach” i „Morzach wszetecznych” człowiek ma po prostu ochotę przeczytać coś lekkiego, niezbyt skomplikowanego i z Happy Endem. A tutaj wszystko kończy się Happy Endem!

  Co zasługuje na plus?

 Zaraz pojawią się głosy oburzenia: „Hurr durr książki nie ocenia się po okładce”. Mariusz Banachowicz kupił mnie swoim projektem. Gdyby nie ta piękna okładka, nigdy po „W śnieżną noc” bym nie sięgnął. Szczególnie że odrzuca mnie wszystko z półki „literatura młodzieżowa”. Pokuszę się też o stwierdzenie, że nasza polska okładka wygląda znacznie lepiej, niż oryginał (któremu też nie można zarzucić braku uroku w swojej prostocie). Rysunek dziewczyny na tle parku zasypanego śniegiem, pozostający w różnych odcieniach niebieskiego i fioletu – pomimo zimna tych barw, budzi w człowieku ciepło. No i padający śnieg, o którym nie można zapomnieć! Tak więc dla wszystkich oburzony – okładka książki jest ważna.

Poza aspektami wizualnymi treść także jest bardzo dobra. Mimo sztampowej, przewidywalnej fabuły. Bałem się, że te opowiadania będą zupełnie od siebie oderwane, a okazało się, że wspólnie tworzą jedną całość. Szczególnie końcówka, w której to Lauren Myracel umieściła wszystkie ważne postacie. I to poczucie humor… Czytelnik jest wręcz bombardowany komicznymi sytuacjami czy żartami. Śmiesznymi żartami, bo to trzeba podkreślić.

„Byli wyraźnie dumni, że miałam takiego imponującego wszystkim chłopaka. Ale przecież trafili do więzienia z powodu Elfiego Hotelu, więc może powinni jakoś przewartościować swoje priorytety?”

Co mi się nie podobało?

Opowiadanie Johna Green „Bożonarodzeniowy cud pomponowy” nie przypadło mi do gustu. Na tle innych tekstów wydawało się trochę za mało świąteczne. Nie podoba mi się też sam styl pisania tego autora. Prawdopodobnie nie sięgnę po więcej jego książek. Nie mogę jednak odmówić mu, moim zdaniem, świetnie napisanego zakończenia. Poważnie. Było bardzo realistyczne i szczerze – kupiło mnie i poprawiło lekko moją opinię o tym opowiadaniu.

Warto też zaznaczyć, że opowiadania prowadzone są z perspektywy pierwszej osoby – co mi osobiście nie przeszkadzało, ale preferuje bardziej narracje trzecioosobową. Niemniej, pozwoliło to bardziej wczuć się w historie i przeżycia bohaterów.

W śnieżną noc recenzja John GreenDrogi czytelniku, jeżeli szukasz książki do przeczytana „na raz”, prostej, wesołej historii to bez wahania powinieneś sięgnąć po opowiadania „W śnieżną noc”. Gwarantuje Ci, że świąteczny czar zadziała i pochłoniesz tę lekturę z ogromną przyjemnością. Na mnie podziałał, mimo że czytałem ją wiosną.

Jeżeli jednak wolisz głębsze historie i nie lubisz romansu – no cóż, prawdopodobnie zanudzisz się podczas czytania. Ale warto spróbować, może tym razem też wydarzy się cud i nie będziesz mógł oderwać się od tej książki?

Jeżeli czytaliście: podobało się wam? Napiszcie w komentarzach!

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o