Jak zostałam bóstwem!? – Tomy 1-2 – Recenzja

Mówi się, że gdy los daje cytryny, powinno zrobić się lemoniadę. Ale nikt nie wytłumaczył Nanami, co ma zrobić, gdy życie pozostawia ją dosłownie na bruku. Bez mieszkania czy rodziny, załamana nastolatka ląduje na ławce w parku. A tam spotyka ją coś dziwnego…

Gdy ratuje przerażonego faceta przed groźnym psem, ten, po krótkiej rozmowie, ofiaruje jej… Swój własny dom! Nanami, obdarzona buziakiem w czoło i pokracznie narysowaną mapą, z braku laku idzie zobaczyć swoje nowe loku. W końcu nie ma specjalnych alternatyw, prawda?

Nie miała pojęcia, że ten dobroduszny nieznajomy, tak naprawdę wrobił ją w opiekę nad jednym z zapuszczonych, rozpadających się chramów.

Jak potoczy się jej życie, gdy z dnia na dzień przestanie być biedna i bezdomna, a stanie się czcigodną Nanami?

 

Fabuła:

Historia z dwóch pierwszych tomów „Jak zostałam bóstwem!?” skupia się całkowicie na przygodach Nanami, stawiającej pierwsze kroki w swoim wywróconym do góry nogami życiu. Opuszczona, bez przyjaciół w klasie czy poza nią, musi na dodatek męczyć się z gburowatym chowańcem oraz pełnymi energii, choć bojaźliwymi, świątynnymi ognikami.

Nie ma łatwo, szczególnie że od początku czeka ją ciężka praca – zarówno fizyczna, jak i duchowa. Z plewieniem, odkurzaniem, czy myciem podłóg – chociaż zajęć jest sporo – daje sobie radę. W końcu robiła identyczne rzeczy w swoim ówczesnym życiu. Kłopoty zaczynają się, gdy Nanami zostaje rzucona w wir pracy bóstwa bez żadnego wprowadzenia, nauki czy chociażby zwyczajnego mentora. Zamiast tego na każdym kroku jest krytykowana za swoje umiejętności – a raczej ich brak.

Jak zostałam bóstwem!?

Nie można jednak powiedzieć, że się nie stara: gdy pewnego dnia odwiedza ją Księżniczka Rozlewiska, zakasa rękawy, i pomimo braków w doświadczeniu, przy odrobinie szczęścia, udaje jej się rozwiązać miłosny problem wcześniej wspomnianej kobiety (ale nie dajcie się zwieść, Księżniczka to tak naprawdę…!).

W kolejnym tomie przyjdzie zmierzyć się świeżo upieczonemu bóstwu z demonicznym ptakiem zwanym Tengu. Taką postać przybiera w innym świecie, na Ziemi Kurama – nie mylić z dziewięcioogoniastym! – jest sławnym zarówno wśród dorosłych, jak i nastolatków, pewnym siebie i bogatym piosenkarzem. A także z zupełnie innym bóstwem, które nie żywi specjalnie pozytywnych uczuć do Nanami oraz jej chowańca.

Po drugiej stronie zwierciadła możemy obserwować usilne starania Tomoe, – wspomnianego już kilkukrotnie chowańca – aby chram nie rozpadł się doszczętnie za panowania Nanami oraz żeby żaden demon nie skusił się na taką łatwą, i na pewno pyszną, zdobycz, jaką jest ludzkie dziecko obdarzone mocą bóstwa.

 

Leniwiec o fabule:

Historia przedstawiona w „Jak zostałam bóstwem!?” jest ciekawa, potrafi wciągnąć na tyle, że nie miałem ochoty odkładać tomiku w trakcie czytania. Szczerze przyznam, że kupiłem te dwa recenzowane tomy w momencie ich premiery – to były piękne czasy, gdy potrafiłem kupować trzy-cztery mangi miesięcznie, oczywiście różne. Skąd miałem na to pieniądze? Nie wiem, ale chętnie bym się dowiedział.

Niemniej, tyle lat minęło od pierwszego czytania, że dzisiaj czułem się, jakbym zaczynał zupełnie nową historię – zapamiętałem jedynie głównych bohaterów.

Nietrudno dostrzec, że autorka naciąga trochę logiczność historii, aby pasowała jej do scenariusza. Na przykład na samym początku, gdy ojciec opuszcza niepełnoletnią córkę, a państwo, zamiast coś z tym zrobić, zabiera jej mieszkanie, zostawiając Nanami na bruku (!). Najbardziej denerwowało mnie zachowanie Nanami, jak i Tomoe wobec siebie nawzajem. Żadna ze stron tego małego konfliktu, nie wyraziło ani krzty chęci zrozumienia drugiego człowieka. Gdy chowańca możemy jeszcze zrozumieć: najpierw został opuszczony przez mistrza, następnie podstępem zmuszony do posłuszeństwa, tak Nanami, mimo że każdy powtarza jej: „od dzisiaj jesteś bóstwem opiekuńczym świątyni”, sama ani razu nie zadaje podstawowego pytania: co tak właściwie ma robić?

Jej nowo nabyte umiejętności autorka ukazuje tylko wtedy, gdy są niezbędne dla fabuły, gdy trzeba zadziałać, gdyż wszystkie inne opcje się skończyły. Można to traktować jako głupotę bohaterki lub… Lenistwo twórcy. Chociaż gdyby ktoś wytłumaczył Nanami od początku, co ma robić, co by się stało z połową tomiku poświęconą wzajemnemu dogryzaniu sobie?

Jak zostałam bóstwem!?

Mogłoby się zdawać, że powyższe argumenty skreślą „Jak zostałam bóstwem!?” z list pozycji, które przypadły mi do gustu. Otóż nie tym razem. Gdy przymrużymy oczy na te drobne potknięcia, dostajemy familijną komedyjkę. Komedyjkę, która potrafi rozbawić nawet takiego marudę, jak ja!

Jak zostałam bóstwem!?

 

Bohaterowie:

„Jak zostałam bóstwem!?” to manga z gatunku shoujo. Nie powinno więc nikogo dziwić, że w kręgu głównego bohatera – nastolatki, znajdują się praktycznie sami przystojny faceci, którzy z jakiegoś powodu zwrócili na nią uwagę.

O Nanami napisałem Wam już sporo, jednak jest ona postacią, która pozytywnie zaskakuje już niedługo po początku. Nie jest denerwująca! Co się pod tym kryje? Nanami Momozono nie jest idiotką, nie podejmuje specjalnie dużo nieprzemyślanych decyzji. Nie udaje przesadnie słodkiej, wręcz przeciwnie – często pokazuje swoją upartą stronę, ale znowu: upartą nie do przesady. Wie, kiedy powinna sobie odpuścić. Dołączając do tego fakt, że nie żyje z dnia na dzień, często jest emocjonalna i posiada ludzkie odruchy, z czystym sercem mogę stwierdzić, że „Jak zostałam bóstwem!?” zaserwowało nam naturalną, ludzką bohaterkę. Oczywiście, ponownie z lekkim przymrużeniem oka, nie jest to manga stawiająca na jak największy realizm.

O Tomoe nie mógłbym powiedzieć aż tylu przyjemnych rzeczy, bo działał mi na nerwy. Obiektywnie jednak jest postacią, za której działaniami stoją konkretne motywacje. Aby zrozumieć jego zgryźliwość, musimy mieć na uwadze to, że od dzieciństwa miał pod górkę, a później jedyna osoba, która kiedyś wyciągnęła do niego rękę, porzuciła Tomoe praktycznie bez słowa. Wychodzi więc na to, że negatywny stosunek do Nanami nie wziął się też znikąd.

Jak zostałam bóstwem!?

Ogniki są bardzo urocze, nie można ich nie lubić. Poważnie. Chyba zainwestuję w takie… Jak myślicie, jaki kształt miałyby ogniki strzegące tej strony?

Kurama był postacią, którą od pierwszego pojawienia się, kreowano na negatywną. I w zasadzie to się udało, nasz Tengu jest wredny i przebiegły – do tego stopnia, że uśmiechałem się za każdym razem, gdy coś lub ktoś pokrzyżował mu złowieszcze plany. Jednak jak to w mangach bywa, rzadko kiedy dany charakter jest zły w stu procentach. Drugi tom zmienia nieco obraz naszego skrzydlatego piosenkarza. Na bardziej pozytywny ma się rozumieć.

Dobrze, że Julietta Suzuki ograniczyła nam ilość ważnych postaci, przez co w mandze nie panuje chaos, a przez te dwa tomy każdy z wyżej wymienionych otrzymuje odpowiednią dozę czasu antenowego. Pojawiają się też bohaterowie epizodyczni, ale ich musicie poznać już sami.

Jak zostałam bóstwem!?

 

Kreska:

Oceniając kreskę w „Jak zostałam bóstwem!?” musiałem mieć na uwadze dwie rzeczy: fakt, że manga liczy sobie już dziesięć lat. To naprawdę bardzo dużo, chociaż się nie wydaje. Popatrzcie na przykład na anime, jak bardzo zmienił się ich styl w ostatnich latach, a co dopiero przez dekadę. Nieinaczej jest z mangą, lecz tutaj zmiany nie zawsze są aż tak widoczne. Drugą sprawą jest gatunek.

Komiksy shoujo mają swój charakterystyczny klimat, którego nie da się pomylić z shounenami. „Jak zostałam bóstwem!?” to książkowy przykład kreski wykorzystywanej w takich mangach. Postacie są narysowane ładnie, tak, aby potencjalny czytelnik mógł zawiesić oko na bohaterce, ale pamiętajmy, że są one kierowane głównie do dziewczyn – stąd natłok przystojnych chłopców.

Jednak recenzowana manga nie zamyka się wyłącznie w stereotypach gatunkowych, (tak było bodaj z Ścieżkami Młodości) prezentując czytelnikowi również elementy komediowe, których nie da się nie zauważyć, takie jak mimika twarzy postaci, czy specjalnie przygotowany design – to ostatnie spełnia szkolny kolega Nanami, ten z tendencją do wyśmiewania się z jej biedoty.

Fakt, że komiks powstał dziesięć lat temu, wcale nie utrudnia czytania. Kreska nie odstaje mocno od dzisiejszych standardów, chociaż momentami widać jej wiek.

Muszę też przyznać, że okładki prezentują się wyjątkowo uroczo i przyciągająco. Zarówno stonowane kolory, jak i lekko zmieniony projekt bohaterów razem tworzą coś ładnego oraz ciekawego dla oka. Szkoda jedynie, że pod obwolutą kryją się… Jakieś zwykłe paski, kompletnie niewspółgrające z projektem okładek. Ale czy można wymagać ślicznej okładki, gdy dostajemy obwolutę na najwyższym poziomie?

Mankamentem może być wygląd zaświatów. W „Posępny Mononokean” wyglądały świetnie, a tutaj… bardzo biednie.

Jak zostałam bóstwem!?

 

Jak zostałam leniwcem!?

Lektura „Jak zostałam bóstwem!?” sprawiła mi ogromną przyjemność. Autorka stworzyła coś, może nie tyle wybitnego i innowacyjnego, ile świetnego do czytania, a także okropnie zabawnego! Nie kłamie, ilość gagów oraz wszelkich komicznych scen nie przytłacza – jednak gdy już się pojawią, nie sposób się nie uśmiechnąć. Nawet kamień miałby lepszy humor, gdyby zobaczył nawiązania do Gundama.

Fabularnie, gdy przymknie się oko na wady, manga prezentuje się dobrze. Wszystko jest ze sobą połączone, ale działałoby tak samo, gdyby Juliette Shizuku zrobiła z tego pojedyncze historie.

Myślę, że Kamisama Hajimemashita to odpowiednim komiks w zasadzie dla każdego. Dostajemy tutaj balans między rozwojem historii a elementami humorystycznymi, a nawet, chociaż tego nie zaznaczyłem, autorka tworzy podwaliny do głębszej, smutniejszej historii.

Żałuję, że w momencie redukcji wydawanych pieniędzy, „Jak zostałam bóstwem!?” wypadła z listy priorytetowych tytułów. Nawet nie wiem, ile aktualnie tomów już wydano, chociaż wydaje mi się, że wszystkie 25. Niemniej, myślę, że Kamisama Hajimemashita będzie jedną z tych mang, którą postaram się jak najszybciej skompletować.

A Wy co sądzicie o przygodach Nanami? Porwały Was w świat bóstw i demonów, czy może jednak odrzuciły? Piszcie śmiało w komentarzach!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: