Jak to jest być glutem? Dobrze? That Time I Got Reincarnated as a Slime

W hinduizmie uważa się, że, po śmierci dusza człowieka przechodzi w inny byt fizyczny – w nowo narodzone dziecko, zwierzę czy roślinę. Tym sposobem Grucha, według Freda będzie co najwyżej kaczką. Według logiki anime możesz odrodzić się w grze, jako na przykład władca demonów
How NOT to Summon a Demon Lord lub, jak wskazuje Angel Beats, trafić do czyśćca i ponownie przeżyć młodość.

A według Fuse możecie odrodzić się jako… Slime. Czy tam Glut.

Tensei Shitara Slime Datta Ken

Mogłoby się wydawać, że Mikami Satoru nie miał wesołego życia… Czekaj, nie wydawać – tak dokładnie było. Prawie czterdzieści lat na karku, do prezesa w firmie jeszcze daleka droga, nawet żony brak na horyzoncie. Jednak Satoru akceptuje ten stan rzeczy i idzie przez życie z uśmiechem, biorąc, co los mu da. Postawa naprawdę godna naśladowania.

Boga jednak to nie rusza. Sprowadza na Satoru powolną i zupełnie przypadkową śmierć. Zostaje dźgnięty nożem przez uciekającego bandytę.

Myśląc nad swoją egzystencją, główny bohater jeszcze nie wiedział, że to nie koniec jego problemów. Jakimś cudem, po śmierci, w ciemnej jaskini, odrodził się jako… Slime. Najsłabszy potwór w grach RPG, skaczący i mlaskający dookoła. Jednak Satoru, czy w nowym świecie bardziej trafnie – Rimuru, to nie jest zwykły Glut! Jego przedśmiertne myśli zamieniły się w umiejętności. Tym sposobem otrzymał między innymi odporność na ból, ale też umiejętność Predator oraz Wielki Mędrzec. Ze zwykłego Slima stał się nie lada bohaterem!

Tempest – smok, gobliny i wilki.

W jaskini, prócz masy magicznych kryształów i rzadkich kwiatów, spotkał uwięzionego setki lat temu smoka – Veldore. Szybko nawiązali przyjaźń, która skończyła się nadaniem nowego imienia Satoru oraz wspólnym przyjęciem nazwiska: Tempest. Po obietnicy uwolnienia Veldory z magicznego więzienia Rimuru postanowił opuścić pieczarę.

Wiele dni wędrówki później, w końcu wyszedł na wolność. Zaraz jednak wpadł na grupkę słabych goblinów. Poproszony o pomoc, władający potężną magiczną mocą, nie mógł im odmówić.

Był to początek nowego życia Satoru. Miał pojawić się w wiosce na chwilę, ale został na dłużej. Po jakimś czasie zmieniła się ona w osadę, osada w miasto, pojawili się nowi bohaterowie – sprzymierzeńcy oraz wrogowie. Również nowe niebezpieczeństwa. Wszystko to było podwaliną nowego państwa potworów w Lesie Jura!

Slime slimowi slimem

Na naszej stronie znajdziecie już kilka tekstów o produkcjach z gatunku isekai: wspomniany we wstępie How NOT to Summon a Demon Lord, Overlord czy kilka słów o Re:Zero. Jednak That Time I Got Reincarnated as a Slime jest tytułem wyjątkowym. Dlaczego? Gdyż to moja pierwsza randka z anime tego typu… I chyba się zakochałem.

Chyba, gdyż dalej twierdzę, że isekaie nie są dla mnie – zbyt dużo w nich fanserwisu i ogranych motywów. Jednak wbrew temu, Tensei Shitara Slime Datta Ken zafundował mi seans, który mnie nie odrzucił. Obawiałem się przebitek z piersiami co kilka scen oraz że kobiece wdzięki będą głównym motorem napędowym protagonisty. Nie wspominając już o klasycznych krwotokach z nosa.

A zostałem pozytywnie zaskoczony. Faktycznie, cycki były, nawet w jednym odcinku mocno eksploatowane, ale im dalej w fabułę, tym nawet bohater mniej zwracał na nie uwagę. Poza tym, zamiast ratowania świata przed wielkim złem – do czego jeszcze dojdziemy – mamy tutaj więcej aspektów strategicznych i dyplomatycznych. Obserwujemy powolne rozrastanie się małej osady, a także bardzo prozaiczne jej problemy: brak umiejętności mieszkańców, nisko rozwinięte rzemiosło. To problemy, którym stawia czoło Rimuru.

Nie czuć w tym jednak wyzwania, wszystko przychodzi łatwo. Nie sądzę jednak, że wynika to z niedopracowanej fabuły, a właśnie z pełnej eksploatacji idei Gluta. Gluta, który dzięki swoim umiejętnością może wszystko pochłonąć, przeanalizować i wypluć zupełnie inną rzecz. Najlepsza na świecie mikstura lecząca? Bez problemu. Ponad tuzin magicznych mieczy? Daj mi dwie minutki.

Wielkie zło? No… tak na pół nieba

Trochę miałem problemów z antagonistami w pierwszym sezonie (czekam już na drugi!). Początkowo to wyglądało super: Slime był bezwzględny, co widzimy przy spotkaniu z wilkami. Bez owijania w bawełnę obcina łeb przywódcy stada – nie spodziewałem się tego kompletnie. Bardzo pozytywne zaskoczenie, które wywindowało nieco oczekiwania co do kolejnych walk…

Niestety te oczekiwania nie zostały spełnione. Walki wydawały się dziecinnie proste, o czym pisałem Wam wyżej, a wielkie zło faktycznie było wielkie – zajmowało sporą część niebios. Ale czy było potężne? W teorii niby tak, w praktyce nie do końca.

Tutaj czekał mnie zawód. Powolne budowanie klimatu, niespodziewane zwroty akcji – wszystko to, aby walka kończyła się w parę chwil, najbardziej z banalnych sposobów. Pewnie się domyślacie jakim: pochłanianiem wroga. Bo Rimuru może pochłaniać wszystko. Brakowało pompatyczności, brutalności, a przede wszystkim jakichkolwiek emocji.

Jaki Slime jest, każdy widzi

Opowiadam Wam wiele o Rimuru, o jego potyczkach i mocach, a przypomniałem sobie, że jeszcze nic o nich nie wiecie. Tak, jak w przypadku Avatara, postanowiłem, że skupię się jedynie na kilku bohaterach, którzy najbardziej zapadli mi w pamięć. W That Time I Got Reincarnated as a Slime mamy pokazany spory kawał świata, a w nim dziesiątki barwnych postaci. Część z nich lepiej pominąć, aby nie psuć sobie humoru, a na pozostałych zwyczajnie nie ma miejsca. Ale to plus dla Was! Będziecie mogli poznać ich sami!

Rimuru to jeden z tych protagonistów, których polubiłem. Faktycznie w jego zachowaniu czy podejmowanych decyzjach możemy wyczuć, że to niemal czterdziestoletni facet z bagażem doświadczeń. Próżno u niego szukać spontanicznych decyzji, zawsze ma jakiś plan – a jak nie ma planu, to po prostu używa Predatora lub podobnej umiejętności.

Właśnie – Predator. Brzmi cool, prawda? Od razu mam przed oczami kosmicznego łowcę Obcych. Tensei Shitara Slime Datta Ken nie zabierze nas jednak w kosmos. Umiejętność ta pozwala na pochłanianie praktycznie wszystkiego: magicznego więzienia, kryształów, orków, smoków i przechowywanie tego w odmętach… Brzucha? Szczerze, nie wiem, gdzie Rimuru to trzyma, nie wnikajmy. Drugą ważną, jak nie ważniejszą, umiejętnością jest Wielki Mędrzec – coś
à la wielka encyklopedia w głowie, która działa na wszystkie aspekty życia. W walce może posłużyć jako autopilot, dzięki niej Rimuru analizuje skład pochłoniętych rzeczy, a przy okazji ma z kim pogadać.

Prócz tego dochodzą jeszcze wodne ostrza, lepka sieć, skrzydła czy czarne pioruny.

Łosie, jelenie, gobliny, ogry, a z ptaków smoki…

Gdy spojrzymy poza galaretowatego głównego bohatera, dostrzeżemy gromadkę naprawdę fajnych postaci. Najdłużej będziemy obcować z goblinami oraz wilkami. Fajnie od czasu do czasu zobaczyć pozytywny obraz tych pierwszych – bo Goblin Slayer raczej nam tego nie dał. Małe, bojaźliwe… Do czasu swojej ewolucji. Ale o tym nie zdradzę Wam nic a nic, bo uważam ten koncept za świetny i chcę, abyście sięgnęli po to anime chociażby tylko dla niego. Na czele wioski stoi Rigurdo, prężący swoje mięśnie przy każdej okazji – mrugnięcie oka do fanów Fullmetal Alchemist – oraz noszący na potężnych barkach odpowiedzialność za pozostałych mieszkańców.

Wilki, po śmierci ich wodza, zostały w pełni udomowione. Przywódcą stada został Ranga, wierny przyjaciel Rimuru. Poza pomaganiem bohaterom oferował również masę śmiechu, którego i tak już było sporo. Kocham cię psiaku.

Do wiernej świty należą również Ogry. Już na pierwszy rzut oka widać, że to nie byle jakie moby. Czuć od nich moc, a po ewolucji nawet ją widać! Wspomagają wioskę swoimi umiejętnościami, na przykład szkoląc gobliny czy szyjąc ubrania. A przy okazji to dobrze znane nam postacie, które zwyczajnie uciekły z Naruto. Między całą piątką zobaczymy bowiem Mędrca Sześciu Ścieżek czy Sasuke we własnej osobie.

Na miłośników fantasy czekają również orkowie, wyglądające w tym świecie jak świnie, jaszczuroludzie, krasnoludy i oczywiście ludzie. No i smoki, nie można zapomnieć o smokach.

Kreska

Świetnie oglądało mi się That Time I Got Reincarnated as a Slime nie jedynie dzięki ciekawej fabule, ale również grafice, która, muszę przyznać, jest bardzo przyjemna dla oka. Modele postaci są dość uproszczone, ale przekłada się to na płynność animacji. Poza tym każdy ważniejszy ma charakterystyczny design, a dzięki niemu nie wtapia się w tłum.

Ogry

Bo i tłumy przyjdzie nam tu zobaczyć: na przykład maszerującą armię Orków. W tym przypadku modele są powtarzane, ale w żadnym wypadku to nie przeszkadza.

Oczywiście, największe wrażenie robią spektakularne ataki, jak sfery wypełnione czarnymi płomieniami czy dzikie, również czarne, pioruny. Czasami na ekranie, głównie przy większych przeciwnikach, pojawia się CGI, lecz są to jedynie wstawki, da się przeżyć.

Nie obeszło się bez małych potknięć. W którymś z odcinków widzimy w końcu kolejnego smoka, który wygląda… No sami zobaczcie poniżej. Jak wychudzony demon, nawet kolorystyka się zgadza. Gdyby mi nie powiedzieli, że to smok, sam bym na to nie wpadł. A ze swoim okrzykiem bojowym mógłby śmiało grać w filmie z Godzillą.

Nie ma tak, że dobrze czy niedobrze

Gdybym miał powiedzieć, co cenię w That Time I Got Reincarnated as a Slime najbardziej, powiedziałbym, że klimat. Klimat, który przyciągnął mnie od drugiego odcinka i sprawił, że zostałem na cały sezon. I, co ciekawe, to właśnie przypadkowo wybierane anime do obejrzenia na wieczór, może wpłynąć na nasze zdanie o gatunku Isekai.

Chodzi o to, że nawet jak ma się jakieś przywary gatunkowe, nie zawsze trzeba upychać je na siłę, które, by tak rzec, jedynie przeszkadzają w seansie. Ja miałem szczęście, by tak rzec, ponieważ tych piersi nie było aż tak wiele.

I dziękuję twórcom – Fuse, Panu Kawakamiemu oraz studiu 8bit. Ich dzieło to zabawa, ich dzieło to humor, Slime to wciągająca przygoda. Wielu ludzi pyta mnie o to samo: czemu zabrałeś się za to tak późno? A ja odpowiadam, że to proste – unikam hajpowanych serii. Tym razem jednak
That Time I Got Reincarnated as a Slime okazało się naprawdę porządnym tytułem.

Właśnie takie serie sprawiają, że dzisiaj piszę dla Was recenzje, a jutro, kto wie, może umrę i odrodzę się jako… Glut.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: