Itadakimasu! Czyli geneza fenomenu Shokugeki no Souma!

Ocena 8.44 na MAL-u (średnia z prawie 55 tysięcy[!] głosów) i 17. miejsce pod względem popularności mang na tym samym serwisie. Wynik animowanej adaptacji robi jeszcze większe wrażenie – i to będąc uśrednieniem ponad 450 tysięcy ocen. Jeśli już tu jesteście, to dobrze wiecie, o czym piszę. Shokugeki no Souma, a więc największe dzieło dwóch mangaków: Tsukudy Yuuto (scenariusz) i Saeki’ego Shuna (rysunek), jest dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych tytułów nowej generacji. I zdecydowanie takim, który pozostanie w świadomości interesantów japońskiej popkultury jeszcze bardzo, bardzo długo.

Może zacznę od tego, że aktualnie jestem na etapie 15. tomu, a uszczegóławiając, 120. rozdziału. Dużo, mało? Nie mi to oceniać. Dlaczego znajduję się w tak „wczesnym” momencie względem aktualnie wychodzących chapterów? Dość prozaicznie, ale zwyczajnie bardzo podoba mi się bycie na bieżąco z polską edycją od Wydawnictwa Waneko. Ekipa robi świetną robotę, jeśli chodzi o przekład i intensywny cykl wydawniczy, więc w ramach uznania i własnej wygody, wybieram właśnie tę opcję.

No dobrze, dobrze, ale my tu nie po to! Czym właściwie Shokugeki no Souma jest?

Shokugeki no Souma – z czym to się je?

Za stworzeniem mangi stoi dwóch Panów, Tsukada Yuuto oraz Saeki Shun. Dziś oba nazwiska są całkiem rozpoznawalne w społeczności popkultury japońskiej, ale wszystko to za sprawą omawianego tytułu. Pierwszy z nich zadebiutował na dużym rynku właśnie nim, a drugi… Cóż, on już wcześniej rysował, ale były to w głównej mierze mangi z gatunku hentai. To też pozwala zrozumieć, dlaczego „food-gasmy” wyglądają, jak wyglądają. Nie ma co jednak narzekać, fan service rządzi się swoimi prawami.

Historia opowiada o nastoletnim Soumie.

Tytułowy nastolatek marzy o tym, aby stać się w przyszłości znakomitym kucharzem. Choć niekiedy można odnieść wrażenie, że bardziej niż dążenie na kulinarny szczyt, jest to chęć prześcignięcia swojego ojca, który już się tam znajduje. Bardzo dobrze ujął to kiedyś Baki (z mangi o tym samym tytule), który stwierdził: „Nie chcę być najlepszy na świecie, chcę być lepszy od mojego ojca. Jeśli on byłby najsłabszy, wystarczyłoby mi być tym przedostatnim”.

Shokugeki no Souma kulnarne pojedynki

Ciężko nie odnieść wrażenia, że właśnie tak to wygląda. Na szczęście dla Shokugeki no Souma, Joichiro Yukihira, tata głównego bohatera, jest jednym z najlepszych w swoim fachu. Dzięki temu młody ma co robić. Pomóc w osiągnięciu celu chce mu właśnie jego ojciec, który wysyła syna do Akademii Totsuki. Jest to miejsce, które bez zająknięcia można nazwać wylęgarnią przyszłych mistrzów kuchni. Jest to też miejsce, gdzie zdanie „będziesz kiedyś moją konkurencją na rynku pracy” nabiera zupełnie nowego wymiaru i silniejszego znaczenia niż na naszych krajowych Uczelniach Medycznych.

Niewiele ponad 1/3 historii za mną…

…więc z jednej strony mało (bo przecież mnóstwo się może zmienić), ale z drugiej myślę, że to wystarczająco, aby zrozumieć fenomen serii. To, co czytacie i co przeczytacie niżej, będzie skrajnie osobistą formą publicystyczną. Jeśli jesteście ciekawi, jak oceniłem pierwsze tomy serii, to zapraszam Was do RECENZJI 1-5RECENZJI 6-8.

Moim rozliczeniem odnośnie do tego, co kryje się za tak dużym sukcesem Kulinarnych Pojedynków. Gotowi? Zróbcie sobie więc coś do jedzenia, bo w brzuszku może zaburczeć. Podano do stołu!

Pierwszy kęs?

Zaczynamy z dużego „K”, a więc… nawiązania do Klasyków! Moim skromnym, jakże nieobiektywnym zdaniem, fundamentalna część serii. Jest ich całe mnóstwo i zazwyczaj są tak jawne, że wręcz biją po twarzy. Oczywiście, im szersze jest nasze pojęcie na temat innych serii, tym więcej nawiązań wyłapiemy. Chociaż nawet ktoś z wąskim wachlarzem przyswojonych japońskich dzieł, będzie w stanie przynajmniej raz na kilka pojedynków skojarzyć, do czego dążyli twórcy.

Shokugeki no Souma jojo reference

Ktoś może sobie pomyśleć, że to przecież zaledwie dodatek i coś, co nie powinno mieć żadnego wpływu na serię. Cóż, nie potrafię się z tym stwierdzeniem zgodzić. Odnoszę wrażenie, że doświadczeni czytelnicy traktują to jako swego rodzaju quiz. Przyjmują to w formie wyzwania od autora, aby znaleźć jak najwięcej nawiązań – wręcz się w tym prześcigają. Jestem w stanie w pełni zrozumieć tę ambicję. W momencie, gdy odbieram jakiekolwiek dzieło kultury i odkrywam nawiązanie do innego, odczuwam kolosalną satysfakcję. Taką małą euforię, a wręcz stan uniesienia.

Co więcej, doszukanie się ów odwołań pozwala niekiedy lepiej zrozumieć to, co autor miał na myśli w danej scenie. Wiecie, taka sztuka w sztuce. I tym właśnie wypełnione są Kulinarne Pojedynki. Z racji charakteru tytułu, który opisuję, ośmielę się określić ten zabieg jako przyprawę, bez której świetna potrawa nie byłaby tym, czym jest.

Sztampa w nowym wydaniu

Jakkolwiek enigmatycznie brzmi podtytuł tego akapitu, jest on, w moim przekonaniu, niezwykle trafny. Śpieszę z wyjaśnieniami. Jeśli spróbowalibyśmy rozłożyć bohaterów Shokugeki no Souma na czynniki pierwsze, nie dostalibyśmy prawdopodobnie nic nadzwyczajnego. Ktoś, komu nie są obce inne „shouneny”, nie będzie w żaden sposób zaskoczony. Bohaterowie Food Wars są zwyczajni, wyjątkowo odtwórczy – w najprostszym znaczeniu tego słowa. Souma, Erina, Tadokoro, Kurokiba i wszyscy inni, nie różnią się zupełnie niczym od podobnych charakterologicznie postaci z mang, których grupą odbiorców są nastoletni chłopacy. Oczywiście, nie są to kalki jeden do jednego, ale co najmniej bliźniacze wydania.

Ale, hola, hola!

Przecież miałem doszukiwać się tutaj przyczyn kultu serii! Tak też zamierzam robić, bo należy podkreślić jedno. Te, do bólu prozaiczne postacie, występują w zupełnie nowym środowisku. Nie są to wojownicy, rycerze, ani nawet magowie latający na dzikich smokach, którzy muszą uratować świat przed złym (ale takim aż do szpiku kości!) uosobieniem wszelkich nieszczęść ludzkich. To są kucharze, napiszę nawet więcej – zaledwie uczniowie, adepci kuchni. Zamiast losów świata niosą na swoich barkach tornistry, a w opozycji do ratowania miasta, po szkole zajmują się dopracowaniem swoich dań. Mam nadzieję, że dokładnie to wyjaśniłem.

Shokugeki no Souma anime

Reasumując, ludzka ciekawość przechodzi w stan pełnej gotowości, gdy możemy zobaczyć znane charaktery w zupełnie nowych, nietypowych dlań sytuacjach.

Potrzeba utożsamienia

Gdy w gronie znajomych omawiamy jakiś wytwór popkultury – od anime, przez komiksy, aż po gry wideo – to różnimy się w wielu aspektach. Każdy z nas lubi coś innego. Jedni wolą serie krótkie, a inni tasiemce. Część woli czytać komiksy od lewej do prawej, a reszta w przeciwną stronę. Są tacy, którzy w grach potrzebują świetnej grafiki, a są też tacy, którzy wolą styl retro. Łączy nas natomiast jedno i wystarczy tylko poruszyć ten element, gdy atmosfera się zagęszcza, aby znów znaleźć nić porozumienia. Każde dzieło wydaje się lepsze, gdy możemy utożsamić się z bohaterami. Kto się nie zgadza, niech pierwszy skoczy z gałęzi.

Cóż, to raczej naturalne.

Jeśli potrafimy identyfikować się z konkretną postacią, to dużo łatwiej zrozumieć nam to, co autor chciał przekazać, gdy ją konstruował. Przez takie działanie cały twór wydaje nam się jakby jaśniejszy i przystępniejszy. Co wpływa na łatwość w utożsamianiu? Całkiem sporo czynników – „ludzki” charakter bohatera, zachowania, sytuacje, w jakich się znajduje, a nawet jego wygląd.

food wars

I mamy Shokugeki no Soumę. Bohaterowie są… zwyczajni. Choć, tak jak wspomniałem w poprzednich akapitach, autor zgrabnie odziewa ich w charaktery super-herosów, to jednak są skrajnie stereotypowi. Pomimo tego, iż Souma to postać do bólu „shounenowa”, to jednak znacznie łatwiej zrównać się z nią niż z Son Goku, tudzież Naruto. Jest on zdecydowanie bardziej przyziemny. Albowiem czym różni się ode mnie, od Leniwca i od Ciebie? Bardzo dobrze gotuje, ale trochę praktyki i my też wyjdziemy poza ramy płatków z mlekiem. Nieopisaną pomoc przynieść mogą przepisy, którymi autor zgrabnie przeplata kolejne rozdziały w tomach. Polecam z ręką na sercu, bo poważnie wychodzą pysznie!

Shokugeki no Souma

Trzy składowe, które wspólnie stworzyły sukces, jaki niewątpliwie odniosła rzeczona manga. Mnóstwo nawiązań do innych, kultowych dzieł z japońskiej popkultury, zupełnie świeże spojrzenie na sztampowe charaktery i niewyobrażalna łatwość w utożsamianiu się z nimi. Choć mając przepis pod ręką, wydaje się to banalnie proste, to jednak stworzenie go od podstaw musiało być nie lada wyzwaniem. Autorzy udowodnili, że są niegorszymi kucharzami niż bohaterowie ich komiksu.

Jeśli wierzyć najświeższym informacjom, Food Wars zakończą się „za 3 rozdziały”. Oznacza to, że seria będzie liczyła ostatecznie niewiele ponad 300 rozdziałów. I jeśli nie jest to żart w stylu tego, który twórcy Gintamy powielają średnio raz na kwartał, to manga zakończy się znacznie szybciej, niż planowano. Podobno wynika to z ogromnego spadku poziomu. Nie mogę się wypowiadać, ponieważ jeszcze tam nie doszedłem. Niemniej, jestem przekonany, że serię kiedyś ukończę. Zrobię to wraz z ostatnim wydaniem tomu przez Waneko w naszym kraju.

Shokugeki no Souma manga

Ostatnie tchnienie

Bez względu na to, czym przedśmiertnie jest Shokugeki no Souma i jak bardzo agonalny jest jej stan, to wciąż genialna przygoda. Zdecydowanie polecam się w niej zanurzyć. Potrafi podbudować jak solidna dawka białka, zasmakować niczym tłuszcze i napełnić energią na wzór węglowodanów. Choć, tak jak na początku to zrobiłem, tak i teraz polecam Wam mieć wszystkie te makroskładniki pod ręką podczas obcowania z lekturą, bo jest przepyszna.

Mam nadzieję, że udało mi się względnie jasno przedstawić genezę fenomenu tej mangi kucharskiej. Jeśli się wahacie, to doskonale Was rozumiem. Sam początkowo nie mogłem się przekonać i nie rozumiałem, jak seria, której głównym elementem jest gotowanie, może być wciągająca. Otóż może być, a ja sam dawno nie dostałem tak wybuchowej mieszanki, która zazębiała się niczym mechanizmy w najlepszych zegarkach. Polecam każdemu, smacznego!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o