Invincible Tom 3. Superbohater w szczytowej formie

Nareszcie! – chciałoby się wykrzyczeć. Nie będę owijał w bawełnę. W końcu dostałem dokładnie takiego Invincible, na jakiego czekałem, a na jakiego zdecydowanie (nie) zasługiwałem. W trzecim zbiorczym tomie było wszystko – plot twist, cliffhangery, retrospekcje, psychologiczne rozterki bohaterów… A nie wypada zapomnieć o świetnym rozwinięciu bohaterów przedstawionych w poprzednich tomach. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długo, ale pozwolę sobie to wszystko poruszyć w dalszej części tekstu. Wybaczcie mi, jeśli gdzieniegdzie poczujecie, jakbyście czytali recenzję fanboja Marka Graysona. Bynajmniej nim nie jestem, ale jeśli Robert Kirkman utrzyma poziom, to chyba wiem, kto trafi jako tatuaż na moje ramię. Do rzeczy!

Zaczęło się niewinnie…

Właściwie to początek pozostawał w takich samych klimatach, co poprzedni tom. Bardzo płynne przejście, serio – nic nie zwiastowało tak dobrego kawałka lektury. Mark egzystuje, ma się dobrze, dalej przeplata życie nastolatka z super-bohaterskimi obowiązkami. Jego matka wciąż nie może pogodzić się z brutalnym rozstaniem i zapija smutki mocnymi trunkami. Wiem, że piszę, jakbym był znużony. Nic z tych rzeczy, te aspekty bardzo mnie urzekły w poprzednim tomie, bo nie było to coś sztampowego.

Odejście od schematycznego typu bohatera. Postaci, która w dzień żyje normalnie, a w nocy ratuje miasto przed złymi (koniecznie do szpiku kości) bandziorami. Takie akcje tworzyli autorzy w pierwszej połowie ubiegłego wieku, więc cieszyło mnie odpuszczenie tej formuły. Jednak, jak wspominałem przy poprzednim tekście o Invincible Tom 2, czegoś mi tam brakowało. Jakiegoś elementu, który pociągnąłby moją szczękę do podłogi. Kirkman podniósł rękawicę, spuścił moją szczękę kilka pięter w dół i zrobił to z taką pewnością siebie, że zdaje się, jakby po napisaniu tych kilku zeszytów rzucił na końcu: „Chciałeś? To masz.”

…aby już po chwili trafić w czytelnika niczym grom

Gdy tylko spokojna fabuła z pierwszych stron zaczęła przeobrażać się w intrygę, której za nic w świecie bym się nie domyślił, wiedziałem już… Byłem pewien, że kilkanaście minut, które wyznaczyłem sobie na wieczorne czytanie, skończy się w gruncie rzeczy ogromnym niewyspaniem dnia następnego. Przyznam jednak, że wcale tego mocno nie odczułem, bo chodziłem jak pod wpływem silnego narkotyku. Cały dzień „funkcjonowałem” myśląc o tym, co będzie miało miejsce w drugiej części tomu.

We wstępie, który popełniłem dwa akapity wcześniej, pisałem między innymi o plot twistach, rozterkach na podłożu mentalnym i urywaniu rozdziałów w momentach, które najbardziej pobudzają wyobraźnie. To wszystko dostaliśmy już na pierwszych kilkudziesięciu stronach! Co więcej, nie odczułem przy tym przesycenia materiałem. Autorzy bardzo często, chcąc upchnąć jak najwięcej akcji na małej objętości, kierują się ku skrajności, a to ma marne skutki. Kirkman zrobił to idealnie, a w jego balansowaniu po tej cienkiej linie, kolejny już raz objawiło się kolosalne doświadczenie w tworzeniu komiksów.

Czy to ptak, czy to samolot? Nie, to spoiler!

Poważnie, choć nie chciałem tego robić, to ten jeden akapit poświęcę na napisanie wprost o tym, dlaczego właściwie ów komiks zrobił na mnie tak ogromne wrażenie. Jeśli nie czytaliście, a zamierzacie – przeskoczcie ten akapit. Moment, w którym na jaw wyszło co działo się z głową rodziny Graysonów wywołał u mnie kosmiczny szok. W żadnym scenariuszu, które układałem po drugim tomie, nie przewidziałem takiego biegu wydarzeń. Mało tego, związek i zrobienie dziecka „kobiecie” (cudzysłów, bo nie wiem, w jakim stopniu można określić mucho podobnego obcego jako konkretną płeć) były podwójnie zaskakujące. Całe tło, geneza i zarys fabularny zrobiły ogromną robotę. Autor wplótł ten wątek tak zręcznie, że mógłbym przyjmować zakłady o to, iż miał to zaplanowane od początku. Co więcej, otworzył sobie takie multum możliwości związanych z rozwojem mieszanego potomka, że cokolwiek się stanie, biorę w ciemno. Jestem zachwycony, trzy razy tak – przejdźmy dalej.

Szkicownik

W tym konkretnym tomie ta jego część zasługuje na osobny akapit. Wyjątkowo obszerny i bardzo interesujący zbiór szkiców i projektów scen, bohaterów oraz ich sprzętu. A wszystko to przedstawione na różnych etapach tworzenia. Co więcej, wiele ze skanów okraszono przezabawnymi opisami, które często zdradzają nietypowe smaczki z nimi związane. Dla przykładu, w tomie występuje dość… Kontrowersyjna scena pocałunku pomiędzy przedstawicielami dwóch ras. Więcej nie chcę zdradzać. Powiem tylko, że była dla mnie wyjątkowo niesmaczna. Niemniej, romantyczna (o tyle, o ile…) scena została narysowana przez Ryana Ottleya w formie żartu. Tak się jednak spodobała Kirkmanowi, że uznał za mus, aby umieścić ją w komiksie. Prawdopodobnie zżera Was ciekawość odnośnie do mojego enigmatycznego jej przedstawienia. Gwarantuję jednak, że gdy tylko nabędziecie Invincible 3, od razu zrozumiecie, o którą scenę mi chodziło i dlaczego zdecydowałem się jej nie opisać.

Invincible tom 3. Nowy początek

Reasumując, jestem zachwycony! Mark Grayson wypadł perfekcyjnie, antagoniści wypadli perfekcyjnie, damskie grono otaczające tytułowego bohatera też trzyma poziom przez cały zbiór. Rzadko kiedy i mało które medium osiągnęło wysoki poziom w tak wielu aspektach. Fabularnie Kirkman wzniósł się na swoje wyżyny i przygniótł mnie emocjonalnie w stopniu porównywalnym do pierwszych tomów „Żywych Trupów”. Ponadto, autor otworzył sobie teraz tak wiele ciekawych (a to słowo klucz w tym kontekście!) dróg rozwoju fabuły, że nie ma znaczenia, którą wybierze, a i tak będzie wyjątkowo angażująca. Nie mogę się doczekać kolejnych tomów Invincible!

Nie zgubić się we własnym tunelu

Mam tylko nadzieję, że uda mu się wszystko spiąć i nie pozostawi niedomówień. Te tak często potrafią zniszczyć nawet największe dzieło od środka. Wiecie – niczym brzydki nowotwór. Nie chcę jednak kończyć recenzji tak wspaniałego zbioru, tak przykrym porównaniem. Nawiążę więc do podtytułu tego akapitu. Na ten moment Kirkman jest daleki od zgubienia się w owym tunelu, ponieważ światełko na jego końcu zdaje się jaśnieć z każdym krokiem.

Za egzemplarz i możliwość zrecenzowania serdecznie dziękujemy wydawnictwu Egmont!

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: