Trupie podejście do żywego schematu: Super-bohaterski komiks autora The Walking Dead. „Invincible” Tom 1

Lubimy powtarzać, że rodziny się nie wybiera. Lubimy narzekać na bliskich, którzy są nieodłączną częścią naszego życia i od których niedane jest nam uciec. Mnóstwo kłótni, sporów i problemów, bo z rodziną dobrze wychodzi się przecież tylko na zdjęciach. Jedni chcą, by ich mama była znaną piosenkarką, a nie nauczycielką. Inni marzą o bogatej businesswoman, a jeszcze ktoś irytuje się, bo jego mama jest szkolną kucharką, a nie Magdą Gessler. Podczas gdy pewna część ludzi wolałaby, aby ich ojciec, zamiast być znanym ekonomistą był pracownikiem budowlanym, ale z większą ilością czasu dla rodziny, to inni zupełnie odwrotnie. Wszystko to leży w naturze ludzkiej i jest częściowo zrozumiałe, ale co, gdyby wasz ojciec był superbohaterem?

WHAT IS YOUR LIFE GOAL?

Nie, nie mam tu na myśli super mechanika, ale najprawdziwszego bohatera z super mocami, który pochodzi z innej planety. Pierwsze pytania: czy moce są dziedziczne? Czy ja też mogę być superbohaterem? Wracając, czy będę umiał latać?! Czy mogę stawać się niewidzialny, żeby zakra… dobra, odpłynąłem. Te i wiele innych (może prócz tego ostatniego) pytań musiał zadać sobie główny bohater najnowszej produkcji twórcy „The Walking Dead” – Roberta Kirkmana. Konkretnie: „Invincible”, którego to, dzięki uprzejmości Egmont Polska, mogę dla Was zrecenzować!

I WANT…

Mark Grayson jest zwykłym nastolatkiem, zupełnie tak jak większość z nas. Ma swoje problemy. Chodzi do szkoły, uczy się, a po zajęciach pracuje w okolicznej restauracji ze śmieciowym żarciem. Jego największym zmartwieniem jest wybór koledżu, ale wszystko to zmienia się pewnego, pozornie zwyczajnego dnia. Chłopak odkrywa, że jego moce wreszcie zaczęły się ujawniać. Główny bohater wiedział, że moment ten prędzej, czy później nadejdzie. Autor bardzo zgrabnie odszedł od schematu niespodziewanego odkrycia swoich mocy i trzeba go za to pochwalić, bo było to wałkowane już tak wiele razy, że wywołuje opad szczęki… Tylko bardziej ze względu na ziewnięcie, aniżeli na bezgłośne „WOW!”. Cały moment przekazania prawdy synowi przez super-ojca został zgrabnie zamknięty w krótkiej retrospekcji. Niezwykle komicznie wyszedł Panu Kirkmanowi zabieg polegający na skwitowaniu całego ważnego wywodu ojca, zwyczajnym i treściwym: „Będę mógł latać?!” ze strony syna. Doprawdy – uroczy moment.

Ale czy tylko latać?

Wróćmy do fragmentu odkrycia pojawiających się mocy, które, jak zapowiedział ojciec, będą się stopniowo rozwijać. Okazuje się, że chłopak ma ogromny talent do używania nadnaturalnych zdolności, a wszystko przychodzi mu nadzwyczaj łatwo. To także jest swego rodzaju zakrzywieniem wizji przedstawionej w klasycznych komiksach o superbohaterach. Akcja rozwija się bardzo szybko! Już po kilku kartkach Invincible dołącza do ekipy nastoletnich bohaterów, z którymi wspólnie będzie wymierzać sprawiedliwość. Tak sielankowa atmosfera bohaterstwa trwa aż do przełomowego momentu, który ma miejsce mniej-więcej w połowie historii pierwszego tomu „Invincible”. Nie chcę wchodzić głębiej w szczegóły, bo musiałbym pokusić się o spory spoiler, który znacząco wpłynąłby na przyjemność czytania komiksu, a największa zaczyna się właśnie po owym zwrocie. Dzięki niemu – a przyznam, że nie spodziewałem się takiego obrotu sytuacji – autor otworzył sobie nieograniczoną liczbę ścieżek na kontynuowanie historii. Cóż, niestety dla nas, wybrał prawdopodobnie jedną z najgorszych. Shame on you, Robert. Czy pozwala to na jednoznaczne określenie fabuły jako zła? Jasne, ale tego nie zrobię, bo jednak pomimo prostoty, którą obrał autor, jest to czasem najbezpieczniejsze wyjście i może właśnie dlatego podjął taką, a nie inną decyzję.

…TO BE…

Za kreskę odpowiada Cory Walker i jest ona… mocno kontrowersyjna. Kreska jest mocno kontrowersyjna. Wielu osobom może się zdecydowanie nie podobać, bo nie jest to rysunek najwyższych lotów. Wiele klatek wygląda, jakby autor robił je w pośpiechu, bo deadline nadchodzi, a zostało mu jeszcze pół tomiku do naszkicowania. Zabiegiem, który potęguje to doznanie, jest wykorzystywanie kilkukrotnie tej samej klatki. Nie będąc gołosłownym, bohater potrafi wpaść w konsternację, która zobrazowana jest poprzez przeklejenie tej samej, zdezorientowanej miny w kilku kadrach. Pomimo powszechności tego zabiegu, nadmierne korzystanie z niego źle wpływa na odbiór pracy. Sam twórca przełamuje w pewnym sensie trzecią ścianę, wrzucając zabawnego GAG’a związanego z takim zabiegiem. Dla spostrzegawczych, ale bardzo trafny.

Postaci są rysowane w dość prosty sposób. Mimika wyrażana jest klasycznie – poprzez kształtowanie oczu i inne ułożenie ust (czy raczej kreski, która je udaje). Miłośnicy rysownictwa wysokiego poziomu nie dostrzegą tam nic, co połechtałoby ich potrzebę piękna, tudzież estetyki. Nie odnajdziemy tam gry świateł wysokich lotów, zaawansowanego obrazowania emocji, ani nic z takich rzeczy. Jest to minus, chociaż można w tym wszystkim znaleźć swego rodzaju pozytyw – dzięki takim zabiegom komiks czyta się bardzo szybko. Sceny nie wywołują chęci „zawieszenia wzroku”, a odbiór emocji bohaterów nie wymaga żadnego przemyślenia z naszej strony, bo jest podany w najprostszej postaci. Znajdą się tacy, którym się to spodoba, bo ich kupka wstydu stale rośnie, ale i tacy, którzy poczują się dotknięci zaprezentowanym stylem.

…YOUR…

Akapit, w którym mogę pisać o bohaterach, nie ukrywam, sprawia mi najwięcej przyjemności. Można tu rozbić budowę postaci na czynniki pierwsze. Świetnie obrazują oni to, jaką wizję historii ma autor oraz jaki przekaz chciał w niej zawrzeć. Wiecie, jak to jest, gdy schemat postaci wciąga na tyle, że chcemy czytać dalej, żeby tylko poznać ich dalsze losy. Lubimy czuć to przywiązanie do bohaterów, lubimy się z nimi utożsamiać i zgłębiać ich doskonale wykreowane osobowości, nad którymi autorzy przesiedzieli niemniej czasu niż nad ułożeniem całego tła fabularnego historii. Lubicie to, prawda? No i tu przychodzi pierwszy tom „Invincible”, który… pokazuje jak tego nie robić.

Klasyczny komiks z klasycznymi postaciami

Zacznijmy od głównego bohatera, czyli naszego tytułowego Invincible. Mamy do czynienia ze stereotypowym do bólu nastolatkiem. Mark jest luźnym gościem, którego największym problemem jest to, do jakiego koledżu pójdzie w kolejnym roku. Po zajęciach uczy się i pracuje w okolicznym Fast-Food’zie, ale o tym wspomniałem już przy okazji poglądu na fabułę. Jeśli chciałbym go scharakteryzować porównawczo, znalazłby się gdzieś pomiędzy Peterem Parkerem, a Bruce’em Wayne’em – z naciskiem na tego pierwszego.

Pozostali bohaterowie są raczej sztampowi. Mamy robota – typowego mózgowca. Superbohaterkę, która z pozoru jest szkolną gwiazdą, ale w głębi cierpi na problemy i irytujące niezdecydowanie. Autor uraczył nas też do bólu stereotypowymi superbohaterami, którzy nawet z wyglądu przypominają tych najznakomitszych. Może był to pewien rodzaj komizmu bądź oddania im hołdu? Nie wiem, do mnie nie trafił. Złoczyńcy wpisują się początkowo w te schematy, ale im dalej w las, tym można odnieść wrażenie, że robi się ciekawiej, chociaż w gruncie rzeczy – to wciąż nie to, czego oczekuje się po doświadczonych twórcach.

Podsumowując kwestię postaci, chciałbym zamknąć swego rodzaju klamrę przy tym akapicie. Wspomniałem na początku, że sposób kreacji postaci często obrazuje wizję autora na całą powieść. Uważam, że w tym przypadku nie było wcale inaczej, a autor doskonale przekazał nam to, co podsuwał przez cały obcowania z lekturą – jego największym marzeniem było stworzenie klasycznego komiksu o superbohaterach. Mimo tego nie można pominąć faktu, że zapomniał o głębi psychologicznej, a przecież właśnie to często utożsamia tych największych. Nie znalazłem w nowym tworze autora „Żywych Trupów” żadnej postaci, która w jakiś sposób zaintrygowałaby mnie swoją osobowością i skłoniła do przemyśleń- nawet pomimo tego, że mam do nich pociąg. Wierzę jednak, że autor, mając doświadczenie w kwestiach uczuć bohaterów, zadba i o nie w nadchodzących częściach.

…SUPERHERO…

Dużą bolączką pierwszego tomu Invincible jest fakt, że prawie każdy znaczący bohater w serii posiada super moce. Jest to o tyle absurdalne, że czytając, mam wrażenie, jakby posiadanie ich nie jest tam niczym niezwykłym. Chyba jedynymi, względnie ważnymi dla fabuły postaciami bez mocy są matka głównego bohatera i jego najlepszy przyjaciel. To trochę za mało.

Ruszają mnie takie zagrywki. Nie potrafię odczuć tej „epickości” bycia superbohaterem, gdy w gruncie rzeczy praktycznie każdy nim jest. Liczę, że nadchodzący tom rozprawi się z tym problemem i autor zdecyduje się na przedstawienie czytelnikowi większej ilości zwykłych ludzi. Myślę, że im ciekawsza (oczywiście, nie przekraczając przy tym pewnych granic) rozbieżność postaci pod każdym względem, tym bardziej różnorodne jest dzieło. Taki zabieg pozwoli również na rozbudowę całego uniwersum na wielu płaszczyznach, a to z kolei daje możliwość lepszego zżycia się z bohaterami i wykreowanym światem. Dużo łatwiej się utożsamić.

Kolejnym minusem jest ograniczony czas przyznany złoczyńcom. Tak po prawdzie, to na cały, prawie 500-stronnicowy tom, dostajemy takich zaledwie dwóch. Jeden związany jest z wielkim przewrotem, o którym wspomniałem już kilkukrotnie. Drugi, pomimo niezwykle szerokiej możliwości skupienia na nim fabuły, dostał zaledwie kilka stron i to bez większego zagłębienia się w jego historię.

Jeśli chodzi o tego pierwszego, to ma ogromny potencjał i jest chyba jedyną nietypową postacią, którą poznamy na łamach komiksu. Błędy te nie są z gatunku tych nienaprawialnych, a gdy tylko Pan Kirkman zdecyduje się wyłożyć swoje najlepsze umiejętności, to pozwoli na postawienie Marka Graysona w bohaterskim wydaniu„Hall Of Fame” obok Batmana oraz Spider-Mana nie tylko ze względu na charakterologiczne podobieństwo wspomnianych postaci.

…FOREVER!

Nadszedł czas rozliczeń, choć odnoszę wrażenie, że tym była cała ta recenzja. Czy twór Roberta Kirkmana mnie zachwycił? Nie. Czy zawiódł? Tym bardziej nie. Niełatwo jest jednoznacznie go ocenić, chociaż chyba bliżej mu do dobrego tytułu. Osobiście czytałem go z przyjemnością, jednak niejednokrotnie przyłapałem się na swego rodzaju „wyłączeniu”, bo przy lekturze nie musiałem jej ani trochę analizować. Czytałem go głównie przed snem i w zasadzie nie żałuję. Bynajmniej nie dlatego, że mnie usypiał, ale zwyczajnie pomagał się wyluzować bez silnego pobudzenia szarych komórek. Przyjemne doświadczenie. Wiecie, coś jak bezmyślne gapienie się w ekran po przyjściu do domu i tylko podświadome wyłapywanie scen.

Jak już wspomniałem, ciężko jednoznacznie ocenić Invincible.

Dużo zależy od tego, do kogo trafi i czego się po nim spodziewać. Ja podszedłem do komiksu bez większych wymagań, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że jest to debiut twórcy na polu super mocy. Jedyne, na czym się naprawdę zawiodłem i najbardziej mnie zabolało, to budowa bohaterów. Po autorze „Żywych Trupów” oczekiwałem zdecydowanie więcej wciągających aspektów psychologicznych. Nie można przy tym zapomnieć o fakcie, że to dopiero pierwszy tom, a Pan Kirkman wciąż ma mnóstwo opcji na obranie nieco innej drogi i skupienie na aspektach ciekawszych niż te sztampowe: około bohaterskie. Moim zdaniem, wpłynie to zdecydowanie pozytywnie na całą formę serii i wierzę, że skoro ja, to i autor zauważy tę bolączkę.

Podsumowując: Czy polecam zaopatrzyć się w pierwszy tomik przygód Marka? Osobom, które nie mają wielkiego doświadczenia w komiksowym świecie superbohaterów zdecydowanie tak. „Invincible” ma bardzo niski próg wejścia i pozwoli zdefiniować, czy taki klimat nam odpowiada. Osobom doświadczonym i zaprawionym w bojach z wszelakiej maści złoczyńcami na przestrzeni wielu super-uniwersów polecam poczekać na drugi tom przygód i dopiero wtedy (po zapoznaniu się z naszą recenzją owego albumu 🙂 ) ewentualnie zdecydować się na poznanie perypetii Marka i jego przyjaciół.

Ja bardzo chętnie zapoznam się z kolejnymi przygodami w owym świecie. Liczę, że dzięki obniżonym oczekiwaniom co do sfery psychologicznej, miło się zaskoczę, zamiast nieprzyjemnie rozczarować. Robercie Kirkman, do roboty, czas byś i ty dał światu pokaz swoich super mocy!

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
0 Comment authors
Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] jak pisał Kajetan w recenzji Invincible: wielu uważa, że z rodziną najlepiej wychodzi się na […]

%d bloggers like this: