Imladris 2019, czyli fantastyczni ludzie i jak ich znaleźć

Trochę wstyd mi to przyznać, ale pomimo kilku ładnych lat mieszkania w Krakowie nigdy wcześniej nie wpadłam na Imladris. Oczywiście wiedziałam o istnieniu tej imprezy; w końcu to najstarszy i chyba najbardziej znany zlot miłośników fantastyki w tym mieście. Znajomi chwalili go za fajny, kameralny klimat, dobrze wspominali też tamtejsze karaoke. Jakoś tak się jednak złożyło, że z różnych powodów nie byłam w stanie wybrać się na to wydarzenie.

Dopiero w tym roku wreszcie udało mi się znaleźć czas, by się tam zjawić. Dodatkową motywacją był dla mnie fakt, że nasza Leniwa Popkultura znalazła się wśród tegorocznych patronów medialnych. Nie mogło więc być inaczej – 11 października o godzinie 17.30 stawiłam się w kolejce do wejścia na teren krakowskiego 42. Liceum, by przekonać się na własnej skórze, jak to z tym Imladrisem jest.

W fanDOMie jak w domu

Moją pierwszą myśl po wejściu do środka można streścić w trzech słowach: jak tu ciasno! Ponieważ dwa poprzednie konwenty spędziłam w wielkim i przestronnym EXPO, konieczność przemieszczania się krętymi korytarzami była dla mnie pewnym szokiem. Podobnie zresztą jak prelekcje w niedużych salach lekcyjnych. Szybko jednak przestało mi to przeszkadzać, bo przecież nie przyszłam tutaj korzystać z przestrzeni, tylko spędzić czas w towarzystwie ludzi z pasją, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia.

Tych na Imladrisie nie brakowało. Jedni poszukiwali elementów różnorodności i feminizmu w legendach arturiańskich, inni rozkładali na czynniki pierwsze teksty Sapkowskiego, jeszcze inni wykładali tajniki tolkienowskiej kaligrafii. Każdy prelegent, którego miałam okazję wysłuchać, dał się poznać jako ekspert w swojej dziedzinie i potrafił zarazić swoją pasją słuchaczy. Co więcej, konwentowa atmosfera sprawiła, że nie było właściwie żadnych barier między prowadzącymi a słuchaczami. Każdy głos z sali wnosił coś interesującego (lub przynajmniej zabawnego) do trwającej dyskusji, a prelegent i jego publiczność nierzadko zamieniali się rolami.

Imladris kraków 2019 konwent
Fot. Adrian Panas

Oprócz ekspertów analizujących fantastykę w jej najróżniejszych przejawach spotkałam również wielu przemiłych ludzi, chętnych do rozmowy i gotowych służyć pomocą w razie jakichkolwiek kłopotów. Już pierwszego dnia Imladris zauroczył mnie swoją swojską, niemalże rodzinną atmosferą. Choć większość osób spotkałam tam po raz pierwszy, miałam wrażenie, jakbyśmy się wszyscy znali od dawna. Kolejny raz przekonałam się, że konwent to takie magiczne miejsce, gdzie granice między ludźmi po prostu znikają. W ten sposób łatwo zebrać drużynę, z którą można wyruszyć w drogę przez kolejne atrakcje.

Nauka pisania od najlepszych

Sporo punktów programu skupiało się wokół literatury i pisania. Były więc spotkania z autorami, a także panele i warsztaty dla aspirujących pisarzy. Doświadczeni autorzy opowiadali o swojej drodze od pomysłu do wydania książki oraz o kulisach swojej pracy. Podpowiadali, co robić, gdy twórcę dopada brak weny, gdzie mogą zwrócić się o pomoc początkujący lub jak samodzielnie wydać efekt swojej pracy. Z tych paneli wyniosłam parę cennych i nieoczywistych wskazówek oraz garść trafnych cytatów. Jednym z nich była refleksja, że rzeczy są warte tyle, ile ludzie gotowi są za nie zapłacić. A z tych mniej poważnych – że zasada głosząca, iż pierwszą funkcją języka jest komunikacja, dotyczy wszystkich z wyjątkiem Jacka Dukaja.

Ze spotkań z pisarzami szczególnie ciepło wspominam to z Andrzejem Pilipiukiem. Tu podpiszę się pod zdaniem mojego redakcyjnego kolegi Michała, który miał szansę poznać pisarza na Coperniconie: ojciec Jakuba Wędrowycza jest naprawdę przesympatycznym człowiekiem z dużym poczuciem humoru i sporym dystansem do siebie, który traktuje swoich czytelników z szacunkiem i zwyczajnie po ludzku. Jego prelekcje to niewyczerpane źródło zabawnych anegdot oraz błyskotliwych uwag.

imladris andrzej pilipiuk kraków 2019
Fot. Adrian Panas

Na spotkaniu oddał się całkowicie do dyspozycji fanów, na których pytania (nawet te najdziwniejsze) odpowiadał z podziwu godną cierpliwością. Dowiedzieliśmy się – między innymi – gdzie autor spędził wakacje, ile dokładnie ważyła praca doktorska jego żony albo jak zraził do siebie rosyjskich wydawców. Prócz tego pan Andrzej okazał się autorem starej i niezbyt dobrze przyjętej książki podróżniczej o Skandynawii oraz całkiem świeżego podręcznika historii alternatywnej. W czasie trwania panelu zdradził też, czego dotyczyć będą historie z jego najnowszego („niejakubowego”) zbioru opowiadań, który ma się wkrótce ukazać. Spotkanie opuściłam w bardzo dobrym nastroju, z wędrowyczowym kalendarzem pod pachą i podpisanym przez Mistrza egzemplarzem „Wieszać każdy może”.

Zrób to sam

Nie wszystkie atrakcje oferowane przez Imladris sprowadzały się do spotkań z twórcami czy wysłuchiwania wykładów. Podczas tego konwentu samemu można było poczuć się twórcą, a to za sprawą kreatywnych warsztatów i konkursów, które przygotowali organizatorzy. Osobiście skusiłam się na kilka z nich.

Zaczęłam od piątkowych warsztatów kaligrafii, by przekonać się na własnej skórze, jak to jest być skrybą. Nie owijając w bawełnę: okazuje się, że wcale nie tak łatwo. Tym bardziej podziwiam prowadzącego zajęcia Michała „Phoe” Herdę, który opanował tę sztukę na tyle dobrze, że przez resztę konwentu zajmował się kaligrafowaniem tekstów na zlecenie uczestników. Efekty jego pracy świadczyły o tym, że ludzka pomysłowość nie zna granic – na kartkach zdobiących ściany korytarza pojawiło się sporo żartobliwych haseł i internetowych past; udało mi się wypatrzeć nawet pełną treść Inwokacji z „Pana Tadeusza”!

Fot. Adrian Panas

Tego samego dnia odbywało się również ekstremalne projektowanie postaci. Wyzwanie przygotowane dla nas przez Drakonis polegało na przedstawieniu bohatera złożonego z wylosowanych wcześniej, często zupełnie przypadkowych cech. W ten sposób narodził się mój arabski mnich (z pochodzenia faun), z ciupagą w ręku i półksiężycem na piersi. Choć dzieło nie zostało ostatecznie nagrodzone, zyskałam dzięki temu bardzo oryginalny pomysł na postać i obejrzałam kilka naprawdę niezłych prac, a przy tym po prostu dobrze się bawiłam.

Ostatnimi warsztatami, w jakich wzięłam udział, były te poświęcone kuchni japońskiej. Wspólnie z Jarosławem „Healerem” Ścibiorkiem przygotowaliśmy kilka typowych potraw z Kraju Kwitnącej Wiśni. Przy okazji prowadzący podzielił się z nami różnymi kulinarnymi trikami. Podpowiedział też, w jaki sposób najlepiej zdobyć egzotyczne składniki i czym doprawić gotowe danie. Właściwie był to jeden wielki wykład o tajnikach kuchni azjatyckiej połączony ze wspólnym gotowaniem. Ba, nie tylko gotowaniem, ale też degustacją! Japońskie curry w ramach niedzielnego obiadu, i to całkiem za darmo? Takie okazje gwarantuje Wam tylko Imladris!

Tymczasem w tawernie…

W każdym szanującym  się świecie fantasy musi być jakaś karczma, w której strudzeni wędrowcy znajdą jadło, napitek i chwilę wytchnienia.

Dla wszystkich odwiedzających Imladris takim miejscem był pub BarON przy ulicy Batorego. Tu zmęczeni konwentowym szaleństwem uczestnicy mogli odpocząć przy planszówkach lub grach na konsolę, racząc się przy tym wybranymi eliksirami. Wielu chętnie skorzystało z tej możliwości, o czym świadczyła długość kolejki do baru w piątkowy i sobotni wieczór (domyślam się, że skusiła ich specjalna zniżka na piwo). Zresztą, wystrój i charakter lokalu idealnie wpisywał się w klimat imprezy, więc trudno dziwić się wysokiej frekwencji.

Co wytrwalsi kontynuowali zaliczanie kolejnych punktów programu, ponieważ w BarONie miała miejsce część zaplanowanych atrakcji. W piątek po południu świętowała tam urodziny Chata Wuja Freda, a wieczorem dał koncert zespół RAT Entertainment Group. Z kolei w sobotę konwentowicze mogli podszkolić swoje umiejętności aktorskiej improwizacji, a później sprawdzić wytrzymałość własnych gardeł podczas Barbarzyńskiego Karaoke.

To ostatnie wydarzenie, w którym dane mi było wziąć czynny udział, zasługuje na osobny akapit. A może nawet dwa…

Śpiewać każdy może

O tym, że Imladris słynie ze swojego karaoke, słyszałam już wcześniej. Teraz już wiem dlaczego. Grupa Konwentowa „Barbarzyńcy z Południa” zorganizowała nam fantastyczny wieczór, który za sprawą konwentowej magii zakończył się dopiero nad ranem. W repertuarze znalazło się niemal wszystko: światowe i lokalne evergreeny od popu aż po metal, przeboje z animacji Disneya czy kawałki z kultowych komedii. Naturalnie, konwentowe karaoke nie mogło się obyć bez utworów znanych większości członków fandomu. Klaskaliśmy więc wspólnie do „Orek z Majorki” Grupy Filmowej Darwin i wzruszaliśmy się przy „Wilczej zamieci” z Wiedźmina. Odśpiewana została również „The bard’s song” zespołu Blind Guardian. Prawdziwym hitem wieczoru była dla mnie jednak piosenka „Let it flow” – parodia disnejowskiego „Let it go” wykonana przez fanów gwiezdnej sagi. Muzyczna opowieść o przejściu Anakina Skywalkera na ciemną stronę Mocy z miejsca podbiła moje serce i wywołała niekontrolowany atak śmiechu.

Fot. Adrian Panas

Do pełni szczęścia zabrakło mi jedynie piosenek znanych z czołówek moich ulubionych serii anime, ale i tak bawiłam się świetnie. Choć sama ostatecznie nie sięgnęłam po mikrofon, w zupełności wystarczyło mi zbiorowe darcie gardeł oraz obserwacja solistów, którym możliwość zaśpiewania swoich ulubionych kawałków sprawiała wyraźną frajdę.

Orgowie porywali do tańca przedstawicieli mediów. Ktoś z uczestników przygrywał na kazoo. A wszyscy pozostali wykrzykiwali tekst, nierzadko głośniej od osoby stojącej przy mikrofonie.

Pięknym momentem było zwłaszcza grupowe wykonanie „We are the champions” z dedykacją dla całej obsługi. Wszystko to sprawiło, że tamtej nocy mogliśmy się poczuć częścią tej wielkiej fanowskiej rodziny, która współtworzy Imladris i podobne imprezy. Wydaje mi się, że właśnie dla takich doświadczeń warto odwiedzać konwenty.

To naprawdę już koniec?

Tak to już niestety jest, że wszystko, co dobre, szybko się kończy. Mimo że były to dla mnie dość intensywne trzy dni, opuszczałam budynek przy ulicy Studenckiej z pewnym niedosytem. No bo jak to tak, już do domu? Chętnie pobyłabym tam dłużej, ale cóż poradzić… Wszystkie prelekcje zostały już zakończone, wystawcy zaczęli zwijać stoiska, a lokalny skryba przyjmował ostatnie zamówienia. Najwyższa pora wracać do rzeczywistości.

Fot. Adrian Panas

Na pocieszenie organizatorzy zostawili nam plakaty reklamowe, które można było zgarnąć tuż przed wyjściem. Zatrzymałam się przy nich razem z innym uczestnikiem. Zamieniliśmy kilka słów, z których wynikało, że i jemu jest ciężko rozstawać się z tym miejscem i jego atmosferą. „Ten weekend mogę uznać za wyjątkowo udany”, stwierdził mój rozmówca, wychodząc. Myślę, że trudno o bardziej zwięzłe podsumowanie tej imprezy.

Plakat, który wówczas zabrałam, wisi obecnie na drzwiach mojej szafy. Przypomina mi, że powinnam wrócić na Imladris za rok. Mam nadzieję, że tak właśnie się stanie.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o