Horror dziecięcych koszmarów. Co czaiło się pod łóżkiem?

Darkness falls across the land

The midnight hour is close at hand

Creatures crawl in search of blood

To terrorize y’all’s neighborhood

And whosoever shall be found

Without the soul for getting down

Must stand and face the hounds of hell

And rot inside a corpse’s shell

Michael Jackson – „Thriller”

Chociaż to jeszcze nie halloweenowy sezon – wciąż lato jest dobrą porą, aby pogadać o rzeczach przyprawiających nas o gęsią skórkę. W końcu większość teen slasherów rozgrywa się właśnie w wakacje, gdzie młodzież biwakująca poza miastem musi uważać na komary oraz seryjnych morderców. Tylko że takie film raczej nie kojarzą nam się z niczym „strasznym”. Faktycznie, spoglądając na rynek horrorów, dużo łatwiej trafić na coś w najlepszym razie miernego – bazującego na banalnych sposobach podnoszenia adrenaliny (jump scare). Pojawiają się jednak perełki pokroju „The Conjuring”, które nawet wprawionego widza przyprawiają o dreszcze na plecach.

Jednak tematem, który chciałbym tutaj poruszyć, są wszelkie strachy, jakie nas nawiedzały w dzieciństwie. Wyniknął on naturalnie jednego wieczoru, gdy luźno sobie redakcją konferowaliśmy – w końcu schodząc na tematy horrorów. Ze szczególnym naciskiem na te prześladujące nasze dziecięce senne koszmary.

Także pora zmierzyć się z traumami i zajrzeć do szafy pełnej potworów, by stawić im raz jeszcze czoła!

Jacek 2.0

Od razu zaznaczam, że fanem horrorów nie jestem i od lat unikam sięgania po cokolwiek z tego gatunku. Na swoje nieszczęście zawsze za bardzo się wczuwam w atmosferę — co najczęściej kończyło się dla mnie stanem przedzawałowym. Szczególnie gdy dany film uwielbiał korzystać z najgorszego tropu, jaki twórcy opowieści grozy w formie ruchomych obrazków dodają do swoich dzieł. Mówię tutaj oczywiście o jumpscare. Nienawidzę tego. Ok, może sam w sobie zły nie jest, ale w większości przypadków używany w sposób wołający o pomstę do nieba. Przy czym zdaję sobie sprawę, że horrory ostatnio przeżywają swój mały renesans — oferując bardzo różnorodne i ciekawe motywy. Wciąż jednak to nie jest coś, co sprawia mi przyjemność z oglądania.

I chociaż w dalszej części oczywiście odniosę się do pewnych filmów pełnych strachów, które wywołały u młodszego mnie masę traum, to chcę zacząć od przykładu nieco abstrakcyjnego…

Czołówka jak z koszmaru

Dawno, dawno temu, gdy mały Jaca nie wystawał jeszcze czubkiem głowy poza blat stołu, w polskiej telewizji leciał sobie pewien teleturniej. Jeden z tych wartościowszych, w którym musiałeś się wykazać szeroką wiedzą z wielu dziedzin życia oraz nauki, aby cokolwiek w nim osiągnąć. Przy okazji również cholernie nudny w formacie. Gdyby prześledzić historię polskich teleturniejów, to idealnie widać przesunięcie środka ciężkości z promowania tych, oferujących wyzwanie dla uczestników do bardziej rozrywkowej oraz dynamicznej formy. Pomijając już kontekst historyczny – show, o którym tutaj wspominam, nosił nazwę “Miliard w rozumie” i posiadał absolutnie koszmarogenną czołówkę. Nawet dzisiaj, gdy ją sobie przypominam na potrzeby tego tekstu, mam flashbacki jak z Wietnamu.

Absolutnie przerażające…

Niby obserwujemy tylko narysowaną twarz mężczyzny w średnim wieku, który ma nam sprzedać w krótkim czasie clou programu. Problem tkwi w wykonaniu. Animowany człowiek w tym przypadku jest wzięty żywcem z doliny niesamowitości (ang. Uncanny valley) – dziwne proporcje, niepokojąca mimika i ruchy oczyma. Do tego doliczyć trzeba styl, który obejmuje rozmyte rysy i nieprecyzyjną animację. Całość okraszono jeszcze muzyką, która raczej zwiastowałaby rychłe pojawienie się klauna Pennywise z “To” Kinga niż programu rozrywkowego. Dziwnie zniekształcona cyrkowa nuta powoduje u mnie ciarki i zimny pot na plecach. No i jeszcze wybuchająca czaszka na zakończenie, żeby dopełnić dzieła zniszczenia w psychice młodego człowieka.

Wąpierze

Ciekawe ilu z naszych czytelników kojarzy, że polski reżyser – Roman Polański wyreżyserował, a także zagrał w komedio horrorze o wampirach? “Nieustraszeni pogromcy wampirów”, bo tak się nazywa film, miał swoją premierę w 1967 roku. Miejsce akcji to bliżej nieokreślona wschodnioeuropejska prowincja w połowie XIX wieku. Tutaj Profesor Abronsius z uniwersytetu w Królewcu (ówczesny Konigsberg) wraz ze swoim asystentem Alfredem (w tę rolę wcielił się sam Polański) – polują razem na wampiry, które zdają się terroryzować okolicę. Historia jest u swoich podstaw pastiszem klasycznych opowieści zawierających pierwiastek Nosferatu. Tutejsi pogromcy to właściwie dwójka nieudaczników, którzy wyruszają na starcie z siłami ciemności zaopatrzeni w czosnek oraz osikowy kołek. Oczywiście wpleciono także klasyczny motyw odbijania piękności z rąk kąsających nicponi… co nie kończy się dla bohaterów zbyt szczęśliwie. Nie chcę jednak zdradzać zbyt wielu szczegółów.

Chociaż film oczywiście utrzymano w tonie lekkim i komediowym, to w momencie, gdy go obejrzałem po raz pierwszy – miałem może pięć lat. I było to moje pierwsze spotkanie z wampirami w popkulturze. Wizja potworów kryjących się w ciemności, tylko po to, aby ugryźć cię w szyję i pozbawić życiodajnych płynów mocno podziałała na mój młody umysł. Skończyło się na tym, że co noc przez jakiś czas przykrywałem się kołdrą aż po samą głowę. W moim mniemaniu miało to być zabezpieczeniem przed zębami wbijanymi w tętnicę. Dzisiaj wydaje się to bardzo zabawne, ale w tamtym czasie w ogóle mi do śmiechu nie było.

Co kryje się pod łóżkiem

Na koniec mógłbym jeszcze wymienić jeszcze całą masę pojedynczych scen, które przyprawiły mnie o senne koszmary. Na czele z “Poltergeistem” i kultową sekwencją z telewizorem oraz duchem schodzącym po schodach, czy zwidy z topiącą się twarzą. Swego czasu, o ile nie lubię horrorów, to zdarzyło mi się ciągiem obejrzeć sporo japońskich filmów grozy. Te straszą przede wszystkim niepokojącą atmosferą zaszczucia bohatera, zupełnie inny typ budowania napięcia niż na zachodzie. Także słynny “Egzorcysta” przyprawiał mnie o zimne dreszcze.

Gaya Deguchi

Długo zastanawiałam się na tym wpisem. Chyba usunęłam większość dziecięcych traum z pamięci, bo ciężko było przywołać coś, co mnie naprawdę przestraszyło. Oczywiście w pierwszych chwilach umysł wywołał Marsz Wilków z Akademii Pana Kleksa czy powoli odwracającego się zombie z pierwszego Resident Evil. Okazało się, że to właśnie gry są tropem, którym powinnam podążać. Z Resident Evil miałam do czynienia w wieku 11 lat, później oczywiście pojawiło się Mortal Kombat, Doom, z czasem też Silent Hill i wiele, wiele innych, których tytuły ciężko sobie przypomnieć. Jednak grą, która mnie przestraszyła zdecydowanie najbardziej, było Thrill Kill.

Doktor panią przyjmie

Thrill Kill to kontrowersyjna bijatyka. Na zamkniętej arenie walczyły ze sobą cztery postaci, a każda rodem z horroru. Horror, którego dziecko nie powinno oglądać.

Pamiętam ogarniające mnie bardzo nieprzyjemne uczucie, kiedy gra była na ekranie. Wtedy nawet nie rozumiałam większości rzeczy, jakie te postaci wyrabiały ani co sobą reprezentowały. Zamiast paska energii bohaterowie posiadali paski agresji, które gracz ładował w trakcie walki. Kiedy pasek jest naładowany, trzeba “złapać” najbliższego przeciwnika i ową agresję wyzwolić. Ataki najłatwiej porównać do Fatality z Mortal Kombat. Jednak nie tylko były one wyjątkowo brutalne, ale często też seksualne w swojej naturze. Z bohaterów pamiętam kobietę w stroju francuskiej pokojówki, kanibala, który do walki używał ludzkiej nogi i pacjenta z psychiatryka w kaftanie bezpieczeństwa. Ale mnie zdecydowanie najbardziej przerażał chirurg plastyczny, w zakrwawionym kitlu, metalową szczęką i skalpelem w dłoni. W trakcie swojego “ataku agresji” powalał ofiarę i ową szczęką wyjadał jej wnętrzności. Teraz doczytałam, że nazywał się dr Faustus.

Nawet przeglądanie grafik z gry, choć obecnie mogą śmieszyć pikselami, przyprawia mnie o duszności. Właśnie zdałam sobie sprawę skąd moja niechęć do lekarzy i jakichkolwiek zabiegów chirurgicznych. Niech nikt nigdy nie wpada na pomysł wydania tej gry przy obecnych możliwościach graficznych!

Leniwiec

Byłem dość strachliwym dzieckiem i bałem się wielu rzeczy. Oczywiście, większość koszmarów zatarła się gdzieś w latach, a na ten moment wywołują co najwyżej ironiczny uśmiech. Chyba że ktoś mnie zmusi, abym przypomniał sobie, jak to było za dziecka…

Horror z laleczką w roli głównej

A za dziecka uwielbiałem oglądać horrory. Nie radziłem sobie z nimi kompletnie, ale brnąłem w to i oglądałem po dwa na moją odpowiedzialność. Pewnego wakacyjnego wieczoru, u cioci, gdzie jedną z większych moich rozrywek były letnie maratony filmów, trafiłem na Laleczkę Chucky. Już wtedy film trącił myszką, ale lalka wciąż wzbudzała we mnie tak ogromne przerażenie, że do dziś w rodzinie się z tego śmieją.

horror laleczka chucky

Laleczka Chucky w mojej młodej głowie popsuła obraz zabawek jako czegoś fajnego, zabawnego, a stworzyła dziwny pociąg do rzeczy opętanych. Laleczka z jednej strony mnie niesamowicie odpychała, a z drugiej jednak miała coś w sobie. Coś, co pozwoliło mi do dzisiaj o niej pamiętać.

P.S. Obejrzałem ten maraton, żeby nie było! (mimo że bałem się jak nigdy…)

Innym horrorem, który popsuł mi dzieciństwo, była Teksańska masakra piłą mechaniczną. Do dziś mam awersję do wszelkiego rodzaju gumowych masek zakładanych na głowę. No i Dom woskowych ciał. To jedna z tych wizji śmierci, których ze wszystkich sił chciałbym uniknąć.

Czerwony tyłek zawsze na wierzchu

Ciężko przypomnieć sobie, co jeszcze, nawet po tylu latach, wzbudza we mnie chociaż namiastkę lęku. Mógłbym Wam napisać o zombie, które są, moim zdaniem, najgorszą wizją końca świata, mógłbym napisać o Serii “Alien”, bo te potwory skutecznie popsuły mi fascynację kosmosem. Mógłbym wreszcie wspomnieć o zakonnicy z filmu „The Conjuring 2„, która, nie oszukujmy się, jest koszmarna. Jednak tego nie zrobię.

Zaraz po wspominanej laleczce, z dzieciństwa pamiętam jeszcze jednego jegomościa. The Red Guy z bajek Krowa i Kurczak oraz Jam Łasica emitowanych na Cartoon Network. Warto zaznaczyć, że nie do końca budził we mnie lęk, ale za to potężne zaniepokojenie i poczucie dyskomfortu.

Czerwony grał rolę kogoś na wzór antagonisty, a jego rolą było utrudnianie życia bohaterom. Występował w dziesiątkach różnych kreacji – raz był akwizytorem, raz wojskowym, a czasem po prostu skakał na swoich pośladkach bez celu. Potężna, bezkształtna bryła, której ton co rusz był wysoki lub niski, cichy lub głośny. Do tego fałszywy uśmiech i bardzo, bardzo dziwne zachowanie.

I można pomyśleć, że to tylko artefakt z dzieciństwa, z tych dziwnych bajek… Błąd, wracając co jakiś czas do Krowy i Kurczaka, dalej czuję się nieswojo, gdy The Red Guy pojawia się na ekranie.

Iva

Pierwszą osobą, której zawdzięczam jedną z moich dziecięcych traum, jest niejaki Harry Harris. Reżyser ten, który w 1985 roku nakręcił dwuczęściową adaptację „Alicję w Krainie Czarów”, dostarczył mi godnego kandydata na bohatera koszmarów: straszliwego Jabberwocka.

Stwór z powieści Lewisa Carrolla pojawił się w filmie Harrisa kilkukrotnie. Zazwyczaj towarzyszyły mu grzmoty i błyskawice, złowieszcza muzyka oraz przerażenie malujące się na twarzach bohaterów. W jednej chwili radosny i kolorowy świat Krainy Czarów zmieniał się w mroczną scenerię rodem z horroru, a poziom mojego niepokoju zauważalnie wzrastał. Co gorsza, sam potwór często wskakiwał na ekran dość nagle i bez ostrzeżenia, co tylko potęgowało mój strach.

Z jakiegoś powodu twórcy uznali, że pokazanie tej postaci w taki sposób w filmie przeznaczonym dla dzieci nie powinno nikomu zaszkodzić. Mylili się: wystarczyła jedna scena z udziałem Jabberwocka, żebym nie mogła spać po nocach. Trudno mi  było zasnąć samej w cichym i ciemnym pokoju, mając w pamięci obraz tej okropnej bestii, która w podobnych okolicznościach ukazała się bohaterce. Do dziś pamiętam, jak siedząca przy łóżku mama próbowała mnie wtedy uspokoić. Przypomniała mi, że Alicji udało się w końcu pokonać potwora słowami „Nie boję się ciebie ani w ciebie nie wierzę!”. Cóż, chyba pomogło, bo moje problemy z zasypianiem wkrótce się skończyły.

Już za chwilę, mili widzowie, strach wam włosy zjeży na głowie!

Taką zapowiedzią rozpoczynał się kolejny horror mojego dzieciństwa, czyli serial „Gęsia skórka”. Serię emitowaną na kanale Fox Kids (później przemianowanym na Jetix) wspominam całkiem dobrze – podobały mi się te opowieści z dreszczykiem, choć jednocześnie się ich bałam. Już sama czołówka mogła przyprawić o gęsią skórkę: niepokojąca muzyka, pies o demonicznych oczach oraz głos Dariusza Odiji zapraszającego na kolejny odcinek robiły swoje. Przynajmniej w czasach, kiedy chodziłam do podstawówki i obce były mi jeszcze filmy grozy.

Jacek 2.0: Ja się lekko wtrącę, bo za dzieciaka także sporo oglądałem “Gęsiej Skórki”. Pewnie dzisiaj bardzo umowne efekty i ogólna przaśność serii, by na mnie takiego wrażenia nie zrobiła, ale lata temu… jejku jej, dawała czasem popalić. Do dzisiaj czuję niepokój, myśląc np. o odcinku z maskami na Halloween. Brr.

horror goosebumps

Ze wszystkich obejrzanych odcinków najlepiej zapamiętałam te, gdzie motywem przewodnim była zmiana (lub zamiana) tożsamości. Spośród nich szczególnie zapadł mi w pamięć epizod pt. „Nie wchodźcie do piwnicy”. W nim tata dwójki bohaterów okazuje się nie być ich prawdziwym ojcem, lecz efektem naukowego eksperymentu. Przypuszczam, że po tym odcinku niejeden wrażliwy dzieciak zaczął inaczej patrzeć na swoich rodziców. Z kolei „Idealna szkoła” skupiała się na groźbie utraty własnej tożsamości i wszystkiego, co z nią związane. Uczniowie tytułowej szkoły byli bowiem zastępowani przez klony będące lepszymi wersjami ich samych. Po odpowiednim okresie „resocjalizacji” rodzice otrzymywali idealną kopię, podczas gdy ich prawdziwe dzieci na zawsze pozostawały w murach szkoły. Przerażające, prawda?

Stary horror, ale jary

Choć przywołane tytuły nie robią już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś, to same pomysły, jakie w nich wykorzystano, nadal budzą grozę. Bo czy nie jest straszną myśl, że najbliższa ci osoba może być w rzeczywistości kimś zupełnie innym? Albo możliwość bycia zastąpionym przez swojego sobowtóra? Myślę, że tak. I do tej pory zastanawiam się, kto wpadł na pomysł, by tego typu lęki zaszczepić w najmłodszych odbiorcach. Czyżby twórcy chcieli nas z nimi oswoić…? Tego nie wiem. Wiem tylko, że „Gęsią skórkę” i „Alicję w Krainie Czarów” będę wspominać jako mój pierwszy kontakt z horrorem (w dziecięcym wydaniu).

Michał „Rankine”

Największy horror mojego dzieciństwa? Chyba sobie żartujesz! A oddasz mi potem za powtórną terapię? Tylko nie mów, że przy następnej wypłacie, bo nawet pierwszej jeszcze nie tu nie widziałem. Ech… Niech będzie, moja strata. Najstraszniejsze lata temu było dla mnie bieganie na lekcjach w-fu. Pozostawiło to w mojej psychice bliznę, która zmusza mnie do biegania półmaratonów. Czasem w nocy nagle budzę się i wiąże niewidzialne sznurówki niezałożonych butów…

A tak bardziej poważnie? Na pewno przez długi czas nie dał mi spokojnie zmrużyć oka pewien odcinek Muminków. Po wyleczeniu się z tamtej traumy przyszedł nowy horror – Stephen King, z którym połączył mnie syndrom sztokholmski.

Hatifnatowie (inaczej: białe dupki)

Nie wiem, co miała w głowie Tove Jansson, projektując te postacie w Muminkach. Na pewno jednak powinno się wyjąć to coś z umysłu, spalić, zakopać i poćwiartować – kolejność dowolna.  W tych stworkach jest więcej dziwnego, niż można sobie wyobrazić. Nie mają słuchu, węchu, ale za to lubią, jak walnie w nie piorun. Podobno burza pomaga im w komunikacji i dodaje energii. Ja jednak nie daję się zwieść tym chorym zwyrodnialcom i węszę tu niezdrowy fetysz. Nawet dobrotliwa Mama Muminka przyznaje, że jest przekonana o braku uczuć Hatifnatów.  To już wystarczająco dużo argumentów na upchnięcie ich w kategorię: horror.

Odcinek, w którym Hatifnatowie zbierają się na swojej wyspie, by razem przetrwać burzę (i obrzydliwie przy tym falować!) tak bardzo mnie poruszył również z osobistego względu. Gdy byłem dzieckiem, moją okolicę nawiedziła potężna burza. Na szczęście nikt nie zginął, ale zniszczeń było całkiem sporo, a zjawisko o choć porównywalnej sile jeszcze się od tego czasu nie pojawiło. Bałem się jak cholera. Najpierw przeżyłem nawałnicę na własnej skórze… A potem podobny horror zobaczyłem na ekranie telewizora.

horror muminki

Na szczęście z biegiem lat mój strach minął. Całe szczęście, bo teraz jestem studentem Wydziału Elektrycznego. Głupio byłoby wybuchać płaczem przy każdym przekroczeniu progu budynku. Wystarczy, że w sesji tak mam.

PS. Pamiętajcie, że potężna wichura, łamiąc duże drzewa, trzciną zaledwie tylko kołysze

Miasteczko Salem

Trzeba przyznać, że szybko zacząłem obcować z bardziej dojrzałą literaturą. Już w piątej klasie szkoły podstawowej brałem się za Sagę o Wiedźminie czy „Ojca Chrzestnego”. Po latach odbiór tych dzieł jest zdecydowanie inny, ale już wtedy byłem w stanie przez nie przebrnąć i wyciągnąć większe wnioski. Byłem żądny wrażeń. Szukałem książkowych wyzwań. Tak trafiłem na „Miasteczko Salem”.

horror King

Będę szczery – nie skończyłem czytać tej książki za pierwszym razem. Urwałem w momencie, w którym jeden z bohaterów, mały chłopiec, po zmroku leży w swoim łóżku i nagle za oknem widzi unoszącego się wampira. Groza, z jaką opisał to King, była dla mnie niezwykle odczuwalna. Dlaczego? W tamtej chwili też byłem nastolatkiem.  Było grubo po pierwszej w nocy, czytałem samotnie w swoim pokoju… I mieszkałem na trzecim piętrze, dlatego za cholerę nie chciałem niczego zobaczyć za szybą. Trzy dni chodziłem potem niewyspany, bo śniłem jeden koszmar. Zgadnijcie, jaki.

Do „Miasteczka Salem” wróciłem dobrych kilka lat później, dopiero po osiągnięciu pełnoletniości. W międzyczasie zdążyłem przeczytać masę książek Kinga, ale do tej jednej miałem głęboki uraz. Na szczęście udało mi się pokonać również ten horror.

Pod twoim łóżkiem czai się potwór

Nasza redakcja przełamała swój strach i podzieliła się koszmarami z dzieciństwa. Teraz kolej na was! Piszcie, który horror Was przerażał, co budziło w nocy z zimnym potem na plecach, czego baliście się najbardziej. I pamiętajcie, aby zawsze sprawdzić przed snem, co macie pod łóżkami oraz niedomkniętych szafach…

A jeśli tęsknicie też za tą kolorową stroną dzieciństwa, to koniecznie sprawdźcie nasze Top 15 najlepiej wspominanych bajek z dzieciństwa!

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: