HoriMiya – Tom 1 – Recenzja

HoriMyia

HoriMiya, czyli dwa problemy.

Każdy na co dzień zakłada maski. Czasem, by ukryć zły humor, jakieś smutne zdarzenia, a czasem, żeby uśmiechnąć się na kompletnie nieśmieszny żart. A co, jeżeli pod taką maską musimy ukrywać swoje drugie, prawdziwe ja? Znalezienie drugiej takiej osoby, której można się wygadać, podchodzi już pod cud.

Jak pewnie wiecie już z tytułu – dzisiaj recenzja mangi HoriMiya, konkretniej pierwszego jej tomu. Dlatego wszystkie moje odczucia dotyczą tylko początku tej serii, nie traktujcie ich jako wyrocznie na całą tę mangę.

Sprzątanie, gotowanie, prasowanie, mycie naczyń – i wiele, wiele więcej zadań czeka już na Hori w jej domu. A oprócz tego musi jeszcze ładnie wyglądać i nie pozwolić, aby jej sekretne życie kury domowej nie wyszło na jaw. No i jeszcze opieka nad młodszym bratem… Pewnie wolałaby być jakimś cichym kujonem, który za żadne skarby nie chce wyróżniać się z tłumu – o, na przykład takim jak Miyamura!
Trzeba ukryć kolczyk w wardze, jakieś cztery czy piec kolczyków w uchu, a jeszcze te tatuaże na ręce i plecach… Na dworze trzydzieści stopni, a dalej trzeba chodzić w całym mundurku – bo inaczej wszyscy je zobaczą. Już chyba wolałby być taka zwykłą nastolatką – o, na przykład taką jak Hori!

Wszystko zaczęło się od wypadku brata Hori – upadł, uderzył o coś nosem, nieszczęście gotowe. Prawdopodobnie do teraz siedziałby tam i płakał, gdyby nie pomoc pewnego młodzieńca. Ten postanowił odprowadzić dziecko do jego domu, w którym już czekała na niego siostra – w tym przypadku Hori z jego klasy, tylko w bardziej domowej edycji: starych ciuchach i bez makijażu. Dziewczyna dziękuję nieznajomemu chłopakowi… Napisałem nieznajomemu? Przecież to wypisz wymaluj Miyamura z jej klasy – tylko w bardziej wykolczykowanej wersji.
Ani jedna, ani druga strona nie spodziewała się takiego spotkania, spotkania bez maski. Od dzisiaj oboje znają swój sekret.

Co zostało zobaczone, już się nie odzobaczy. 

Nie wiedziałem czego spodziewać się po tej mandze – wiecie, że ja wszystko wybieram po okładce. Tak więc i teraz zaczniemy od niej, bo jest naprawdę urokliwa. No może pomijając ten bijący po oczach róż… Ale w końcu romans, prawda? No i komedia. No i okruchy życia – dwójki nastolatków widniejących z przodu okładki. Sam projekt Hori od razu skojarzył mi się z Reiko z anime Natsume Yuujinchou.
Dziwne jednak, że zaraz po otwarciu tomu, widzimy śliską stronę z wydrukowanymi postaciami – tymi samymi, co na obwolucie, a jednak wyglądających trochę inaczej. Może lepiej, może gorej – musicie sprawdzić sami. Osobiście jednak wolę Miyamure z fioletowymi oczami.

Co do fabuły. Tutaj nie mogę za dużo powiedzieć, bo do dyspozycji mam tylko pierwszy tom. Niemniej jestem przekonany, że szykuje się naprawdę dobry romans, bo charaktery postaci stworzono naprawdę dobrze. Zero sztuczności – jak prawdziwi ludzie. Jedynym zgrzytem jest to ich ukrywanie swojego prawdziwego „ja” – po co? Przecież nikt nie wyklucza ze społeczeństwa za bycie kurą domową.

HoriMiya to całkiem ładna manga

Nie mogę zapomnieć również o kresce. Szczerze – zostałem bardzo mile zaskoczony. Dawno nie czytałem mangi, która byłaby aż tak miła dla oka.
Modele postaci wykonane są poprawnie, bez większego szału, ale dalej ładnie. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że są bardziej sexi niż w Ścieżkach Młodości, mimo że kreska jest zdecydowanie prostsza. Jednak jest coś, co zasługuje na ogromny plus. Mianowicie – emocje wcześniej wspomnianych postaci. Nie mówię o tych wyrażanych w tekście, a o tym ukazywanych. Bo to, moim zdaniem, wypadło genialnie i mówcie, co chcecie, ale ja lepszej ekspresji jeszcze nie widziałem.

Muzyka… Oh wait.

Postacie. Wróćmy jednak do postaci. Oczywiście mamy tutaj dwójkę głównych i zarazem tytułowych. Wydaje mi się, że Miyamure ukazano nieco lepiej jako postać ciekawszą. Hori jest nijaka. Tak samo zresztą, jak ich dwójka przyjaciół. Na razie nic ciekawego – mam nadzieję, że w przyszłych tomach to się jakoś poprawi.

Właśnie, czy coś jeszcze mogłoby się poprawić?

Jak na razie większych wad nie dostrzegłem, podobało mi się. Jedynie co mi kompletnie nie pasowało, – uwaga spoiler – był fakt, że przez cały czas Miyamura ukrywał swoje tatuaże i piercing, a tu nagle, niż tego ni z owego, po prostu zdejmuję bluzę przed kolegą z klasy. No błagam. A w gimnazjum na trzydniowej wycieczce ani razu się nie kąpał, byleby nikt nie widział tatuaży… – Koniec spoilera.

Pewnie już wiecie, że polecę Wam tę mangę. Jest naprawdę wspaniała i zapowiada się obiecująco – zupełnie tak, jak wydawnictwo Waneko, od którego ja dostałem. Kupujcie ich mangi!
Koniec przerwy na reklamy. Mam nadzieję, że obiecany przelew wkrótce dojdzie.

Niemniej, naprawdę polecam wam HoriMiye – sam lubię mangi z gatunku „okruchy życia” (jak to tragicznie brzmi…) i przeczytałem ich już całkiem sporo. Z czystym sercem mogę zapewnić, że HoriMiya się na ich tle wyróżnia, w dobrym tego słowa znaczeniu. Jest śmieszna, jest wciągająca, nie ma wolniejszych momentów, która mogłyby przynudzić czytelnika. Oczywiście, nie znam całokształtu tej serii, ale poznam na pewno – śledźcie mój fanpage, a na pewno się dowiecie.

Tyle ode mnie, dziękuje Waneko za egzemplarz recenzencki. Liczę, że recenzja się podobała i zapewniam, że będzie ich więcej. Tymczasem – miłego weenekdu 🙂

 

1
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
trackback

[…] tam w odmętach Leniwca, gdy znajdziecie recenzję pierwszego tomu [link], możecie wyczytać w niej kilka słów o sferze erotycznej w tej mandze. Kiedyś, dawno temu, […]