Gorące openingi na chłodne, zimowe dni

Tegoroczny zimowy sezon jest totalnie zakręcony! Tylu serii, które można by polecić bez zmrużenia oka, nie mieliśmy w pojedynczym cyklu wydawniczym anime od dawna. Warto zauważyć, iż już cały zeszły rok zwiastował niesłychanie dobry czas dla każdego fana japońskiej sztuki animacji. Dopiero jednak obecny, 2019 zapowiada prawdziwy, niemalże barokowy przepych i klęskę urodzaju. Nie obraziłbym się, gdyby w przyszłym roku, wieńczącym trwającą dekadę, ta sytuacja się (co najmniej) powtórzyła. Czuję w kościach, że i tak ostatnie lata czas będziemy wspominać jako małą złotą erę japońskiej animacji.

Jednak rozpływanie się nad poszczególnymi seriami zostawmy na koniec sezonu, a do poleceń konkretnych pozycji odsyłam do naszego tekstu, gdzie redakcją zrobiliśmy ich mały przegląd. Tymczasem w poniższym tekście skupmy na czymś innym. Albowiem, dzisiaj powiemy sobie o odrębnym aspekcie, który sprawia, że moje kokoro robiło doki doki. O czym mowa? Oczywiście chodzi mi o czołówki i sekwencje towarzyszące napisom końcowym. Uwierzcie – jest nad czym się zachwycać i chętnie w „kilku” poniższych słowach postaram się wam to udowodnić.

Mob Psycho 100 sezon 2

Postawmy sprawę jasno już na samym początku. Ta czołówka jest bezapelacyjnym faworytem do miana najlepszej w tym roku. Koniec i kropka. Żadnych dyskusji. Możecie mnie błagać, prosić, przekonywać, że jeszcze zbyt wcześnie na wydawanie tak ostatecznych opinii. Nie zamierzam jednak ukrywać, że opening do drugiego sezonu (jak i on sam) zwyczajnie rzucił mnie na kolana. Czuć w nim niewyczerpane pokłady miłości animatorów do adaptowanego przez nich dzieła. Płonącą pasję, jaką wkładają w każdy jego element. Studio BONES zwyczajnie dało z siebie wszystko i jeszcze trochę. Sam fakt ilu młodych, utalentowanych ludzi oraz masę renomowanych starych wyg wciągnięto w produkcję, uzmysławia skalę przedsięwzięcia. Wystarczy, że obejrzycie odcinek piąty i będziecie wiedzieć, nad czym się rozpływam niczym masło na rozgrzanej patelni.

Wracając jednak do sedna tekstu. Czołówka Mob Psycho 100 raz jeszcze niszczy system i powoduje zwarcie styków w głowach oglądających. Od samej sekwencji otwierającej, gdzie starano się odtworzyć pewną zabawkę imitującą ruch. W rzeczywistości przypominającą małą karuzelę z figurkami, które niejako odwzorują kolejne „klatki” ruchu. Po jej uruchomieniu i nabraniu przezeń odpowiedniej prędkości daje złudzenie płynnej animacji. A to tylko jeden z obecnych w czołówce przykładów tego typu zabiegów. Animatorzy sprytnie wpletli różne techniki, czy sztuczki, jakich używano na przestrzeni lat, aby nadać statycznym obrazom wrażenie poruszania się. Tak samo anime korzysta z różnych, eksperymentalnych, często ocierających się wręcz o art-house stylów, czego omawiany opening jest zaledwie przedsmakiem.

“99.9” by MOB CHOIR feat. Sajou no Hana

Im dalej, wcale nie jest gorzej – wręcz przeciwnie. Efekt domina z postaci występujących w Mob Psycho 100, czy cała sekwencja zapowiadająca starcie z szefem CLAW – ciężko się nad tym nie rozpływać. Ile pietyzmu, pracy i planowania włożono w każdą klatkę animacji – poraża mnie to za każdym razem. Nie wspominając o całej masie easter-eggów, wplecionych tu i ówdzie. Ponownie, podobnie jak przy pierwszym sezonie, mamy także specjalnie skomponowany utwór, odnoszący się treścią bezpośrednio do tematów oraz motywów prezentowanych w serii. Zawsze doceniam, gdy studio podejmuje wysiłek, aby elementy audiowizualne składały się na spójną całość. Mającą nie tylko podkreślać, ale i wzmacniać stronę narracyjną.

Ending / „Memosepia” by Sanjou no Hana

Akurat napisy końcowe bardziej mi przypadły do gustu w pierwszym sezonie. Głównie dzięki, wykorzystaniu tam niespotykanie oryginalnej metodę animacji. Posłużono się techniką malowania obrazów na szkle tak, że klatki niejako płynnie przemieniają się w kolejne. Ciężko przekazać ten efekt w słowach, gorąco zachęcam tym samym do sprawdzenia. Szczególnie, przez wzgląd na jego klimat oraz formę. I chociaż tym sezonie nie dostaliśmy niczego podobnego, to wciąż dostarczono coś naprawdę dobrego!

Sama animacja przypomina obraz wykonany z wycinanych kształtów. Kolory są mocno pastelowe i w całości sprawia przyjemne wrażenie. Motywem przewodnim zrobiono relacje, jakie Mobowi udało się na przestrzeni odcinków nawiązać. Idealnie podkreślając drogę przebytą już przez bohatera. Tym mocniej jest to zaakcentowane w kontekście ostatnich ujęć, odnoszących się bezpośrednio do finału mangi. Nie mam zamiaru rzucać poważnymi spoilerami, więc niecierpliwych odsyłam do lektury mangi. Uważam, że pomimo tak misternie wykonanym anime, nadal warto po nią sięgnąć. Nawet jeżeli początkowo nie przekonuje was kreska, jaką posługuje się ONE, autor oryginału. W momencie, gdy już przywykniecie – zostaniecie wynagrodzeni jedną z najlepszych historii, jakie medium mangi ma do zaoferowania.

 Dororo

Produkcja studia MAPPA jest kolejnym wpisem w trend nadawania klasykom uwspółcześnionych adaptacji. Mogę tutaj wymienić m.in. Megalo Box, będącego duchowym spadkobiercą  Ashita no Joe, czy kompletnie przeniesionym na grunt dzisiejszego świata Devilman Crybaby. Dororo jest bowiem dzieckiem pióra oraz kreski, legendarnego Osamu Tezuki. Historię we wciąż jeszcze świeżym anime, przeciwnie do wymienionych wcześniej pozycji, utrzymano dużo bliżej oryginałowi. Wciąż jednak poczyniono mnóstwo mniejszych lub większych zmian, mających na celu uczynienie jej strawną dla współczesnego odbiorcy. I tak opowieść stała się zdecydowanie mocniejsza: bardziej krwawa i depresyjna, a przy tym również dojrzalsza. Mniejszy nacisk położono na pojedynkowanie się z demonami. Punkt ciężkości przeniesiono na bardziej przyziemne, jednak wcale nie mniej przerażające problemy, trawionego nieustannym konfliktem świata.

Sam opening zresztą ma za zadanie wprowadzenie nas w klimat Dororo. Czołówka od samego początku podsuwa widzowi subtelne, ale jasne (gdy już wiemy na, co zwracać uwagę) aluzje do stanu ciała Hyiakkimaru  –  głównego bohatera. Jego biologiczny ojciec, to ambitny daymio. Na którego drodze ku spełnieniu snów o potędze stoi pojedyncza, drobna przeszkoda. Mianowicie ziemie, jakie posiada, są ubogie, położone na politycznym marginesie rozdartego między niezliczonych władyków kraju. Wszystko ma zmienić na lepsze pakt zawarty z dwunastoma demonami. Wiadomym jest jednak fakt, że tego typu umowy wymagają uiszczenia odpowiedniej opłaty, najczęściej miażdżąco wysokiej. Zaciągnięty dług tym samym spłaca nowo narodzony syn – tracąc wszelkie członki ciała, w tym oczy, układ nerwowy, czy nawet głos. Pozbawiony niemal wszystkiego – ostatecznie cudem przeżywa, a po osiągnięciu dojrzałości podejmuje próbę odzyskania tego, co mu siłą zabrano.

Opening – „Kaen” by Ziyoou-vachi

Wszystkie wymienione wydarzenia prezentuje nam w skróconej wersji sam opening. Pierwsza scena nawiązuje do nabytej umiejętności widzenia energii życiowej organizmów, jako zastępstwa dla braku innych zmysłów u protagonisty. Podobnie zresztą obrazy prezentowane na jego oku – te ostatecznie są tylko odbiciem na szklanych kulach wypełniających puste oczodoły. Dalej mogę wymienić np. czerwony płomień, oznaczający duszę demona, a także próbującego przeżyć na własny rachunek Dororo, jeszcze przed spotkaniem Hyiakkimaru. Pojawiają się również osoby spotykane przez parę głównych bohaterów – zarówno te przyjazne, jak i te mniej. Podobnie jak w przypadku openingu do Mob Psycho 100, można by poświęcić na analizę cały osobny, kilkustronicowy tekst. Nie czas to jednak i miejsce, zamiast tego zajmijmy się jeszcze jednym elementem istotnym dla czołówki…

Dobór utworu wzbudził wśród fandomu dość spore kontrowersje oraz dysputy. Ogólnie rzecz ujmując, klimatem odbiega dość mocno od openingu i anime, choć wplecenie motywów tradycyjnej japońskiej muzyki pomaga. Dynamiczny, świetnie pasujący do niej montaż, czy tego, jak piosenka brzmi sama w sobie… no nie mogę odmówić, że patrzy się na to i słucha z nieukrywaną satysfakcją. Tak też co tydzień nie potrafię się zmusić do jego przewinięcia.

Ending / „Sayonara Gokko” by amazarashi

Muzyka z napisów końcowych już jest zdecydowanie bliższa klimatem do anime niż ta z czołówki. Bardzo melancholijny utwór, który towarzyszy subtelnej animacji. Ta natomiast skupiona jest na relacji pary głównych bohaterów. Minimalistyczne, ale sprawdza się niezwykle dobrze w swojej prostocie. Dając oglądającemu jasny obraz przyjaźni oraz wzajemnego wsparcia między Dororo a Hyakkimaru. Najmocniej podkreśla to tematyczne skupienie na ekspresji wyrażonej twarzami bohaterów: zdziwienie, zafascynowanie, lekki uśmiech, czy szeroki banan na twarzy młodszego z bohaterów.

The Promised Neverland

W ostatnich latach Weekly Shounen JUMP się zmienia. Odbija z kursu, w jakim tradycyjnie podążał magazyn i kieruje go na nowe, nieznane mu wcześniej wody. Choć nic nie zapowiada rezygnacji z promowaniu przede wszystkich shounenów, to wciąż obserwujemy przełamanie ich dominacji. Jaki jest powód takiego obrotu spraw? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Sam temat zmian w tygodniku jest dość rozległy i zasługuje na osobny tekst. Jeżeli jednak chcecie poznać moją skrótową opinię: nadrzędnym celem jest prawdopodobnie dywersyfikacja wydawanych tytułów i przyciągnięcie nowego odbiorcy. Od lat WSJ notuje stały spadek liczby czytelników – widać w końcu góra postanowiła na wyraźne kroki, aby ten trend odwrócić. W tego typu wyjaśnienie wpisuje się także mocniejsze zaatakowanie rynku cyfrowej dystrybucji i wciąż jeszcze nieśmiałe spojrzenia ku zachodnim rynkom.

Tym sposobem na łamach JUMP’a pojawiły się takie pozycje jak Dr. Stone oraz przede wszystkim – The Promised Neverland. Od zakończenia Death Note pismo nie miało tak popularnej serii typu mystery w swoim rękach. Powiedzenie, że historia Normana, Raya i Emmy szturmem zdobyła sobie mnóstwo fanów, wcale nie byłoby tutaj wielką przesadą. Czuć silny powiew świeżości, jakim jest ta opowieść – wyróżniająca się mroczniejszym, cięższym klimatem na tle pozostałych tytułów. Po więcej odsyłam do recenzji mangi na naszej stronie, tutaj.

Opening – „Touch off” by UVERworld

Nie owijając w bawełnę – adaptacja, za którą odpowiada studio córka A1-Pictures, pod nazwą Cloverworks, odwaliło kawał rewelacyjnej roboty. Biorąc już samą reżyserię oraz montaż mogę powiedzieć, że ta adaptacja ma się czym pochwalić. Suspens, w jakim trzymają nas kolejne wydarzenia, powoduje nie raz, nie dwa pocenie się dłoni. Dochodzi do tego fenomenalny sound-design, który tylko podbija uczucie zaszczucia i niepokoju. Całość dopełnia płynna, świetnie poprowadzona animacja. Zresztą opening jest tego najlepszą reklamą. Najbardziej co przypadło mi w nim do gustu, to ukazanie pozornego szczęścia bohaterów, za którym czyha śmiertelne zagrożenie. Widz czuje, że w każdym ujęciu kryje się coś więcej niż, mogłoby się wydawać.

I tak kontrastujemy uśmiechnięte twarze postaci np. z tłem, za które robi miara wysokości znana ze zdjęć do policyjnych kartotek. Wschód słońca jest przeciwstawiony spłoszonym, uciekającym ptakom. Tak samo ogień lampy symbolizujący poznanie prawdy z pochłaniającym Emmę mrokiem, jaki z niej wynika. Jedno jest pewne – nie podda się mu bez walki. Motywem przewodnim jest tutaj bowiem determinacja bohaterów tej historii. Mają wręcz wypisane na swoich obliczach skupienie i gotowość do stawiania czoła zagrożeniu. Chociaż wydaje się ono przytłaczające – dzięki łączącej ich nici losu oraz przyjaźni będą próbować do ostatków sił. Ostatnie ujęcie świetnie podkreśla klimat gry toczonej w anime. Emma, Ray i Norman dosłownie przebijają się przez ścianę zagadek, by móc znaleźć sposób na wygraną w tej partii.

Brak też większych zastrzeżeń co do użytej muzyki. Piosenka UVERworld sprawdza się tutaj naprawdę dobrze, a powracające co jakiś czas „Nannananana” będzie mi tkwić w głowie jeszcze długo. Nie inaczej jest z agresywnym saksofonem, który atakuje nas po nieco bardziej subtelnym początku.

Ending / „Zettai Zetsumei” by Cö shu Nie

Podobnie jest w przypadku endingu. W nim najpierw mamy przedstawione codzienne, niemal sielskie życie w sierocińcu. Wspólne posiłki, zabawa i wręcz rodzinna atmosfera. Jednak ciepłe, żywe kolory powoli są zastępowane przez zimniejsze, niemalże sprane. By następnie uderzyć nas obrazem przecinanym zakłóceniami, cięciem do czerni. Po czym ukazana zostaje scena, którą można oznaczać ucieczkę w panice lub desperacką, skazaną na porażkę próbę przekazania ostrzeżenia. Na ostatnim kadrze, gdzie widzimy Emmę stojącą wśród krwisto czerwonego pola kwiatów. Protagonistkę oświetlą miękkie promienie zachodzącego Słońca. Jednak pod jej stopami kryje się mroczna i brutalna prawda, a kolor płatków momentalnie staje się złowieszczym omenem.

Od strony audio również i tutaj mogę mówić tylko w superlatywach. Szczególnie połączenie subtelnego, bardzo spokojnego i łagodnego śpiewu w momentach bardziej sielankowych i mocne uderzenie, gdy dostajemy sceny bardziej niepokojące. Wszystko dopasowane jak w dobrze zaprojektowanej układance.

Wyróżniena

Openingi i endingi, które wciąż uważam za bardzo dobre i zasługujące na parę słów, ale jednak będące troszkę niżej w hierarchii niż wymienione powyżej.

Boogiepop wa Warawanai

Opening / „shadowgraph” by Myth&Roid

Honorową pieczątkę z ziemniaka przyznaję tutaj za: spójność tematyczną zarówno czołówki, jak i napisów końcowych. Skupiające się na dualizmie jednej z bohaterek, która dzieli ciało z bytem – tytułującym się mianem Boogiepop. Przy czym czołówkę muszę pochwalić za bezbłędny montaż i sygnalizowanie głównego konfliktu napędzającego większą część fabuły. Plus za scenę, gdzie wspomniana postać kobieca niejako łączy się ze swoim, hmmm, odbiciem? Bez wchodzenia w spoilery ciężko to wytłumaczyć, a seria mocno nagradza za samodzielne łączenie faktów. Tym bardziej że opowieść nie jest prowadzona chronologicznie.

Ending / „Whiteout” by Riko Azuna

Prawdziwym złotem jest tutaj jednak ending, który bardziej skupia się na naturze i nieuchwytności Boogiepop. Serwując nam przy tym niezwykle dobrze wyglądającą scenerię oraz naprawdę więcej jak przyzwoitą animację. No i sam podkład muzyczny jest bezapelacyjnie fantastyczny. Przez kilka dni po pierwszym odcinku leciała mi cały czas w słuchawkach. Posłuchajcie zresztą sami.

Kaguya-sama: Love is War

Opening / „Love Dramatic” by Rikka Ihara feat. Masayuki Suzuki

Nie oglądam tego anime ani nie znam w tym przypadku mangi. Jedyne co mogę zaoferować, to mgliste pojęcie o tym, że mamy tutaj do czynienia z nietuzinkowym romansem. O ile niczego nie przekręciłem: para głównych bohaterów jest w sobie bezsprzecznie zakochana. Jednocześnie są to tak dumne i silne osobowości, że żadna ze stron nie chce ulec i być tą pierwszą, która wyzna drugiej miłość. Zdając sobie sprawę z wzajemnych uczuć – rozpoczynają grę, która ma wymusić, na przegranym do wypowiedzenia magicznych słów.

Świetnie zabawiono się tym motywem w czołówce. Jest w całości mocnym nawiązaniem do bondowskich sekwencji otwierających filmy z Agentem 007. Wrażenie potęguje także muzyka, która jeszcze do potęgi podkreśla absurd całej sytuacji, podkręcając i tak już umyślnie przesadzony patos. Zresztą – ostatnim co widzimy, jest szkoła, efektownie dezintegrująca się w wybuchu spowodowanym miłosnym starciem. Trzeba oddać, że ten opening jest niezwykle uroczy.

Ending / ten taniec, ten cholerny taniec

Co do endingu. Obejrzyjcie to sami. Ja nie mam słów na to, co się tam najlepszego stało.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: