Good Omens. Czy fanom książki spodoba się serial od Amazonu?

Z ekranizacjami książek różnie bywa. Zdarzają się udane adaptacje oraz dzieła kompletnie różne od swoich pierwowzorów. A jak jest w przypadku Good Omens?

W quasi-wywiadzie, który można znaleźć po ostatnim rozdziale Good Omens, autorzy — Neil Gaiman i Terry Pratchett — odpowiadają na szereg pytań na temat swojej książki. Zapytani o ewentualną ekranizację powieści w przyszłości, twórcy wydają się podzieleni. Gaiman wyraża nadzieję, że kiedyś to nastąpi; z kolei sir Pratchett jest pewien, iż nigdy się to nie stanie. Komentarz kończy żartobliwa konkluzja, że nawet jeśli dojdzie do premiery, żaden z nich nie da temu wiary, dopóki nie znajdzie się na sali kinowej z popcornem w ręku. Jednak nawet wtedy może być im ciężko w to uwierzyć.

Taka odpowiedź była najprawdopodobniej podyktowana trudnościami w doprowadzeniu do ekranizacji „Dobrego omenu”. Jeszcze za życia sir Pratchetta obaj panowie starali się znaleźć ludzi skłonnych do realizacji ich wizji — niestety, bezskutecznie. Albo spotykali się z grzeczną odmową, albo zaprezentowane im projekty za bardzo odbiegały od istoty książki. Wreszcie, kiedy stan ojca „Świata Dysku” wyraźnie się pogorszył, pisarz poprosił Gaimana, by ten zajął się sprawą bez niego. Neil dotrzymał słowa i napisał scenariusz — z myślą o Terrym jako odbiorcy — który finalnie trafił w ręce reżysera Douglasa Mackinnona. Ten, pod czujnym (i bardzo krytycznym) okiem Gaimana w roli producenta wykonawczego, dokonał wreszcie tego, na co tak długo czekali fani powieści: ożywił ją i sfilmował.

Drugie życie Good Omens

Dziś, po trzydziestu latach od pierwszego wydania książki, adaptacja Good Omens jest nie tylko niezaprzeczalnym faktem, ale też internetowym hitem, który przysporzył duetowi Crowley-Azirafal wielu nowych fanów. Ciekawe, co na serialową wersję swojego świata powiedziałby jego nieżyjący współtwórca. Jak zareagowałby na wieść, że jego dawne dzieło nareszcie przeniesiono na ekran? Co powiedziałby na wybór aktorów wcielających się w głównych bohaterów „Omenu”? Jak przyjąłby wszystkie zmiany i dodatkowe treści wprowadzone do fabuły?

Tego prawdopodobnie nigdy się już nie dowiemy. Idę jednak o zakład, że ci z Was, którzy poznali Good Omens poprzez serial Amazonu, chętnie dowiedzieliby się innej rzeczy: czym różni się on od książki. Z kolei ci, którzy już ją czytali, ale nie widzieli dotąd ekranizacji, mogą być ciekawi, jak bardzo jest wierna literackiemu pierwowzorowi.

Wreszcie, na pewno jest spora grupa osób, która o Good Omens tylko słyszała i zadaje sobie teraz pytanie, co wybrać: powieść czy serial na jej podstawie? Co stracą, a co mogą zyskać, jeśli ograniczą się tylko do jednego z nich? Mam nadzieję, że poniższy tekst pomoże im znaleźć odpowiedzi na te pytania.

O dwóch takich, co nie chcieli Apokalipsy

Zanim jednak wejdziemy głębiej w różnice między serialem a książką, warto przypomnieć, o czym w ogóle cała rzecz traktuje. Odpowiadając najkrócej: o tym, dlaczego koniec świata jest kiepskim pomysłem i jak można zapobiec jego realizacji.

Odpowiadając zaś bardziej szczegółowo, akcja Good Omens kręci się wokół pary starych znajomych: anioła Azirafala oraz demona Crowleya, agentów Nieba i Piekła na Ziemi. Pierwszy jest dobrodusznym miłośnikiem starych książek i nienagannych manier; drugi nosi ciemne okulary (również za dnia) i notorycznie przekracza prędkość, nucąc przy tym przeboje zespołu Queen.

Życie wśród ludzi tak spodobało się obu panom, że nadciągający Armagedon jest im kompletnie nie na rękę. Czasu, by do niego nie dopuścić, mają niewiele — katastrofa ma nastąpić, gdy tylko nowo narodzony Antychryst ukończy jedenaście lat. Dwaj sojusznicy postanawiają więc zrównoważyć wpływy Dobra i Zła na wychowanie chłopca, mając nadzieję, że opóźnią w ten sposób nadejście czasów ostatecznych.

Sprawy komplikują się jednak, gdy okazuje się, że dziecko, nad którym czuwali, nie jest synem Szatana. Właściwy Antychryst żyje sobie beztrosko gdzieś w podlondyńskiej wsi i właśnie zaczyna odkrywać swoją moc. W wyniku jego działalności dochodzi do szeregu absurdalnych zdarzeń na globalną skalę. Demon i anioł muszą odnaleźć młodego Adama, zanim zrobią to Jeźdźcy Apokalipsy, i zapobiec zbliżającej się zagładzie. Niestety, nie będzie to takie proste…

Rozdział I: Na początku…

…była książka z 1990 roku. Dlatego właśnie od niej rozpoczęłam swoją znajomość ze wspólnym dziełem brytyjskich pisarzy. Aby nie pominąć żadnych smaczków i żartów słownych, które mogłoby mi zepsuć tłumaczenie, sięgnęłam po oryginalną wersję językową. Z racji wybranego medium (powieść w innym języku) oraz innych obowiązków, dotarcie do ostatniej strony zajęło mi więcej czasu, niż planowałam. Lekturę zaczęłam jeszcze latem, a skończyłam dopiero jesienią. O wiele szybciej uporałam się z obejrzanym dwa miesiące później serialem, który zabrał mi tylko niecałe sześć godzin życia.

Czy było warto? Jak najbardziej. Mimo wzmożonego wysiłku intelektualnego i kary za przetrzymanie wypożyczonego egzemplarza nie żałuję, że najpierw sięgnęłam po powieść. Literacka wersja Good Omens ma bowiem (oprócz przewagi bycia pierwowzorem) sporo więcej treści. A jeśli za tę treść odpowiadają ojcowie „Sandmana” i „Świata Dysku”, to im jej więcej, tym lepiej dla czytelnika.

Narracja, która siłą rzeczy nie mogła być w całości przeniesiona na język filmu, tutaj wybija się na pierwszy plan, bawiąc i zmuszając do refleksji. Zarówno Pratchett, jak i Gaiman są bystrymi obserwatorami ludzkości, serwującymi masę błyskotliwych uwag na jej temat w nienachalny i pełen humoru sposób. Obaj są również mistrzami opowiadania, których po prostu przyjemnie się czyta, a ich specyficzne style świetnie się dopełniają. Oprócz samej narracji należy wspomnieć też o genialnych przypisach, które wspaniale tłumaczą m.in. zawiłości brytyjskiego systemu monetarnego czy tajemnice Armii Tropicieli Wiedźm, niezmiennie doprowadzając czytelnika do ataku śmiechu (lub, w najgorszym wypadku, do szerokiego uśmiechu).

Co tracicie, nie czytając Good Omens?

Z drugiej strony, długość partii narracyjnych może zniechęcić tych, którzy po obejrzeniu serialu będą oczekiwać od książki równie wartkiej akcji. Zanim jednak zrezygnujecie z tego powodu z lektury, musicie wiedzieć, że obszerność treści to nie wszystko, co wyróżnia literacki „Dobry omen”. Jest w nim także parę wartych uwagi szczegółów, wątków i bohaterów, których zabrakło w serialu. Przykładowo:

  • Tylko w książce znajdziemy specjalną listę „osób dramatu”. Figurują na niej m.in. ludzie, anioły, demony, kosmici, wiedźmy i ich tropiciele, a także chór Tybetańczyków i mieszkańców Atlantydy.
  • W telewizyjnej adaptacji nie zobaczymy spektakularnej inwazji przyrody na miasto ani nie poznamy historii pewnego mężczyzny, którego taki obrót spraw bardzo ucieszył.
  • Nie będziemy również świadkami nietypowej strzelaniny podczas urodzin Warlocka ani podróży Crowleya i Azirafala przez umysły ludzi z całego świata.
  • W serialu nie poznamy także przezabawnych chłopaków z lokalnego gangu motocyklowego, dumnych towarzyszy Jeźdźców Apokalipsy. Wielka szkoda, bo zdążyłam polubić tę uroczą zgraję.
  • Wreszcie, jedynie w powieści możemy spotkać Śmierć mówiącego WIELKIMI LITERAMI. Choćby nie wiem jak postarali się twórcy serialu, Jego specyficznego głosu nie sposób oddać żadnym znanym nam dźwiękiem.

Zatem zadając sobie pytanie: „Czytać czy nie czytać?”, zastanówcie się dobrze, czy na pewno chcecie pozbawić się wszystkich tych elementów.

Epizod II: Good Omens 29 lat później

Po zachwytach nad walorami książki Czytelnik zapewne spodziewa się krytycznej oceny jej adaptacji. Narrator musi jednak Czytelnika zawieść — w jego opinii serial okazał się bowiem bardzo dobrze zrealizowaną i dosyć wierną ekranizacją powieści. Co więcej, fabułę rozbudowano o wątki, które w powieści zostały jedynie zaznaczone lub były planowane na jej ewentualną kontynuację. Dzięki temu zeszłoroczny hit Amazonu stał się swego rodzaju „wersją rozszerzoną” literackich Good Omens.

Co zatem może zaskoczyć fanów książki Gaimana i Pratchetta? Ano, na przykład wyraźniej zaznaczona obecność innych mieszkańców Nieba i Piekła. Anioły i demony (zwłaszcza te pierwsze) mają na ekranie większe pole do popisu niż w powieści. Pokazano też ich „miejsca pracy”, gdzie niekiedy toczy się akcja, co w literackim pierwowzorze nie miało miejsca. Tam również rozgrywa się proces głównych bohaterów, który także jest fabularnym „dodatkiem” Gaimana — ten wątek zobaczymy wyłącznie w serialu.

Dość istotnym novum w stosunku do książkowych Good Omens jest też sekwencja otwierająca odcinek trzeci. Przybliża nam ona ewolucję znajomości anioła i demona poprzez wieki. Towarzyszymy im m.in. podczas ukrzyżowania Chrystusa, na próbie trupy teatralnej Szekspira czy w czasie bombardowania Anglii. Tej możliwości nie mamy w książce, a przynajmniej nie w tak rozbudowanej formie. Dzięki temu łatwiej nam uwierzyć w przyjaźń łączącą głównych bohaterów i trzymać kciuki, by przetrwała. Przy okazji dowiadujemy się również, w jakich okolicznościach Crowley poznał sierżanta Shadwella oraz jak wszedł w posiadanie wody święconej.

Smartfona daj aniołowi

Kolejną cechą odróżniającą serialowy „Dobry omen” od jego papierowej wersji jest obecność nowych technologii. Warto pamiętać, że książka powstała w czasach, gdy Internet i smartfony nie były jeszcze częścią naszej codzienności. Twórcy zdecydowali się więc uwspółcześnić nieco treść, wprowadzając te elementy do świata bohaterów. Telefony komórkowe są więc używane tak przez ludzi, jak i przez pracowników Niebios, a młody Adam dobrze wie, co to Internet. Choć osobiście woli wierzyć gazetom.

Wydaje mi się, że całe to unowocześnienie wyszło całkiem nieźle. Obecność nowych technologii w świecie przedstawionym nie razi, a niekiedy jest przedmiotem bardzo udanych żartów (Crowley jako wynalazca selfie? Genialny pomysł!). Z drugiej strony, widzowi nieznającemu materiału źródłowego zachowanie najmłodszych bohaterów może się wydać nieco nierealistyczne. No bo jak to możliwe, żeby dzieciaki z gangu Adama wytrzymały wszystkie sześć odcinków bez komórek czy komputerów? Nie do pomyślenia…!

Bóg była kobietą!

Nie obyło się też bez zmian w zakresie płci i koloru skóry niektórych bohaterów. Na potrzeby serialu personifikacja Skażenia zmieniła płeć z męskiej na kobiecą, a rudowłosa Angielka Pepper została Afroeuropejką. O ile te zabiegi mogą nieco dziwić fanów książki, a nawet skłaniać ich do narzekań na tzw. poprawność polityczną, osobiście nie miałam z nimi problemu. Oczywiście, nie byłoby źle, gdyby aktorzy zostali dobrani do bohaterów dokładnie tak, jak opisano ich w książce. Nie uważam jednak, by wprowadzone zmiany drastycznie zmieniały odbiór całej historii lub przeszkadzały w dobrej zabawie podczas seansu. Poza tym dotyczą jedynie postaci drugoplanowych i nie mają właściwie żadnego wpływu na ich rolę w fabule. Zresztą, czy ktokolwiek jest w stanie stwierdzić, jakiej płci tak naprawdę jest Skażenie? Chyba tylko sam Bóg.

A skoro już o tym mowa — serialowy Bóg, czy raczej jego głos, to kolejny zaskakujący element produkcji Amazonu. Przemawia do nas bowiem z ekranu głównie głosem… kobiety (Frances McDormand). Pomysł nieoczywisty, ale przez to bardzo odświeżający, oryginalny i pasujący do konwencji. Skoro Jeźdźcy Apokalipsy przesiedli się na motocykle, a demon zakumplował się z aniołem, to czemu Bóg nie miałby być kobietą (przynajmniej w jakimś stopniu)? Dodajmy, że kobietą ciężko pracującą, bo w serialu Bóg jest również narratorem całej opowieści. Wydaje mi się, że to świetny pomysł, by wszechwiedzącym narratorem „Dobrego omenu” uczynić samego Wszechwiedzącego. W końcu kto inny byłby w stanie tyle wiedzieć…?

Epilog (albo napisy końcowe)

Jednym z moich ulubionych momentów serialowych Good Omens był ten, w którym ukazują się napisy końcowe. Za każdym razem witały mnie inną wersją głównego motywu muzycznego (swoją drogą, bardzo „burtonowskiego” i baaardzo wpadającego w ucho). Cóż, ktoś tu najwyraźniej oglądał Evangeliona i odrobił lekcję ze sztuki tworzenia endingów…

W ostatnim odcinku, pod koniec tego niebiańsko-piekielnego walczyka, na ekranie pojawiła się znacząca dedykacja: „For Terry”. Myślę, że to dobre podsumowanie całego serialu — jest on w końcu swego rodzaju prezentem pożegnalnym dla sir Pratchetta. To, że scenariusz powstał z myślą o nieżyjącym pisarzu, widać wyraźnie w jego wierności oryginałowi i poszerzeniu fabuły o niezrealizowane wcześniej pomysły. Poza tym adaptacja Good Omens jest lekka, przezabawna, mądra i bardzo „brytyjska” — czyli dokładnie taka, jak książka.

Miłośnicy powieści mogą zatem spokojnie odpalić produkcję Amazonu (jeśli z jakiegoś powodu jeszcze tego nie zrobili), nie obawiając się rozczarowania. Serialowcom z kolei gorąco polecam zajrzeć do książki — jest w niej sporo smakowitych kawałków, których nie zobaczycie na ekranie. Jej lektura da Wam też możliwość lepszego poznania obu twórców. Znajdziecie tam świetny fragment, w którym Gaiman i Pratchett opisują siebie nawzajem z właściwym im humorem, przenikliwością i obopólnym szacunkiem.

Tym zaś, którzy uważają się za fanów brytyjskich pisarzy, ale nie znają jeszcze ani powieści, ani serialu, mam do powiedzenia tylko jedno: co Wy tu jeszcze robicie?! Już do księgarni (albo do biblioteki)! A potem paczka z popcornem w dłoń i marsz do komputera oglądać ekranizację! I bez żadnych wymówek — uwierzcie mi, lepszej wersji Apokalipsy nigdzie nie dostaniecie. A już na pewno nie w naszym uniwersum.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o