Głębia. Tom pierwszy – „Ułuda nadziei” – Recenzja

Nie będę ukrywał, że „Głębia” jest dla mnie jedną z pierwszych pozycji komiksowych, jaką przeczytałem, odliczając historie Marvela dostępne na ich platformie Unlimited oraz Kaczora Donalda za dzieciaka. Ciężko więc mi mówić, żebym zjadł zęby i stracił wzrok na nich. Zamiast tego możecie traktować to jak świeże spojrzenie na amerykański rynek powieści graficznych, poza dwoma gigantami branży i typowymi trykociarskimi przygodami.

Autorem „Głębi” jest Rick Remender — znany przede wszystkim z tworzenia dla Domu Pomysłów, ale jego scenariusze zarabiały także dolary mniejszym graczom pokroju Dark Horse czy Image. I właśnie pod skrzydłami tego ostatniego omawiany tutaj komiks, był oryginalnie publikowany. Suchy tekst przeniósł na graficzny język — Greg Tocchini. Chciałbym o obu Panach i ich wcześniejszej twórczości powiedzieć coś więcej… niestety jak wspominałem, jest wciąż to dla mnie bardzo wczesny etap obcowania z amerykańskim komiksem. Do tej pory przez lata śledziłem niemal wyłącznie japoński rynek mangowy, co wyjdzie pewnie w dalszej części tekstu – szczególnie gdy przejdę do sposobu powiadania historii. Starałem się, choć pobieżnie, sprawdzić, nad czym dłubali wcześniej, jednak większość pozycji nic a nic mi nie mówi. Jak odbieracie takie nieopierzone podejście? Jest to wadą, czy może zaletą?

Głębia


Witamy w odległej przyszłości. Umierające Słońce rozpoczęło etap swojego puchnięcia i pożerania najbliższych mu ciał niebieskich. Jego górne warstwy nie dotarły jeszcze do powierzchni Ziemi, ale mimo to, ludzkość i tak odczuła destruktywny wpływ rosnącej gwiazdy. Powierzchnia planety jest rozgrzewana do czerwoności, nie nadając się tym samym do podtrzymania życia w żadnej formie. Jedynym ratunkiem jest znalezienie nowego domu – jednak sondy wysłane w odległe zakątki kosmosu milenia temu, nadal nie znalazły odpowiedniego miejsca. Bez większego wyboru, resztka ludzkości znalazła bezpieczną przystań w najgłębszych otchłaniach oceanów. Wybudowali tam potężne sfery mieszczące całe miasta, stające się nowym domem dla ostatnich z Homo Sapiens, którzy oczekują na dobre wieści z przestrzeni kosmicznej.

Pierwszy tom „Głębi” to przede wszystkim rozpaczliwa próba odnalezienia nadziei pośród marazmu oraz nieuchronnej zguby.

Główna bohaterka, Stel Caine – wciąż wierzy, że gdzieś tam czeka na nich druga Ziemia. Gotowa do zamieszkania i przyjęcia ziarna życia. Ta nadzieja tli się w niej wbrew ogólnemu konsensusowi, że nie ma już sensu na spoglądanie w gwiazdy… Pora na pogodzenie się z czarnym końcem. Jedynymi osobami, które ją wspierają i dają kredyt zaufania optymizmowi oraz uporowi, to rodzina: mąż Johl i trójka ich dzieci. Dzięki niej i niespożytej energii przy próbach odnalezienia tego złotego świata dla przyszłych pokoleń – ich życie mija w szczęściu oraz pozytywnym spoglądaniu w przyszłość, choćby reszta społeczeństwa popadła w rozpacz. Nic jednak nie trwa wieczne. Jedno tragiczne polowanie i spotkanie z piracką załogą później powoduje, że na oczach naszej protagonistki rozpada się całe jej dotychczasowe szczęście. Pozostawiając tylko trzymanie się tej jednej rzeczy, która pomaga jej pozostać przy zdrowych zmysłach – spoglądanie ku kosmosowi z nadzieją, że nadejdzie pozytywny sygnał…

Czterdzieści tysięcy mil podwodnej żeglugi

Poza powyższym wstępem nie chcę zdradzać nic więcej ze szczegółów fabularnych. Sama historia od tamtego miejsca opiera się wyłącznie na szaleńczym pościgiem za resztkami nadziei dla ludzkości. Zresztą sam tytuł pierwszego tomu podsumowuje to najlepiej — Ułuda nadziei. Pozbawiona niemal wszystkiego Stel może już trzymać się tylko niej.

Głębia nie jest w żadnym wypadku pozytywną opowieścią, czy wesołą przygodą ku pokrzepieniu serc. Zamiast tego obserwujemy zmagania ludzkości w jej ostatniej godzinie. Mógłbym powiedzieć, że nawet za dwie dwunasta do zagłady. Kończące się zasoby, rozpadające społeczeństwo i dekadentyzm od niższych warstw, aż po rządzące elity. Obserwując ten rozpaczliwy obraz, możemy wręcz sobie zadawać pytanie, czy rzeczywiście jest co jeszcze ratować? A może bohaterka podejmuje się tego ostatecznego rozpaczliwego zrywu tylko z egoistycznych pobudek – samej nie chcąc poddać się z czystego uporu, czy strachu przed nieuniknionym? Opowieść nie daje nam jednoznacznej odpowiedzi. Zresztą, niedopowiedzeń jest tutaj znacznie więcej. I właściwie jest to dla mnie zarówno zaletą, bo Rick Remender stara się pozostawić nam miejsce do własnych domysłów. Z drugiej jednak strony chciałbym dostać wgląd w nieco większy fragment tego świata. Miejscami miałem wrażenie, że czytam bardziej szkic opowieści. Wciąż jeszcze pozbawiony szlifów oraz spoiwa, które połączyłoby wszystkie zawarte wydarzenia w spójną i ukształtowaną całość.

Najbardziej cierpi na tym sama budowa świata.

Autor nie pozwala nam zajrzeć głębiej w rozkład społeczeństwa i jego nastroje, dając nam tylko ich posmakować tu i tam. Zamiast tego skupiamy się na obserwowaniu zaledwie jego wycinka przez oczy protagonistki i tylko w kontekście jej osobistych przeżyć. Nie dowiadujemy się, dlaczego pozostało zaledwie dwa miliony ludzi, co z pozostałymi miastami? Jak doprowadzono do tego, że powstały mutanty – połączenie ludzi z morskimi zwierzętami oraz powody walki między „czystymi” homo sapiens a nimi. Są oni wynikiem eksperymentów? Naturalna ewolucja? Czy fragment ludzkości sam zdecydował się na modyfikacje, by lepiej dostosować się do nowych warunków? Po przeczytaniu tego jednego tomu mam więcej pytań niż odpowiedzi. Szczególnie w momentach, w których Remender rzuca nomenklaturą oraz określeniami, które nie wiem, do czego się odnoszą lub co oznaczają. Bohaterowie przez większość czasu wiedzą więcej, niż komiks chce się podzielić z czytelnikiem. Nawet jeżeli lubię, gdy zostawia się mi pewne rzeczy do własnej interpretacji, nie przepadam za momentami, gdzie czuję się zwyczajnie zagubiony w momencie, gdy zabrakło miejsca na lepsze ustanowienie świata przedstawionego.

Gdzie jest Nemo?

Drugim sporym problemem, który muszę poruszyć – jest fakt, że poza protagonistką w osobie Stel… nikt właściwie nie dostaje więcej niż krótkiej chwili na zapoznanie się z nim. Historia skacze między pewnymi punktami, które są oddalone od siebie często o miesiące, a nawet lata. Po tym dostajemy krótkie briefing, w jakim miejscu znajdują się bohaterowie i niemal natychmiast wciąga nas wir akcji. O ile tego typu prowadzenie opowieści pozwala narzucić całkiem niezłe tempo oraz stałe posuwanie historii do przodu, kompletnie nie czuję, żebyśmy poznali występujące tam postacie poza Stel. Nawet gdybym chciał powiedzieć coś o charakterze jej dzieci, czy męża – ciężko by było zapełnić nawet jeden krótki akapit. Gdy protagonistka przejawia jakieś elementy introspekcji i ma jasny cel przed sobą, reszta jest odsunięta na drugi plan. Najważniejsza jest Stel, to na niej skupia się wszystko, to ją motywują kolejne wydarzenia, to ona przeżywa najwięcej. Reszta stanowi zaledwie szum.

Problem ten nie omija także głównego villaina tego tomu. Ten przypomina np. większość Marvelowskich złoczyńców z ich filmów – jest zły dla samego bycia takim. Nie ma żadnego większego planu i napędzających go motywacji poza utrzymaniem swojej władzy nad piratami oraz destrukcją wszystkiego innego, co nie ugina przed nim swojego kartu. Wyraża się wyłącznie wielkimi słowami, przemowami lub agresją cielesną. Miałem przez to problemy, by traktować go jak pełnoprawną postać z krwi i kości. Ciężko w nim znaleźć, cóż, jakąkolwiek „głębię” (pun intedned). Sama historia pomimo przygnębiającego oraz pesymistycznego klimatu jest raczej dość prosta i przewidywalna. Sprawnie napisana, ale wciąż już po kilku pierwszych stronach, człowiek jest w stanie dość precyzyjnie odgadnąć, gdzie to wszystko zmierza. Kolejne wydarzenia także nie dostarczają spektakularnych zwrotów akcji. Biegną torem jak najbardziej przewidywalnym, niepróbującym oferować żadnych zaskoczeń.

Czy wieloletnie czytanie mangi może mieć wpływ na postrzeganie komiksu?

Zastanawiam się, czy taki mój odbiór rozpisywania postaci nie jest czasem spowodowany „mangowymi podstawami”. W japońskim komiksie tempo wydaje mi się, przynajmniej porównując do tych kilku pozycji amerykańskich, zdecydowanie wolniej. Autorzy z Kraju Kwitnącej Wiśni mają w zwyczaju rozpisywać swoje historie na dużo dłuży czas oraz więcej rozdziałów. Pozwalają sobie tym samym często na poświecenie więcej miejsca dla rozbudowy charakterów postaci, często kosztem tempa i progresji samej historii. Nie będę w stanie jednak wskazać, czy jedno bądź drugie podejście jest „tym właściwym”. Mam wrażenie, że dużą rolę odgrywa tutaj kwestia po prostu moje przyzwyczajenia.

We all live in a yellow submarine!

Mam nieco ambiwalentne odczucia co do rysunków Greg Tocchiniego. Jego oprawę graficzną ciężko nazwać brzydką, bo widać w niej zamysł i konsekwencję. Nieźle używa miejsce, jakie ma przeznaczone, eksperymentuje z układem paneli, często go kompletnie łamiąc. Wizualizacja otoczenia oraz morskiego życia również robi swoje: powoduje, że niektóre strony są wręcz zjawiskowe. Niestety mam wrażenie, że miejscami chciał za bardzo, a cierpi na tym czytelność wydarzeń. Powiedziałbym, iż niektóre kadry są przepchane informacjami: kształtami, szczegółami i kreskami. Powoduje to miejscami uczucie stapiania się postaci z tłem. Często w sposób utrudniający zorientowanie się w występujących po sobie wydarzeniach i próby zrozumienia przebiegu akcji przez kolejne panele. Z drugiej strony zdarzają mu się też ujęcia, – szczególnie te mające ukazać większą przestrzeń – gdzie jego rysunki tracą wszelkie szczegóły i zamieniają się prawie w ledwie zaczęty szkic. Sprawia to problem, gdy próbujemy ustalić pozycję jakiegoś elementu i nijak nie możemy doszukać się punktu odniesienia.

Zdecydowanie lepiej wychodzą mu bardziej spektakularne sceny. Te, w których bohaterowie muszą mierzyć się z niebezpieczeństwem będącym kilkukrotnie większym od nich. Sceny pojedynków potrafią robić wrażenie. Nie mogę też nie szczędzić pochwał za to, jak pokolorowany jest komiks. Fenomenalnie naśladuje podmorski świat z barwnymi stworzeniami i środowiskiem. Nieźle też wychodzi wykorzystanie koloru do podkreślenia wydźwięku scen – dawno nie widziałem tak „krwisto” wyglądającej posoki, tak żywych płomieni na kartach komiksu. Szkoda tylko, że przy naprawdę świetnie narysowanych sylwetek bohaterów ich twarze zwykle są pozbawione większych szczegółów. To chyba największa wada oprawy wizualnej komiksu. Mimika oraz próba odczytu emocji z samych rysunków jest prawie niemożliwa. Rysy są zwykle rozmyte, pozbawione charakterystyk z ledwie zaznaczonymi ustami, nosem i oczami. Ekspresja jest tutaj bardzo szczątkowa, ograniczona do podstawowych emocji. Najgorsze fragmenty są tymi, gdzie mamy obserwować bohaterów z pewnej odległości. W takich przypadkach jest problem z powiedzeniem, czy posiadają oni w ogóle jakąś twarz.

Wodny świat

Jeszcze tak na uboczu samego komiksu, chciałem dodać swojej prywaty. Będzie to może brzmiało jak czepianie się, ale nie taki jest mój zamysł. Autor ma pełne prawo do kreowania takiego świata i realiów w nim istniejących, jaki mu się tylko podoba. Po prostu zaciekawiło mnie rozwiązanie, jakie zaproponował tutaj i wynikające z niego pewne konsekwencje i niekonsekwencje. Otóż w słowach otwierających tom Rick Remender pisał o tym, co go zainspirowało do stworzenia „Głębi”. Zaznaczył tam, że śmierć naszej gwiazdy fascynowała i przerażała go od dawna. Szczególnie wizja jej puchnięcia i pochłaniania kolejnych planet oraz dewastacji, jaką wywołałaby jej powiększona średnica na Ziemi. Wzrost temperatury, zmianę powierzchni planety w rozgrzaną do czerwoności pustynną skorupę i śmierć życia, jakie znamy. Co prawda oddziela nas od tego momentu całe setki milionów lat. Możemy więc, z dużym prawdopodobieństwem, dociekać, że prędzej albo w coś naszą planetę uderzy, albo wykończymy się sami. Możliwe też, że do tego momentu nawet nie będziemy mieszkać tutaj… Możliwe, że w ogóle zapomnimy o „starym świecie” rozpierzchnięci po całym bliższym lub dalszym kosmosie.

Biorąc pod uwagę, że ludzkość liczy sobie zaledwie ułamek czasu potrzebnego Słońcu do osiągnięcia takiego stanu, jaki został przedstawiony w „Głębi” do tego momentu raczej powinniśmy znaleźć bardziej efektywne rozwiązania, niż krycie się w głębinach oceanu. Lub jak pisałem – nie będzie komu się kryć przed morderczym wpływem gwiazdy.

Na bakier z fizyką

Głównym problemem, jakiego nie rozważył autor – jest fakt, że na Ziemi nie rozgrzewa się tylko powierzchnia kontynentów, ale także i morza oraz oceany. Ich dewastujący wpływ rosnącej temperatury również by nie ominął. Szybko zamieniłyby się w gorącą zupę, pełną co najwyżej ekstremofilów lub niewielkich stworzeń żyjących w najciemniejszych odmętach oceanów. Więc podwodny świat nie wyglądałby tak bogato ani przyjaźnie życiu, jak to przedstawiono w komiksie – ale cóż, licentia poetica.

Dodatkowo samo wybudowanie wielkich kopuł, mieszczących całe miejskie ekosystemy byłoby niezwykle trudne. Biorąc pod uwagę to, jakie ciśnienie wynikające z naporu ogromnych mas wodnych musiałaby wytrzymać taka konstrukcja – zgaduję, że ludzkość dysponowała na tym etapie niezwykle zaawansowaną technologią budowlaną. Zastanawiam się, czy nie powinni dysponować w takim wypadku szerokimi możliwościami przeniesienia się na inną planetę w obrębie Układu Słonecznego. Ba, myślę, że nawet stworzenie wielopokoleniowej arki do podróży międzygwiezdnych nie powinno być problemem. Przede wszystkim zastanawia mnie brak prób ekspansji np. na Marsa. Jego zmiana w świat możliwy do zamieszkania nie powinna być dla tak rozwiniętego technologicznie społeczeństwa większym problemem.

Ponadto istnieje coś takiego jak „pas życia” wokół Słońca, który pozwala na obecność wody w stanie płynnym w jego obszarze. Ten mógłby przesunąć się wraz z rozrastającą się gwiazdą tak, by objąć Czerwoną Planetę, ogrzać ją i uwolnić pokłady wody oraz gazów cieplarnianych. Te ostatnie pomogłyby w zagęszczeniu cienkiej atmosfery i jeszcze dodatkowo powodowały poprawę warunków bytowych.

Już pomijam całkowicie taki element, że bazowy człowiek w „Głębi” wygląda tak samo, jak przed dziesiątkami, czy setkami tysięcy lat wcześniej. I to biorąc pod uwagę warunki nowego sposobu życia głęboko pod wodą. Niemniej jednak już zaczynam przeginać z czepianiem się…

Parostatkiem w piękny rejs…

Czytając polskie wydanie, nie znalazłem większych wad językowych, czy literówek. Nie mam też porównania z oryginałem, dlatego ciężko mi powiedzieć, na ile udało im się wiernie przełożyć bez tracenia szczegółów w translacji. Język użyty jest zrozumiały, odpowiedni do kontekstu sceny i nie rani oczu jakimiś dziwacznymi konstrukcjami. Na pewno nie tłumaczyła to osoba, która stara się stosować „młodzieżowy” język, samemu będąc z dwa, trzy razy starszą. Co ostatnio wcale nie jest takie pewne. Tekst jest wyraźny i dobrze mieści się w dymkach. Co do wydania papierowego – muszę zamilknąć, ponieważ dostałem egzemplarz cyfrowy.

Czy jestem w stanie polecić „Głębię”? Myślę, że pierwszy tom mimo moich narzekań był w porządku. Nie powalił mnie na kolana ani nie sprawił, że na nowo odkryłem sens życia. Był na tyle kompetentny i poprawny, iż nie obraził mojej inteligencji. Czytało się szybko, w miarę przyjemnie. Wciąż jednak towarzyszyło mi uczucie patrzenia na zaledwie jakieś fundamenty, na których dopiero można zbudować coś ciekawego. Potencjał na pewno jest i mam szczerą nadzieję, że został ostatecznie się zrealizowany w kolejnych tomach.

Komiks w wersji polskiej dostarczyło nam wydawnictwo – NONSTOPCOMICS.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: