Co by było gdyby: anime i manga powstały w Polsce…?

Jakiś czas temu, przeglądając subreddit poświęcony anime, trafiłem na ciekawą zabawę. Zaproponował ją jeden z użytkowników, zadając proste pytanie: jak wyglądałby świat, gdyby anime i manga narodziły się w twoim kraju. Pomyślałem, że to może być fajna wyzwanie z tych typu “what if”, któremu można poświęcić tekst. Co więcej, dobrą okazją, by przyjrzeć się, jaki potencjał może drzemać w rodzimej popkulturze. I czy nie robi się trochę za mało, by go odpowiednio wykorzystać. Przy okazji porównując to do tego, w jaki sposób Japonia promuje samą siebie poprzez anime i mangi. 

Zachęcam także Was, nasi drodzy odbiorcy do publikowania swoich własnych pomysłów, w jaki sposób można by przenieść anime i mangi nad Wisłę.

A co z historią? 

Przyjmijmy jednak na pierwszy ogień parę zasad, którymi chcę się kierować w późniejszej części tekstu. Przede wszystkim: ogólnie historia pozostaje bez (większych) zmian. Druga wojna się kończy, zaczynają czasy komunizmu etc. Jedyną zmianą jest fakt, iż w latach 50. w PRL nagle wybucha szał na animacje oraz komiksy w naszym kraju. Branża pomimo trudnych czasów się rozwija, może częściowo finansowana przez władze centralne, a może produkcje znad Wisły stają się popularne w całym bloku wschodnim. Przyjmijmy też, że cenzura, choć obecna, to traktuje tę gałąź kultury pobłażliwie, jednocześnie również korzystając z walorów przekazu propagandowego. 

W końcu komunizm upada, a czas przemian ustrojowych również jej nie uśmierca, a wręcz przeciwnie. Otwarcie się na zachód daje nowe możliwości rozwoju i ekspansji w niezagospodarowane rynki. Jednym słowem: animacja i komiks trzymają się solidnie, pozwalając na sięganie w nowe gatunki i bliższe naszym czasom motywy. 

Początki oraz różnice anime i manga: PL vs. JAP

Trzymając się ustanowionych wyżej realiów, zacznijmy tym samym od najwcześniejszych produkcji, które mogłyby się narodzić w Polsce. W Japonii powojenna historia tych medium zaczyna na dobre wraz z pojawieniem się na scenie samego “Boga Mangi” Osamu Tezuki. Zrewolucjonizowanie sposobu tworzenia animacji, który umożliwił drastyczne cięcia kosztów plus, dzięki swoim scenariuszom nadał tor, którym podążają kolejne pokolenia. Popularność fantastyki naukowej (np. Astro Boy), czy chętne sięganie do folkloru (Dororo) – własnoręcznie stworzył niemal niewzruszony, złoty kanon. 

Co z tą Polską Ludową?

Nie da się ukryć, że zupełnie inaczej wyglądałoby w naszych stronach. Przede wszystkim spodziewałbym się produkcji mocno propagandowych. Odwołujących się do bohaterskiej walki klas, a także II Wojny Światowej. Same narodziny dużego przemysłu animacji nadałyby motywy o wiele mniej fantastyczne, niż miało to miejsce w Japonii w “naszej linii czasu”. Dużo więcej miejsca poświęcono by na tworzenie dzieł osadzonych w socrealizmie, obyczajowych i promujących nowy ustrój. Rzadziej byłoby widać młodych, nastoletnich bohaterów, a więcej dojrzałych, ukształtowanych herosów, którzy mieliby stanowić ideał, do jakiego nowe pokolenie mogłoby dążyć. Jestem przekonany, że duży segment branży również byłby nastawiony na bajki dla najmłodszych. Podział byłby dość wyraźny i prawdopodobnie wpływałby także na dużo późniejsze dzieła. Ostatecznie ugruntowując to, jako dwa osobne nurty, które byłoby naszym mainstreamem.  

Podsumowując: typowym bohaterem takiej polskiej animacji byłby młody dorosły lub dojrzały protagonista. Z drugiej strony dzieci lub antropomorficzne zwierzęta. Przypominałoby to zdecydowanie rozdział, jaki znamy z naszego kina popularnego oraz kreskówek. Wyobraźcie sobie “Czterech Pancernych i Psa” w formie anime i mangi portretujące przygody psa Reksia albo Bolka i Lolka. Ciężko mi sobie wyobrazić narodziny segmentu “shounen”, czyli dla nastoletniego widza. Przynajmniej do lat 90’tych prawdopodobnie możemy o czymś takim zapomnieć. 

Dlaczego Shinji nie wsiądzie do robota?

Zapomnijcie o wielkich robotach. Jestem niemal pewien w 100%, że nic takiego by nad Wisłą nie powstało. Tak ważny fragment dla całego gatunki anime i manga w Japonii, w Polsce byłby zupełnie czymś obcym. A co za tym idzie cały segment sci-fi ruszyłby zupełnie inną drogą. Humanoidalne machiny walczące z gargantuicznymi kaiju potrzebował dwóch składników: fascynacji technologią oraz traumy po ataku nuklearnym. Doświadczenia II Wojny Światowej są zupełnie inne dla Polski i dla Japonii, gdzie to jest bardzo wstydliwy okres w ich historii. Dodatkowo przypieczętowany spektakularnym debiutem najpotężniejszej broni znanej ludzkości. O naszej przeszłości związanej z tym konfliktem raczej wspominać nie muszę. 

Jaki rodzaj sci-fi w zamian za wielkie roboty? Przede wszystkim te słynące z socjo-społecznego przekazu, który możemy znaleźć zarówno w dziełach Janusza Zajdla, jak i Stanisława Lema. Odnoszące się m.in. do pozycji i roli człowieka we wszechświecie, czy badania jego egzystencji w różnych, często dystopijnych systemach politycznych. Chętniej odwoływano by się do wysokich, wręcz filozoficznych pojęć. Tworząc tym samym coś dużo mniej przystępnego masowemu odbiorcy. Jednocześnie zakładam, że znalazłoby się tam i miejsce na dzieła lżejsze, ale głównie nasz narodowy niespokojny duch dryfowałby bardziej ku temu poważniejszemu nurtowi. Może czasy gierkowskie i ożywienie gospodarcze oraz szał na wyścig kosmiczny między USA a ZSRR byłby motorem do wprowadzenia nowych, nie tak trudnych motywów. Przynajmniej do czasu załamania ekonomicznego PRL i późniejszej trudnej i żmudnej odbudowy już w nowym ustroju. 

Wojenko, wojenko… 

Stawiam, że lwią część najpopularniejszych produkcji byłyby te dziejące się w czasach II Wojny Światowej. Poza dziełami rozliczeniowymi prawdopodobnie wykształciłaby się spora nisza seriali i filmów przygodowych o bohaterskich rodakach walczących z kreskówkowymi Niemcami. Początkowo z bohaterskimi “sołdatami” Armii Ludowej na spółkę z tą Czerwoną, a później z odwilżą i kolejnymi frontami. Na wpół przygodowe historie, z odrobiną sensacji i szczyptą komedii. Weźcie takich – wspomnianych już wyżej – “Czterech Pancernych”, czy “Jak rozpętałem II WŚ” i pomnóżcie to wielokrotnie. Historie tego typu były i są niezwykle popularne na naszym gruncie, co przy korzystniejszych warunkach mogłoby się przerodzić w stały trend. 

Polskie anime i polska manga – co jeszcze?

Na myśl przychodzą mi także oczywiście wszystkie komedie, które komentują naszą rzeczywistość. Ze sporą dozą samoświadomego humoru i pstryczków w nos za polską mentalność. Przy wytykaniu absurdów realiów, w jakich toczyłaby się akcja. Nieważne, czy powojenne czasy biedy i odbudowy, rozkwit problemów kraju socjalistycznego, które są nieznane w innych systemach, a może i później dzikie lata 90’te. Dodatkowo adaptowanie lektur i opowieści będące pod ich wpływem, gdzie cierpi autor, bohater i widz. 

Spodziewałbym się też mniejszego znaczenia komedii romantycznych, przynajmniej aż do lat dwutysięcznych. Wątpliwe byłoby także wykształcenie się nurtu “battle shounen” (patrz Dragon Ball), do którego potrzeba było popularności wschodnich sztuk walki i ich mocnego kulturowego umocowania. Samo fantasy zyskałoby na popularności dopiero w okolicach przełomu lat 80’tych i 90’tych. A i oczywiście nie zapominajmy o Kościele, który pewnie pojawiałby się tu i ówdzie. Przy okazji nie będąc “tajemniczą i mityczną organizacją z zachodu”, jak to bywa u Japończyków. Zamiast tego odgrywałby rolę jednego z elementów polskiej tożsamości i realiów. Podobnie co shinto lub buddyzm w anime. 

Kultura (bardziej) popularna 

Domyślam się, że i w Polsce doszłoby do fetyszyzowania pewnego rodzaju broni. Gdzie Japończycy mają szajbę na punkcie katan i zrazili nią sporą część świata, tak u nas podobnych rozmiarów szaleństwo byłoby na punkcie szabli. Choć obecnie ta broń nadal uchodzi u nas za kluczowy element tożsamości, to nie jest nawet blisko swojego dawnego, ikonicznego statusu. Stawiam orzechy przeciw diamentom, że gdyby nie zaniedbania na polu tworzenia dzieł w ostatnich latach, gdzie stanowiłaby jeden z przewodnich cech rozpoznawczych – to mogłaby osiągnąć niesamowite wyżyny popularności. Ogólnie mam wrażenie, że strasznie zaniedbujemy i nie potrafimy wykorzystać potencjału naszej kultury z segmentu “pop”.

Sienkiewicz wizjoner i sięganie w przeszłość

Nie da się ukryć przecież, że opowieści spod bandery “płaszcza i szpady” są czymś, co mogłoby być jedną z cech charakterystycznych naszego przemysłu rozrywkowego. Popatrzmy przecież na Trylogię Sienkiewicza, która jest niemal wzorowymi przykładami powieści awanturniczych (i nie tak daleko od nich również majaczą Krzyżacy). W zamian za wyskakujących z każdej dziury samurajów, w naszym przypadku dostalibyśmy setki animacji poświęconych czasom szlacheckim. Przy czym nasi bohaterowie byliby mniej skrępowani “kodeksem honorowym” i cechowali się większym cwaniactwem oraz “elastyczną moralnością”. Zdecydowanie nie stanowiliby wzoru cnót. 

Zresztą tam, gdzie Japończycy mają swoje Sengoku Jidai, my mamy rodzime rozbicie dzielnicowe. Wojujący ze sobą feudalni panowie, najazdy mongołów, trudne czasy scalania Królestwa Polskiego w całość. A na każdego legendarnego samuraja pewnie udałoby się znaleźć ciekawą postać rycerską. Potencjał tkwi w tym olbrzymi. 

Lata 90’te

W tych latach przede wszystkim to właśnie fantasy zaczęłoby powoli dominować. Polacy kochają ten gatunek i nasz rynek książkowy oferuje masę autorów oraz pozycji o różnej jakości. Nie ma chyba człowieka, który nie kojarzyłby Wiedźmina, a to tylko czubek góry lodowej. Tam, gdzie Japończycy od początku czerpali garściami z mitologii, u nas dopiero właśnie czasy wprowadzania demokracji najpewniej oznaczałyby ożywienie w tym temacie. A wstydzić się czego nie mamy, bo świat Słowian był bogaty w mniejsze lub większe potworności. Np. mocno słowiański wampir, o którego japońskich wcieleniach nie tak dawno pisałem. I tam, gdzie w Kraju Kwitnącej Wiśni można potknąć się co rusz o jakieś yokai, tak u nas wiele by się to nie różniło. 

Anime i manga dla młodzieży

Widzę głównie tutaj spory zwrot ku nastoletniemu odbiorcy. Każdy, kto się wychował na przełomie wieków, pamięta, że był to wysyp produkcji dla młodzieży, które jak szybko się pojawiły i zdobyły popularność, tak szybko się wypaliły. Przy mniej kosztownej branży niż produkcje aktorskie, otworzyłoby to zupełnie nowe możliwości i zamiast smutnego końca, prawdziwy boom produkcji anime i manga mógłby dopiero nadejść. No i nie możemy zapomnieć o naszym rodzinnym “isekaiu”, czyli ciepło wspomnianej “Tajemnicy Sagali”. Ta mogłaby się przyczynić do narodzin podobnego gatunku w Polsce, bo jak widać podróż w inne światy to uniwersalny motyw. 

Lata 2000+

Trudno mi nie patrzeć na to, co się dzieje z polską popkulturą na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, jak na olbrzymi zawód. Można polemizować, że “hej przecież nasz przemysł growy radzi sobie więcej, jak dobrze”, ale patrząc poza nim, to jednak bieda i marazm. Chociaż rodzime kino i serial w ostatnich latach dają nam naprawdę bardzo dobre pozycje, to nadal tkwimy głównie w kryminałach i sensacji. Nawet nie chcę zaczynać tyrady o komediach, w tym przede wszystkim tych romantycznych, czy vegaizacji “blockbusterów” naszej produkcji. Jest to zrozumiałe, bo jednak pieniędzy w przemyśle rozrywkowym nie ma u nas na tyle, by można było szaleć… ale ile mogłoby się zmienić, gdyby medium aktorskie byłoby u nas bogato suplementowane animacjami, czy komiksem. 

Braki w kinie gatunkowym i wciąż mocne oparcie się na realiach historycznych, zdecydowanie dominuje dzisiejsze rodzime produkcje. Pojedyncze próby rozbicia tego statusu quo istnieją, ale są wciąż nieśmiałe i rzadkie. Segment młodzieżowy zdechł kompletnie, a wiele bohaterów z naszej popkultury leży od lat odłogiem. Naprawdę szkoda, bo przy odrobinie chęci i pracy można by było, to zdecydowanie ożywić. 

Wpływy zachodnie

Trudno także byłoby pominąć fakt, że pojawienie się w naszym kraju komiksu superbohaterskiego również odcisnęłoby swoje piętno na rynku anime i manga. Lata 90’te to w końcu legendarne TM-Semic i pierwsze poważne zderzenie z uniwersum Marvela, czy DC. Ich efekt byłby szczególnie mocno dostrzegalny w końcówce drugiej dekady XXI wieku, gdy dorośli już twórcy chętnie postanowiliby sięgać po rzeczy, które pamiętali z lat młodości. Masa twórców nowego pokolenia brałaby z nich garściami i nie trudno sobie wyobrazić rodzimy odłam trykociarskiej rozrywki. Kreskówki z X-Men, Spider-Manem lub kultowy Batman the Animated Series również miałyby w tym nurcie swoje echo. Nie zapominając o postaciach wprost z Cartoon Network, czy Fox Kids (a później Jetix). Nostalgia względem nich jest nadal żywa i obecna w zbiorowej świadomości. 

Wielkieś smutki mi uczyniła polska popkulturo 

Ostatecznie wyszedł mi z tego zarówno tekst o tym, co nie byłoby obecne, gdyby podobna branża do anime i mangi narodziła się w Polsce, jak i o rozważaniach, co mogłoby stanowić o jej sile. Jednocześnie ubolewając nad tym, jak wiele potencjału i popkulturowego bogactwa zwyczajnie się u nas marnuje. Temat jest naprawdę szeroki, a próba przewidzenia co mogłoby się wydarzyć – trudna. Starałem się brać pod uwagę, co już było i jest u nas popularne, a co mogłoby zyskać na niej zyskać. W końcu największą przeszkodą zawsze jest koszt produkcji, a ten przy wykorzystaniu technik animacji zdecydowanie byłby niższy niż w przypadku produkcji aktorskich. I uważam, że właśnie to pozwoliłoby wielu gatunkom na rozwinięcie u nas skrzydeł. 

A Wy, nasi drodzy Czytelnicy, jak wg. Was wyglądałaby anime i manga, gdyby powstały w Polsce? 

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments