Final Space – Sezon 1 – Recenzja

Chcieliście kiedyś, drodzy Czytelnicy, mieć ciastko i zjeść ciastko? Nie kłopoczcie się z odpowiedzią. Pewnie, że chcieliście. W każdej przystępnej sytuacji zastanawiamy się nad tym, jakim sposobem wycisnąć z niej jak największe korzyści. Często po prostu podpowiada nam to nasza zaradność i przedsiębiorczość, czasem kieruje nami zachłanność. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, za ogon chcemy złapać wszystkie sroki, a w tekst wpleść jak najwięcej związków frazeologicznych. Tak po prostu zbudowany jest ten świat.

Co jednak, gdybym Wam opowiedział o człowieku, który chciał tylko zjeść ciastko? Po prostu spróbować jednego ciasteczka bez skłonności do przesytu. Czy to czyni go już na starcie człowiekiem uczciwym i kryształowo czystym? Cóż… Nie. Mógłby po prostu mieć cukrzycę i więcej ciastek mogłoby go zabić. Gary, główny bohater serialu „Final Space”, nie choruje przewlekle, ale w każdym calu spełnia przyjęte przez nas kryteria uczciwości.

Final Space: dawno, dawno temu w naszej galaktyce


Pozytywne usposobienie Gary’ego możemy poznać już w pierwszych sekundach serialu.

Widzimy głównego bohatera, który dryfuje w próżni. Po rozmieszczonych w jego pobliżu szczątkach statków kosmicznych, a także szczątkach kosmonautów, możemy się domyślać, że właśnie przeżył on jakąś katastrofę. Chwilę potem otrzymujemy potwierdzenie – w jego kombinezonie jest dziura, ulatuje przez nią tlen… A sam właściciel skafandra zastanawia się nad tym, czemu wyświetlający się na interfejsie alarm jest zielony, a nie czerwony i zgłasza propozycje innych wariantów kolorystycznych. Podejście Gary’ego do życia jest więc rozbrajające… I rozczulające.

Tu muszę wtrącić kilka zdań o strukturze serialu. Można powiedzieć, że w „Final Space” zawarte są dwa ciągi wydarzeń rozgrywane w innych czasach. Pierwszy ciąg, zdecydowanie krótszy, kontynuujący pobyt w próżni, zawsze rozpoczyna odcinek i trwa aż do openingu. Ten drugi zaś stanowi resztę odcinka. Przez cały sezon struktura ta pozostaje niezachwiana, a każdy epizod chronologiczne stanowi kontynuację każdego ciągu. Jak jednak są ustawione one względem siebie w czasie? Czy zazębią się w którymś momencie? Zobaczycie sami, ja przekazać chciałem informację czysto techniczną.

Przechodzimy wreszcie do wydarzeń z dominującej osi serialu. Gary znajduje się na pokładzie statku Galaktyka 1. Widzimy, jak w samotności przechadza się po jego korytarzach, w samotności je i spędza wolny czas. Czyżby sam jeden wyruszył na bohaterską wyprawę, na którą inni nie mieli odwagi? Nie do końca. Nasz bohater jest… Więźniem, a na kosmicznym promie od 5 lat odbywa karę pozbawienia wolności. Towarzyszą mu droidy, które spersonifikował, bazgrząc im na czole imiona (personalia otrzymała także lodówka), KVN – robot, który ma być jego towarzyszem zdrowia psychicznego, ale swoim zachowaniem wywołuje odwrotny skutek oraz HUE – sztuczna inteligencja odpowiedzialna za obsługę statku i nadzór nad skazańcem.

Swoją sytuację nasz więzień traktuje z dystansem. Gary sam siebie nazywa kapitanem i zdaje się nie brać na poważnie całej kary. Co ciekawe nie jest to jakaś reakcja obronna na ograniczenie wolności, a zwykła marzycielska postawa i interpretowanie sytuacji na swój sposób. Każdego dnia mężczyzna nagrywa filmy dla Quinn – pięknej Strażniczki Nieskończoności (kosmiczno-ludzkie siły porządkowe), w której jest szalenie zakochany. Co prawda kobieta zdaje się nie zdawać sprawy z jego istnienia i tak jakby przyczyniła się do jego uwięzienia, no ale to Gary – niepoprawny optymista. Sytuacja naszego bohatera nie jest jednak tak zła, jak mogłoby się wydawać – może on nawet swobodnie poruszać się po pokładzie statku. Ba! Musi go nawet opuszczać i własnoręcznie dokonywać jego napraw. Podczas jednej z takich konserwacji HUE pozwala Gary’emu na zrobienie sobie przerwy i obejrzenie kawałka galaktycznej telenoweli za pomocą widu. Nagle człowieka atakuje bliżej nieznana istota. Okazuje się jednak, że nie ma ona złych zamiarów, a przy tym jest po prostu przesłodka. Nasz dzielny blondyn postanawia się więc zaopiekować krągłym i latającym przybyszem. Nadaje mu imię Ciastuś (może to nie do końca trafione przełożenie z angielskiego Mooncake, ale chyba lepiej się nie dało).

Od spotkania tej dwójki tempo akcji zaczyna nabierać wysokich obrotów.

Mały kosmita jest bowiem poszukiwany przez złego Lorda Przywódcę, który w ślad za nim wysyła łowców nagród. Złoczyńcy dostają się na pokład Galaktyki 1 i żądają wydania Ciastusia. Kto ryzykowałbym życia na rzecz obcej formy życia, którą poznał dziesięć minut wcześniej? Gary. Dlaczego? Bo Ciastuś dobrze przytula.

Z pomocą HUE, droidów, a także nowego przyjaciela naszemu skazańcowi udaje się chwilowo odeprzeć zagrożenie. Jednemu z łowców o imieniu Avocato udaje się jednak zostać na transportowcu, ale zostaje spacyfikowany. Co czyni Gary z kimś, kto chwilę wcześniej był w stanie go zabić? Gra z nim w karty. Tak rodzą się przyjaźnie.

Bieg aleją gwiazd

W taki właśnie sposób zaczyna się historia przedstawiona w „Final Space”. Historia, która z odcinka na odcinek staje się coraz bardziej wciągająca.

Już na samym początku możemy zastanawiać się, kim tak naprawdę jest Ciastuś, na którym łapę chcą położyć złe siły? Czego od niego chcą? Czy Gary spotka wreszcie kobietę, której od pięciu lat wysyła codziennie swoje vlogi? To dopiero początek pytań, bo serial ma bardzo dynamiczną formułę. Twórcy nie trzymają nas długo w niepewności dotyczących poszczególnych wątków. Wyjaśniają je w kilku odcinkach i wprowadzają nowe, będące ich konsekwencją. Nie sposób się dzięki temu nudzić, a Gary, który na początku chce tylko zjeść ciastko (zakazany dla niego owoc, do którego nie ma dostępu jako więzień), pod koniec serii wykonuje już misję, która jest istotna dla wielu istnień. Akcja przypominać zaczyna pod tym kątem serię „Mass Effect” i człowiek rzeczywiście czasem czuje się, jakby oglądał zabawne przygody komandora Sheparda w formie serialu.

Inspirację twórcy czerpią też z „Gwiezdnych Wojen” – postać Lorda Dowódcy bardzo kojarzyć się może z Darthem Vaderem nie tylko przez ciemny strój i podły charakter, ale też dzięki mocy unoszenia ludzi w powietrze i robienia z nich marionetek. Sam Gary przypomina trochę Hana Solo – jest bardzo odważny, zawsze gotowy stanąć po stronie dobra, a także powalić kogoś jednym ciosem czy wziąć udział w laserowej strzelaninie.

„Final Space” to też w dużej mierze humor. Sytuacyjny, słowny, nie zawsze najwyższych lotów… Ale przede wszystkim absurdalny, a czasem nawet czarny.

Muszę powiedzieć, iż nie spodziewałem się tego, że twórcy będą sobie żartować nawet w momencie krwawej sieczki i czasem przyjdzie nam jednocześnie śmiać się oraz odczuwać smutek (śmiałem się podczas śmierci małych, słodkich zwierzątek, ale się nie cieszyłem… i nie klaskałem). Czasem zapachnie nam też żartem rodem z „Deep Space 69”, ale w sposób troszkę utemperowany.

Postacie są tutaj świetnie wykreowane. Gary może i jest czasem głupkowaty, ale to niepoprawny idealisty i optymista, który nie zhańbi się złym uczynkiem, a jego niepoważne zachowanie i marzycielskie podejście do życia tylko dodają mu uroku. KVN, który ma być jego towarzyszem zdrowia psychicznego, a przyprawia go tylko o palpitację, jest tak przekonująco irytujący, że i ja miałem go dość. Świetnie wykonany jest też HUE – sztuczna inteligencja, która rozwija się wraz z trwaniem akcji serialu i staje się w końcu pełnoprawnym bohaterem jak EDI w „Mass Effect”.

Kreacji bohaterów dopełniają też świetni aktorzy dubbingujący. Jeden z twórców – Olan Rogers – użyczył głosu zarówno Gary’emu, Ciastusiowi, jak i postaci trzecioplanowej. Usłyszymy tu też Toma Kenny’ego jako HUE. To gość, którego znać możecie ze „Spongeboba” jako Spongeboba właśnie, z „Adventure Time” jako Lodowego Króla i wielu innych. Jest David Tennant, którego ja poznałem przy okazji pierwszego sezonu „Jessici Jones” (Kilgrave!) i który ponownie przybiera rolę głównego czarnego charakteru. Jest nawet zdobywca Złotego Globu Ron Perlman, którego głosem przemówi ojciec Gary’ego. Przyznać musicie, że to niezłe rekomendacje. Warto też zwrócić uwagę na to, że drugi z twórców – David Sack – brał też udział w tworzeniu takich hitów jak „Simpsonowie” czy „Trzecia planeta od słońca”.

I cyk w przestrzeń kosmiczną!

„Final Space” to dla mnie jedno z najmilszych zaskoczeń ostatnich czasów świata seriali.

Opowieść, która z odcinka na odcinek coraz bardziej nabiera mocy i wciąga w siebie widza coraz głębiej. Nasze ucho zatrzymywane jest przez świetny dubbing, a oko przez barwną, przejrzystą kreskę, które nie jest niezwykle skomplikowana, ale bardzo starannie wykonana i przemyślana. To świetna kosmiczna przygoda czerpiąca garściami z największych galaktycznych epopei ostatnich lat i dodająca do nich oryginalne aspekty.

Nie jest to wiekopomne dzieło kinematografii, ale nie jest to też banalna historyjka bez puenty i przemyśleń twórców zawartych w serialu. Pozycja obowiązkowa dla fanów kosmosu, animacji i absurdu!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: