Fear Agent – Teksańska masakra alkoholowa lodowym działkiem

Rodzaje opowieści lubią ewoluować. Taka mutacja to nic innego jak dobrze przyjęte nowatorskie podejście do tematu, któremu uda się zakorzenić w popkulturze. Taką drogę przebyło na przykład fantasy. Historie o smokach, rycerzach i magii mają swoje początki już w legendach arturiańskich z VII wieku. Jeden z najważniejszych przełomów nastąpił za sprawą Tolkiena w I połowie XX. wieku. To właśnie dzięki „Hobbitowi” czy „Władcy pierścieni” w fantastycznych uniwersach tak mocno zadomowiły się np. krasnoludy. Ze spuścizny angielskiego mistrza nadal korzysta niemalże każdy pisarz s-f. Jak zatem narodził się „Fear Agent”?

Ano ktoś postanowił odświeżyć historie o kowbojach i do westernowego klimatu wrzucić cały wór gadżetów z science-fiction! Co najlepsze – może z tego powstać naprawdę niezła mieszanka, czego dowodem są takie produkcje jak „Bardzo Dziki Zachód”, „Cowboy Bebop” czy „Kosmiczni kowboje”. Ostatni film może nie wpisuje się 1:1 w założony schemat, ale podobieństwo klimatu jest łatwo zauważalne. Odsyłam Was jednak do tekstu Gayi, który niedawno pojawił się na naszej stronie. Rozłożyła ona tam western na czynniki pierwsze i przeanalizowała dokładnie wszelkie wariacje rodem z Dzikiego Zachodu.

Jak w takim razie prezentuje się „Fear Agent” w kategorii łączenia gatunków? Twardy Teksańczyk jako główny bohater? Oczywiście. Upodobanie alkoholowe? 4 razy whiskey… 4 razy. Zamiłowanie do bójek? Jeszcze jak! Piękne kobiety? Niejedna się znajdzie. Strzelaniny? A jakie wolicie? Laserowe czy na promienie zamrażające? Kosmici? Masa kosmitów! Zieloni, niebiescy, z mackami, z łuskami, brzydcy, bardzo brzydcy… Ale przede wszystkim cała masa przygód!

Pewnego razu w Teksasie i w kosmosie – fabuła

Kim właściwie jest nasz główny bohater? Heath Huston to były członek organizacji Fear Agents (zaskakujące, co?). Żołnierze tej formacji zobowiązali się do ochrony Ziemi przed najeźdźcami z kosmosu. Niestety, inwazja, która nawiedziła naszą planetę na kilka lat przed wydarzeniami z komiksu, znacznie przetrzebiła szeregi tej struktury… I całej ludzkości w ogóle. W związku z tymi traumatycznymi wydarzeniami Heath pracuje jako najemnik, który dla przetrwania (czytaj „możliwości napicia się whiskey”) ima się wszelkich awanturniczych zajęć.

Poznajemy go w momencie, gdy najęty został przez społeczność planety Frazterga do spacyfikowania uciążliwych małpoludów. Standardowe zlecenie można by rozwiązać w sposób tradycyjny za pomocą pięści, zamrażającej amunicji i klucza francuskiego, jednak szybko okazuje się, że sprawa ma drugie dno. Prawdziwy przeciwnik ma bowiem znacznie więcej pomyślunku niż człekokształtni antagoniści, a i jego zamiary nie są tak prozaiczne jak plądrowanie i wszechobecne zniszczenie. Heath to trudny człowiek na trudne czasy, dlatego udaje mu się uporać z problemem. Może i jego rozwiązanie wywołuje jakiś pożar i trochę zamieszania, ale przecież na tym polega właśnie bezkompromisowość, prawda? Po tym poznaje się fachowca.

Jak to jednak w dobrych opowieściach bywa pierwsza, z pozoru błaha przygoda to przyczynek do znacznie większego zamieszania. Pewne zdarzenia zaś nabierają z czasem głębszego znaczenia. „Fear Agent” może poszczycić się kilkoma naprawdę mocnymi punktami fabularnymi. Przede wszystkim na plus wychodzi tu tempo prowadzenia akcji. Scenarzysta, Rick Remender, zgrabnie przeplata ze sobą fragmenty wyjęte żywcem z dobrego filmu akcji z epizodami spokojniejszymi, wyciszonymi. Z tych drugich dowiadujemy się między innymi o przeszłości Hustona. Im lepiej poznajemy jego motywy, zdarzenia, które sprowadziły go na fatalistyczną ścieżkę, tym bardziej autentyczną postacią staje się on w naszych oczach. Pomimo że Heath nie jest najlepiej napisaną postacią w historii komiksów, stanowi świetny przykład bohatera z krwi i kości. Charakteryzuje się nie czarno-białym, a szarym życiorysem, pełnym blasków chwały i goryczy porażki.

Nikt nie spodziewał się podtytułu w tym wątku!

„Fear Agent” bardzo pozytywnie zaskoczył mnie błyskotliwością akcji. Nie spodziewałem się, że kilkukrotnie podczas lektury będę musiał czytać dwa razy ten sam fragment czy wręcz cofać się o ileś stron. Nie dlatego, by dowiedzieć się, co właściwie zaszło w fabule, ale po to, żeby już świadomie przeanalizować, jak chytrze autor poprowadził swoją opowieść. Serio – to wart polecenia komiks dla fanów plot-twistów, w dodatku tak niebanalnych.

Odpowiedni gość na odpowiednim miejscu – o bohaterach

Tak jak zdążyłem wspomnieć – Heath Huston to bardzo dobrze napisana postać. Rich Remender stopniowo odwija go nam z opakowania ukazując coraz więcej i więcej z jego wnętrza. Naprawdę dobrze jest już na samym początku. Kto w końcu nie lubi kosmicznych awanturników z zamiłowaniem do cynizmu i alkoholu? Takich, którzy jednocześnie mogą dać po pysku i niewybrednie zażartować? Wielu czytelników ma słabość do takich sukinkotów. Nasz Teksańczyk nie jest jednak banalnym typem macho. Może i jest, bywa, lekkomyślny, ale jego osądy na temat świata i ukazywanych wydarzeń są zawsze przenikliwe.

Warto zauważyć, że „dojście” do głowy Heatha mamy cały czas. Jest on w końcu narratorem komiksu. Z czasem zaczniemy dostrzegać, że wypowiedzi Hustona są nacechowane nie tylko zawadiacką pewnością siebie, ale też zgorzknieniem i zrezygnowaniem. Stopniowo poznajemy też, co doprowadziło naszego bohatera do takiego fatalizmu… I alkoholizmu. Niesamowite w nim jest to, że nawet, gdy sytuacja, w jakiej się znajduje, stacza się po równi pochyłej z coraz większą prędkością, on zawsze stara sobie poradzić. Czasem z nadzieją, czasem ze zrezygnowaniem, ale ten gość po prostu nie potrafi się poddać. Będzie walczył do ostatniej kropli krwi, nawet bez nadziei na zwycięstwo. Mój ulubiony Teksańczyk w kosmosie.

„Fear Agent” to oczywiście nie tylko Heath. To również cała plejada postaci, zarówno ludzkich, jak i kosmicznych. Chociaż tak po prawdzie, to każdy mieszkający w kosmosie jest kosmitą (#średniahawajskadlakażdego). Tak czy inaczej z ważnych bohaterów drugoplanowych należy wymienić chociażby Annie – asystentką Hustona, a także Marę – dziewczynę, którą nasz agent uratował podczas misji i która tymczasowo dołącza do jego załogi. Również i one są dobrze wykreowane, jednak nie zaliczają nawet w części takiego rozwoju jak awanturnik. Sprawia to,że są ciekawe, ale o wiele płytsze. Pomimo tego zaskoczą nas jednak raz czy dwa, więc nie należy ich bagatelizować!

Wszystkie kolory kosmosu – kreska

Zarówno do kreski jak i do kolorów nie można się przyczepić. Tony Moore i Jerome Opena wykonali kawał dobrej roboty. Grafiki kojarzą mi się typowym komiksem z uznanej półki. Może nie ma tu rewolucji, ale całość stoi na wysokim poziomie. Obrazy są odpowiednio szczegółowe, starannie wycieniowane. Brak również monotonii – dynamicznej akcji towarzyszą płynne zmiany kadrów. Raz zbliżamy się do źródła wydarzeń, żeby po chwili się oddalić, pokazać coś z innej strony lub perspektywy (na przykład „pod słońce”). Rysownicy nie mają problemów z żadnym zadaniem. Mimika jest świetnie odwzorowana, emocje aż wyciekają ze stron. Doceniam również wzbogacenie scen o drobne elementy nadające całości realizmu. Mowa tu kropelkach śliny padającej z ust wraz z wykrzyczanymi gniewnie słowami, drobinkach piasku podnoszących się pod stąpnięciem czy pojedynczych włosach wymykającym się z kosmyka. Warto też wspomnieć o klasycznych, komiksowych onomatopejach (CA-DOOMP! GLUT!) nadających „Fear Agent” odlschoolowego tonu.

Kolorowanie w tym komiksie to bardzo udany proces. Jest tu barwnie, żywo w czasie, gdy coś się dzieje, co tylko potęguje pęd akcji. Kiedy nasz mózg ma odpocząć od dynamicznych wydarzeń, pomagają mu w tym spokojne, przygaszone kolory. Użycie potężnej palety kolorów trafia w mój gust (musi być ich dużo, bo nawet ja wiele rozpoznaję) między innymi dlatego, że kojarzy mi się z tą użytą w „Transmetropolitan”. Kolorystycznie „Fear Agent”  to dzieło Ellisa i Robertsona w stylu nie cyberpunkowym, a czystym science-fiction. A kiedy możemy jakikolwiek element komiksu porównać do kultowej pozycji z DC Vertigo to już jest dobrze, prawda?

Podróż wciąż trwa – podsumowanie

Tom 1 „Fear Agent” zaostrza zęby na więcej przygód Heatha Hustona.  Uczucie potęguje fakt, że na samym końcu domu pozostawieni jesteśmy ze szczęką dotykającą podłogi. Rick Remender zdecydowanie wie, jak budować napięcie. Bardzo dobrze bawiłem się przy lekturze tego komiksu. Dynamiczna akcja, plot-twisty, starannie budowany główny bohater, żarty, kosmiczne awantury – taka mieszanka nie może stanowić złej opowieści. Jeśli jesteście wiecznie spragnionymi fanami science-fiction, to już wiecie, co możecie zamówić.  Do zobaczenia w kosmosie! Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Non Stop Comics.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o