Dr. Stone. Czy warto sięgnąć po mangę, gdy znamy już anime?

W tym tygodniu premierę miał ostatni odcinek pierwszego sezonu Dr. Stone. Kilka słów napisałem o nim na naszym profilu na Facebooku – Leniwa Popkultura. Powiem jedynie, że moim zdaniem okazał się całkiem dobrym finałem, który skutecznie podbił hajp, a na sequel, cóż… przyjdzie nam poczekać. Czy to oznacza chwilowe rozstanie się ze światem z kamienia?

Otóż nie! Wydawnictwo Waneko w grudniu wyszło do fanów z kolejnym wielkim hitem. Od teraz przygody Senku oraz reszty przyjaciół możemy w Polsce śledzić w wersji papierowej. Czy warto jednak zabierać się za mangę, gdy znamy już anime? A może komiksowy pierwowzór okaże się lepszy?

Na te pytania, dzięki uprzejmości Waneko, postaram się za moment odpowiedzieć. Zapraszam!

Dr. Stone – Kamienny świat

Jeżeli oglądaliście anime, śmiało możecie pominąć kolejne akapit, gdyż doskonale znacie już linię fabularną.

Tamtego dnia wszyscy ludzie na Ziemi zmienili się w kamień. Dziwna fala petryfikacji ogarnęła całą planetę, tworząc z każdego człowieka i ptaków kamienne posągi. Wystarczyła chwila, aby cały rozwój ludzkości przestał mieć znaczenie, a natura powoli wracała do swojego pierwotnego stanu.

Licealista imieniem Taiju, napędzany miłością do swojej wybranki – Yuzurihy, przetrwał w kamiennej skorupie kilka tysięcy lat. Aż pewnego dnia więzienie zaczęło pękać, rozpadając się ostatecznie na kawałki. To, co zastał po przebudzeniu, ciężko było nazwać znaną planetą. Z infrastruktury pozostały ruiny, a dookoła biegały dzikie zwierzęta. Prócz nich ani żywej duszy. Czyżby był jedynym żywym człowiekiem na Ziemi?

Na całe szczęście nie! Za jego “przebudzenie” odpowiedzialny był młody geniusz, a przy okazji przyjaciel licealisty – Senku, który pół roku wcześniej wrócił do żywych. On, w przeciwieństwie do Taiju, nie posiada wytrzymałości fizycznej, ale w swojej głowie przechowywał niemal cały dorobek nauki współczesnego świata. Razem podejmują się nie lada wyzwania: przywrócić ludzkość do jej wcześniejszego stanu. I tak jak może się Wam wydawać, to zadanie okaże się piekielnie trudne. 

Dr. Stone – dlaczego warto przeczytać mangę?

Nie sądziłem, że powtórka z rozrywki przyniesie mi taką frajdę! Anime zawędrowało już hen pod ósmy tom, a to wystarczająco dużo czasu, aby z głowy wyleciały niektóre szczegóły z początku serii. Raz jeszcze cofniemy się do początków rozwoju – zamiast problemu ze zmontowaniem telefonu, bohaterowie robią, na przykład, mydło czy ceramikę. Ten pierwszy tom pozwolił mi również popatrzeć szerzej na to, jak daleko już zaszli bohaterowie, zaczynając od zera. 

No i nie można pominąć takich smaczków, jak skamieniały Trump na jednych z pierwszych stron czy świetne granie kadrami, które potrafią niesamowicie przyspieszyć tempo czytania. Naprawdę, cały tomik można zamknąć w czasie jednego odcinka – no może kilka minut więcej. Nawet pomimo, momentami, względnie sporej ilości tekstu.

Oprawa graficzna na najwyższym poziomie

Na czytanie oczywiście wpływa również kreska. Boichi zrobił na kartach komiksu niesamowitą robotę! Może nie jest to Sun-Ken Rock, ale Dr. Stone wciąż stoi o poziom wyżej niż… w zasadzie większości mang. Modele postaci, ich ekspresja, połączenie grubej, topornej kreski z lekkimi pociągnięciami, no i w końcu szczegółowość, która zachwycała we wspomnianej wyżej mandze, również się tu pojawia, stoją na najwyższym poziomie. Chyba najlepiej w pierwszym tomie zaprezentowała się grzywa lwa, który niefortunnie zaatakował naszą drużynę (niefortunnie dla niego, taki malutki spoiler).

Dr. Stone to także mnóstwo dynamicznych ujęć – czy to spontanicznej ucieczki lub walki. Obserwując Tsukasę w akcji, – kolejnego odpetryfikowanego nastolatka – niemal czujemy siłę i pęd jego ciosów.

Robi wrażenie, prawda?

Poza tym: wszystko to do kupy buduje niesamowity klimat dzikiego świata i czającego się wszędzie niebezpieczeństwa, a podszyte jest sporą dozą komediowych wstawek (zarówno w kresce, jak i warstwie fabularnej).

Ohayou sekai. Good Morning World!

Manga Dr. Stone okazała się zupełnie nową przygodą, mimo znanych już wydarzeń. Ba, nawet mimo tego, że komiks – w początkowych etapach – również przeczytałem wcześniej. Jednak uczucie tomiku w ręce wiele zmienia. Niemniej, moim zdaniem czarno-biały pierwowzór Doktora Kamyka wypada jeszcze lepiej niż anime.

Polecam jednak zapoznać się z obiema wersjami. Dzięki anime, przy lekturze Dr. Stone, będą nam towarzyszyć znani i świetnie dobrani Seyuu.

Nie można zapomnieć również o takich przyjemnych dodatkach, jak humorystyczne rysunki z dialogami między kolejnymi rozdziałami. Na końcu przygotowano też krótką, trywialną – ale dzięki temu zabawną – historyjkę, jak to Taiju próbował stworzyć garnek? Dzban? Ciężko powiedzieć. A od kolejnego tomu pojawi się sekcja naukowych pytań!

Czy warto więc sięgnąć po mangę Dr. Stone, gdy znamy już anime? Jeżeli ktoś jeszcze się waha – pewnie, że warto!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o