Dororo i Hyakkimaru Tom 1 – recenzja. Braterska siła

Nie na co dzień zdarza się, aby w mandze było więcej życia, niż w anime. Pozwolę sobie w tak enigmatyczny sposób zacząć tę recenzję, albowiem doskonale oddaje to odczucia, z jakimi pozostawił mnie pierwszy tom, który zdecydowało się wydać na naszym rynku Waneko. O co dokładnie chodzi? Wyjaśnię nieco później, acz zaznaczę już w tym momencie, że nie jest to bynajmniej ujma – ani dla animowanej adaptacji, ani dla samego pierwowzoru. 

Choć może niekoniecznie powinienem nazywać czytane przeze mnie dzieło czymś pierwotnym. Jest to bowiem odtworzenie mangi, która ukazywała się w latach 1967-1968.  Jej autor, Osamu Tezuka, uznawany jest przez wielu za ojca japońskiego komiksu w formie, jaką znamy dziś. Korzystając ze sposobności, warto zaznaczyć, że równe dziesięć dni temu minęło dokładnie 31 lat od śmierci tego znakomitego autora. W związku z kultem, jakim obrósł tytuł, przełożenie go na dzisiejsze czasy winno być zrobione bardzo pieczołowicie. Czy tak właśnie wyszło?

Znów się spotykamy, Dororo

Wypada wspomnieć, że sama manga nie jest dla mnie pierwszym spotkaniem z tym tytułem. Podobnie, jak prawdopodobnie większość mieszkańców naszego kraju, zacząłem od serii anime, która miała swoją premierę w ubiegłym roku. Tak mi jednak przypadła do gustu, że gdy tylko zapowiedziano wydanie pierwszego tomiku, wiedziałem już, że chętnie poznam mangową historię o Dororo i Hyakkimaru

Troszkę przyszło czekać, ale wreszcie dorwałem dzieło w swoje łapki i pierwszym co rzuciło mi się w oczy, była śliczna okładka, która od razu zwiastowała, że warstwa wizualna stała będzie na najwyższym poziomie (i, do czego później wrócę, tak właśnie było). Zacząłem czytać, zanurzyłem się weń…

I nie żałuję!

Debiutancki tom komiksu wywarł na mnie ogromne wrażenie! Historia rozpoczyna się nieco inaczej, niż w przypadku animacji, choć nie można tu mówić o skrajnie odmiennej warstwie fabularnej. Animatorzy zachowali kręgosłup. Inną różnicą jest to, co wspomniałem przy rozpoczęciu rzeczonego tekstu. Hyakkimaru przez cały sezon serialu wydawał mi się dużo bardziej nieobecny niż w mandze. Tu jest wręcz ludzki, znacznie więcej w nim życia i emocji. Wydaje się bardzo podobny do normalnego człowieka. 

Wracając, odnoszę wrażenie, że gdyby nie moja znajomość anime, miałbym mały problem ze zrozumieniem wszystkiego, co przedstawiono w pierwszych rozdziałach. Akcja pędzi i rwie niczym najsilniejszy huragan. 

Ma to swoje plusy, ale także minusy – jak to zazwyczaj bywa .

O wadach zdążyłem już właściwie wspomnieć- można się łatwo zgubić i przestać nadążać za tym, co przygotowano. Wysoka dynamika sprawia, że niekiedy czytelnik ma prawo czuć, jakby pominął kilka stron. Nic takiego nie ma jednak miejsca, zwyczajne złudzenie.

Dość jednak o minusach, albowiem, jak napisałem, zalet takiego stylu jest prawdopodobnie nawet więcej. Najważniejszą z nich jest to, iż nie da się nudzić! Nie ma na to zwyczajnie czasu, gdyż ciągle się coś dzieje. Walka, ważny dialog, walka, podróż, walka… Przerwa na oddech pojawia się dopiero po zamknięciu ostatniej strony. A utrzymanie takiego poziomu natężenia nie jest bynajmniej prostą sprawą, należą się pochwały. 

Dororo i Hyakkimaru manga recenzja waneko

Niech przemówią czyny 

Nie mogę nie wspomnieć o tym, iż przez tom brnie się równie szybko, jak prędko płynie sama akcja. I oczywiście, tempo fabuły jest jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy, ale w żadnym wypadku niejedyną. Większy wpływ na to ma fakt, iż tekstu jest tu bardzo mało. Zdecydowanie więcej przeglądamy scen graficznych, niż czytamy dialogów. Zdają się one być zaledwie dopełnieniem dla akcji wyrażonej rysunkiem. 

Jestem w stanie to zrozumieć, choć gdy już skończyłem tom (co zajęło mi około 20-30 minut), jako pierwsze do głowy przyszło mi: „Ale, że to już?!”. Czułem ogromne nienasycenie przez to, że obcowałem z Dororo i Hyakkimaru tak krótko. Chciałem więcej! Z drugiej strony jestem w stanie zrozumieć, dlaczego tekstu jest tak mało i w pełni potrafię uargumentować to, czemu winien on stanowić zaledwie dopełnienie warstwy wizualnej tej opowieści. Powód jest dość prosty…

Dororo i Hyakkimaru recenzja

Rysunki są genialne!

Z pełnym przekonaniem muszę stwierdzić, iż jest to jedna z ładniej narysowanych mang, z jakimi miałem do czynienia. Plasuje się przy tym w czołówce tych, które wydawane są w Polsce. Za grafikę odpowiada Pan Satoshi Shiki i wykonał genialną robotę. Jestem pewien, że już po samych skanach widzicie, jak dobrze się to prezentuje. Postacie są niezwykle wyraziste, a lepiej niż słowa, przemawiają ich gesty, postura i gra cieni. Powoduje to, że niewerbalne dialogi stają się uskrzydleniem, a nie kulą u nogi. 

Jeśli odtworzenie oryginalnej historii z 1967 roku wygląda w ten sposób, to trzeba przyznać, że jest to najlepszy hołd, jaki można było oddać oryginalnemu twórcy. Serio, jestem zachwycony i polecam zaopatrzyć się w pierwszym tomik choćby ze względu na to, jak wygląda w środku. Autor zadbał o najdrobniejsze szczegóły i nawet takie detale, jak krople potu, zostały uwzględnione. Świetna robota, zdecydowanie czekam na drugi numer głównie dla kolejnej dawki miodu na moje oczy.

Dororo i Hyakkimaru manga

Dororo i Hyakkimaru – Tom 1

Pierwszy tom zwiastuje, iż cała seria może być genialnym odnowieniem dzieła sprzed ponad 60 lat. Debiut na polskim rynku, od strony jakościowej, stoi na najwyższym poziomie i jestem przekonany, że po sięgnięciu po to wydanie, zakup kolejnych będzie dla każdego czytelnika koniecznością. Bez dwóch zdań może się okazać, iż mamy do czynienia z czarnym koniem tego roku na naszym rodzimym rynku wydawniczym. Warto się zainteresować. 

Mówimy przecież o ponadczasowej, baśniowej i mrocznej historii, która doskonale budowana jest w nowej wersji przez zjawiskowe rysunki. Połączenie wybuchowe niczym relacja głównych bohaterów, zabójcze, jak Hyakkimaru i rozgrzewające serce, jak Dororo. Jeśli miałbym to komuś polecić, to każdemu, kto nie boi się brutalnej historii, w której największą zagwozdką jest to, czy większym niebezpieczeństwem są ludzie, czy demony. 

A Wy czytaliście już Dororo i Hyakkimaru? Podzielcie się swoją opinią o mandze pod tym postem lub na naszej stronie Facebook – Leniwa Popkultura!

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments