Diabelsko dobry komiks. Daredevil – Tom 1

Nazywa się Matt Murdock i jest niewidomy.

Cały świat szanuje go i podziwia jako człowieka, który pokonał swoje poważne upośledzenie, żeby zostać jednym z najlepszych prawników w kraju. Dla wielu ludzi stanowi olbrzymią inspirację. Pokazuje im, jak osiągnąć doskonałość. Nie znają oni nawet połowy prawdy! […] Dowiedzcie się o tajemnicach człowieka zwanego Daredevilem! Pozwoliłem sobie przytoczyć opis z komiksu, bo idealnie obrazuje o czym będzie mowa.

Nazywa się Frank Miller…

…i to on, w dużej mierze, wykreował wyżej wspomnianego. Cały świat szanuje go i podziwia jako człowieka, który dał nam dzisiejszy obraz jednego z najbardziej intrygujących superbohaterów w historii. Pokazał jak osiągnąć doskonałość w swoim fachu. Wielu ludzi nie zna jego dokonań. Dowiedzcie się, dzięki najnowszemu zbiorowi zeszytów o Diable z Hell’s Kitchen, o tajnikach pracy człowieka zwanego… po prostu Frank.

Fabuła

Z dziennikarskiego obowiązku muszę zacząć ten akapit od pewnej przestrogi dla niewtajemniczonych. Nie dajcie się zmylić określeniu tego wydania jako „TOM 1”. Nie jest to początek przygód Daredevila, a początek ogromnej kariery Franka Millera. Nie ujmuje to przyjemności z czytania, ale nowi mogą odczuć pewne zagubienie przy początku lektury. Muszę też zaznaczyć, że za sam scenariusz odpowiadają tutaj dwie osoby. Zeszyty do 158 do 161 i 163-166 to historie napisane przez Rogera McKenziego, natomiast fabuła autorstwa Franka Millera występuje jedynie w 165 i 166. Dzięki temu można dostrzec pewną zależność. Klimat ulega delikatnej zmianie. Odnoszę wrażenie, że staje się bardziej mroczny. Hell’s Kitchen zaczyna przypominać to swoiste piekło. Wszystko jest jakby cięższe i gęstsze. Zamiast na róży, Frank skupia się na kolcach. Czy to źle? Bynajmniej! Historia opowiada o wendecie bezwzględnego bohatera i równie bezwzględna powinna być atmosfera. W połączeniu z rysunkiem potrafi przytłoczyć czytelnika i spowodować, że zanurzy się całym sobą w…

…poznawanej historii!

O niej samej ciężko mówić, bo nie sposób zakwalifikować tę przedstawioną w tomie jako spójną. Zeszyty posiadają pewne elementy wiążące, ale każdy celuje w inne motywy i różne przypadki. Nie chcę opisywać tutaj każdej z osobna, bo tym, którzy nie czytali, zepsułbym znacząco przyjemność. W skrócie – Matt mierzy się z Doktorem Octopusem, Bullseyem, a nawet Hulkiem! Chcę, abyście wiedzieli jedno – te krótkie historie są warte poznania i wciągają jak narkotyk (porównanie nieprzypadkowe, bo tak kocham zapach druku na śliskim papierze, że łapałem się na maniakalnym wąchaniu kartek). Jeśli nie mieliście styczności z komiksami, a pokochaliście adaptację od Netflixa, to nie zastanawiajcie się dłużej co kupić w tym miesiącu. W tym przypadku, choć to zaledwie tusz na papierze, fabularnie możemy mówić o pierwszorzędnej pozycji.

Bohaterowie

Bliźniaczo jak w przypadku fabuły, zauważalna jest pewna zmiana przy okazji przetasowania na szczeblu scenarzysty komiksu. Widać jednak szacunek, z jakim podszedł do pracy swojego poprzednika Frank Miller. Charakter postaci został zachowany. Doskonale udało się oddać go także w przypadku postaci gościnnych (patrz: Hulk), które są dokładnie takie, jak przedstawili je twórcy na łamach swoich serii. Wszystko trzyma się kupy, a zarazem wpasowuje w ten mroczny klimat. Bohaterowie nie są płascy, nie są jednowymiarowi. Każdy ma swoje motywacje, genezę i charakterystyczny sposób bycia. Na tym powinni się wzorować dzisiejsi twórcy. Nawet postacie poboczne nie robią w tym przypadku za tło, a dopełniają całą historię i prawie zawsze coś do niej wnoszą.

Matt Murdock

Jest postacią, która została opracowana genialnie. Niewidomy prawnik w dzień broni zła, aby w nocy zwalczać je swoimi metodami. Jasne, w dzisiejszych czasach to standard większości produkcji kina akcji, ale mówimy o ubiegłym wieku. Matt, na łamach zawartych w zbiorze komiksów, rysuje się jako postać mroczna, bezwzględna, z typowym dla siebie pytyjskim charakterem. Jeśli ktoś nie zna Daredevila z komiksów, a kojarzy go z serialowej ekranizacji, to przyznam, że został bardzo korzystnie oddany. Na papierze mamy do czynienia dokładnie z takim typem śmiałka. Na uznanie zasługują też gry słowne, do których nierzadko odwołuje się podczas starć z antagonistami. Niby nic, a podkreśla to jego wysoką inteligencję. Dla mnie Matt to bohater wykreowany wzorowo. Zasługuje na maksymalną ocenę.

Kreska

Mógłbym tutaj napisać elaborat o warstwie wizualnej zawartych w zbiorze zeszytów. Bez problemu byłbym w stanie przeciągnąć tę recenzję o kilkaset, a nawet kilka tysięcy słów rozbijając pracę Franka Millera na czynniki pierwsze. Nie chcę jednak tego robić. Nie o to w tym chodzi. W moim przekonaniu Pan Miller zasłużył na swój kult w świecie komiksu. Nie tylko przez fabułę, o której pisałem nieco wyżej, ale także (a może przede wszystkim?) ze względu na niemożliwą do podrobienia umiejętność ujęcia klimatu akcji za pomocą rysunku. To trochę tak, jak z piosenkami Elvisa Presleya, obrazami Salvadora Dalego czy muzyką Chopina – należy się tym delektować. Chłonąć to całym sobą, bo mamy do czynienia z niesamowitym talentem. Nawet samo przeglądanie stron w tym świetnym wydaniu jest kolosalną przyjemnością. Gra świateł, sceny ruchu, interakcje pomiędzy bohaterami… Dla mnie to najwyższy poziom.

Szczegóły, elementy, detale…

Poświęcam na to osobny akapit, bo nie sposób pozostawić tego bez komentarza. Tak, jak na ogół  zdolności rysunkowych Millera należy jedynie pochylić nisko głowę w geście uszanowania, tak zagłębiając się w ten ogół, dostrzeżemy właśnie te małe cząsteczki. Jak na dłoni dojrzymy, że szczegółowość prac autora jest wybitnie duża. Podkreślę, że mówimy o latach 80. ubiegłego wieku. W aspekcie przywiązania do całości Frank wyprzedzał swoją epokę. Elementy krajobrazu, delikatna mimika bohaterów – wszystko składa się na wybitną całość, która doskonale nadaje ton wydarzeń mających miejsce. Reasumując, nie bez powodu to właśnie Frank Miller jest tym, który jako pierwszy przychodzi do głowy „niedzielnym komikso-maniakom” w roli „ojca” Daredevila.

O wydaniu słów kilka

Jest genialne i chętnie bym postawił kropkę, ale brzydko tak zacząć akapit od równoważnika, więc stawiam ją teraz. Oprawienie, bądź co bądź, hołdu dla artysty w tak genialne wydanie to strzał w dziesiątkę. Każdy zeszyt rozpoczyna się oryginalną okładką! Oczko w stronę fanów puszczone niezwykle uwodząco. Czytając omawiany zbiór, nie czułem się, jakbym miał w rękach całość, a kilka mniejszych zeszytów. Cofnąłem się do czasów mojej młodości, gdy pojedyncze, klimatyczne zeszyty pachnące tuszem drukarskim można było nabyć w każdej prasowej budce. Tak, nawet w takiej przy przystanku. Coś pięknego, a moje poczucie estetyki prosiło, aby przekazać dla Egmont podziękowania za wydanie zbioru w naszym kraju. Tak więc dziękuję.

Było to wspaniałe.

Dokładnie tych słów użył, kończąc swoje posłowie Frank Miller. Pozwolę sobie ich użyć, jako podtytuł podsumowania recenzji. Pasują idealnie. Wspaniały jest wkład Pana Millera w obraz Daredevila, wspaniale został wydany opisywany zbiór i wspaniale było z nim obcować. Wszystko było tu jak należy i ogromny problem miałbym, aby znaleźć jakikolwiek mankament w pierwszym tomie od Wydawnictwa Egmont. Zbierając to wszystko do kupy, gdybym miał oceniać w skali punktowej, wystawiłbym 10 na 10 możliwych oczek. Jeśli miałbym Tobie, drogi czytelniku, polecić w tym momencie jeden tytuł, który MUSISZ postawić u siebie na półce, to padłoby właśnie na to wydanie Daredevila. Dzieło wybitne i mocny kandydat do komiksowego podium roku, a mamy dopiero luty. I perspektywę drugiego tomu przed sobą. Tak, to zdecydowanie było wspaniałe.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: