Czy warto obejrzeć Baki 2018? Słodycz, krew i szczypta absurdu

Dziesięciu potężnych wojowników, jedna dziewczyna, dużo krwi i przemocy… Czy warto obejrzeć Baki?

Niespodziewanie, w jednym momencie z więzień ulokowanych na całym świecie, uciekają najgorsi przestępcy. Osobniki, które państwo trzyma nawet w starych silosach rakietowych lub głęboko pod wodą, aby tylko w żaden sposób nie wydostali się na wolność. Stanowią ogromne zagrożenie dla… Praktycznie każdego. Co dziwniejsze: prócz faktu, że uciekli niemal w tym samym momencie, bez możliwości komunikowania się – cała piątka obrała jeden kierunek: Japonię. Tam ponoć przebywa najpotężniejszy człowiek świata. Po co im on? Bo nie pragną w życiu niczego innego, jak tylko poczuć porażkę na własnej skórze.

W tym czasie Baki wciąż ciężko trenuje, aby przewyższyć swojego ojca, nazywanego najsilniejszą kreaturą na świecie – Yuujirou Hanme. Skazańcy poszukują naszego głównego bohatera z nadzieją, że ten spełni ich marzenia. Na pomoc nastolatkowi przychodzą również niezrównani mistrzowie sztuk walki z Japonii, a wśród nich mistrz karate, a nawet boss yakuzy!

Święta, święta

Świąteczna atmosfera wpływa różnie na ludzi. Jedni stresują się, że zaraz będzie trzeba zacząć porządki, inni są cali w skowronkach na myśl o prezentach, a leniwce? Leniwce jak zwykle leżą na kanapie i oglądają seriale lub anime – tak jak w moim przypadku. Wiem, że święta już dawno za plecami, ale chciałbym napisać dla was kilka słów o produkcji, która sprawiła, że przetrwałem rozłąkę ze studiami. Produkcji, która bije testosteronem aż na kilometr. Jest jednak mały kłopot.

Baki 2018 to kontynuacja serii Grappler Baki. Zrobiłem ogromny błąd, bo bez wcześniejszego obejrzenia prequeli, zabrałem się za ostatnią na ten moment produkcję. Miło, że twórcy odpowiednio dozowali mi retrospekcje. Na tyle odpowiednio, że nie czułem się w serii zagubiony, jednak dalej mam świadomość, że ominąłem kawał historii.

Nie traktujcie więc tego wpisu jak recenzji. Bardziej jako rozmowę na temat serii. Nie będę unikał spoilerów, ale wszystko, co mogłoby zdradzić ważny moment, będzie zaznaczone kursywą.

Czy Baki to idealne anime?

Moje oczekiwania wobec serii Baki nie były jakieś szczególnie wysokie. Chciałem obejrzeć anime, które zapewni mi odpowiednią dawkę rozrywki. Uznałem, oglądając netflixowski trailer, że nic nie będzie pasować do świąt lepiej, niż solidna porcja krwistej przemocy fizycznej.

Jeżeli miałbym kierować się tylko tą myślą, mógłbym śmiało stwierdzić, że Baki dało mi to, czego szukałem. Chociaż początki były trudne. Nie przepadam za anime w stylu Battle Royal, moim zdaniem są bardzo przewidywalne, a co za tym idzie – nudne. A twórcy, w jednym z pierwszych odcinków, prawie mnie do serii zniechęcili, kreując właśnie coś a la BR. Całe szczęście, uratowali sytuacje. Postacie biją się, oj biją się dużo. Już chwilę po rozpoczęciu otrzymujemy pierwszy pojedynek. Nie ma odcinka, w którym ktoś by nie został zaatakowany… A mogą napadać na siebie, kiedy chcą.

I tutaj druga zaleta: spodziewałem się, że te „pojedynki” będą na zasadzie: „Ha, to najmniej odpowiedni moment na walkę, więc walczmy!”. Otóż nie. Faktycznie, był jeden moment, gdy Doyle napadł Bakiego w szkole, ale normalnie te pojedynki były, hmm… Trochę bardziej honorowe i walczono w momentach odpowiednich dla każdego. Wiecie, robili sobie przerwy na kawkę i ciastko.

Troszeczkę honorowe, bo ciężko powiedzieć, że przestępcy epatują honorem na każdym kroku. Z drugiej strony: to dzięki nim całe show było jeszcze ciekawsze. Nigdy nie mogłem być pewny rozwoju sytuacji, bo nie wiedziałem, jakiego oszukanego asa trzymają w rękawie. A mogę Wam zagwarantować, że zawsze jakiegoś mają. To również wpłynęło na poziom brutalności. Baki nie jest ani produkcją dla dzieci, ani dla ludzi o słabszych nerwach. Krew leje się w niej litrami. Poukrywane w ciele ostrza, ataki wypracowane do takiego stopnia, że bez problemu tną tkanki, czy poukrywane, niesamowicie wytrzymałe linki. Musicie być na takie zagrania gotowi, włączając Baki’ego. Ale na tym się nie kończy: widzimy odcinane kończyny, podpalanie żywcem czy wysadzanie całych pięter z ludźmi w środku. Nie wspominając już o niezliczonych ciosach, mogących bez problemu zabić zwykłego człowieka.

Otóż nie tym razem

Nie mogłem jednak przejść obok serii Baki z przymrużonymi oczami na pewne błędy, jakie się pojawiały. Sama fabuła w kontynuacji przygód potężnego nastolatka wydaje się niedopracowana. Albo bardziej trafnie: jakby była robiona punkt po punkcie, ale bez ogarnięcia całości. Jest strasznie przedłużana. Walka z Dorianem zajęła dobre pięć odcinków, przyjechali zaznać porażki, a na dobrą sprawę ciągłej okazji ku temu szukał tylko Sikorsky. Doyle prawie w ogóle nie pojawiał się w pierwszej połowie serii, aby potem dostać masę czasu antenowego. Ciągłe zwodzenie i ucieczki, czy nawet zwykłe: „w sumie mi się nie chce”. W momencie, gdy raz czy dwa to by zadziałało, to oglądanie tego samego co pojedynek jest nużące.

Na co mi też krwawe bijatyki, wybuchy, odcinanie kończyn czy śmiertelne ciosy… Gdy nikt nie umiera. Nikt dobry oczywiście. Nieważne, ile przyjmie na siebie ciosów. Nieważne, że już ledwo zipie lub że widz jest pewny jego końca – zawsze wróci. Zawsze. Nieważne, czy danemu bohaterowi deska przebiła krtań, czy wybuchło całe piętro, na którym aktualnie się znajdował – i tak przeżyje. Serio. To najbardziej rzuciło mi się w oczy, bo nie lubię oglądać, gdy ktoś ewidentnie martwy, wraca (silniejszy) w wygodnym dla fabuły momencie. A to niestety anime Baki widzowi serwuje.

W ogóle sam Baki (postać) ogromnie mnie zawiódł. Spodziewałem się, że tytułowy bohater będzie tym wybawcą drużyny, przepotężnym potworem masakrującym wszystko na swojej drodze. Pomijam już fakt, czy byłoby to dobre rozwiązanie, ale seria w większości jedynie nam opowiada o sile Baki’ego. Żeby zwrócić honor: w dalszych odcinkach widać, że jest silny, ale tego nie czuć. Czym zajęty był więc główny bohater, zamiast pojedynkami? Romansowaniem. Z jakiegoś powodu w produkcji, która miała mi dostarczyć efektywnych pojedynków, musiałem oglądać słabo zrobiony romans. Wisienką na torcie był fakt, że aby Baki stał się silniejszy, musi… Przestać być prawiczkiem. Aż się za głowę złapałem.

W momencie, gdy inni starają się przetrwać, nasz główny bohater uznaje, że seks jest jak walka. A co najlepsze: i tak, gdy dochodzi do jakiegoś spotkania, to niemal zawsze wygrywa.

Ostatnia runda

Myślę, że poprzedni akapit mógł kilkoro z Was zniechęcić do tej produkcji. Ale to nie tak, że przyszedł tu tylko punktować wady. Spodobała mi się na przykład warstwa wizualna. Beki stylistyką nawiązuje do Hokuto no Ken czy pierwszych partów JoJo (maksymalnie umięśnione i nieproporcjonalne ciała). Przy modelach postaci unoszą się obłoki testosteronu. Również walki – chyba najważniejszy element takich serii – wypadają bardzo w porządku. Pokuszono się tutaj o znienawidzone przeze mnie CGI, ale przeplatano je z elementami rysowanymi. W połączeniu dało to lekko sztuczny, ale wciąż przyjemny dla oka obraz.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz nie przewijałem endingu. BEAUTIFUL BEAST w wykonaniu zespołu DEVIL NO ID jest świetną piosenką! Łączy w sobie pop, hardstyle oraz trap. I chociaż na oficjalnym wideo można oglądać trzy na pewno urokliwe kobiety, tak w anime przed oczami przelatuje nam każda trzecio- czy czwartoplanowa postać. Nawet jeżeli jej występ w anime trwał kilka sekund.

Narzekałem też na słaby romans, to fakt. Ale oglądanie Baki’ego, syna prawdziwego potwora, diabelnie silnego nastolatka, który kompletnie nie radzi sobie z dziewczyną, było urocze. Gdy niepokonana kupa mięsa pada na kolana przed wizją wspólnie spędzonej nocy. Piękne, naprawdę piękne.

Finał

Miałem pewne wątpliwości co do tego tekstu, szczególnie gdy zastanawiałem się, czy ostatecznie polecić, czy nie polecić Baki. Z jednej strony dostałem to, czego oczekiwałem, a z drugiej – dodatkowo kilka pcheł, które wciąż kąsały mnie przy seansie.

Na pewno warto obejrzeć poprzednie części, zanim weźmiecie się za Baki z 2018 roku. Nie naprawi do wad, jakie ta produkcja posiada, ale przynajmniej będziecie w stu procentach zorientowani w sytuacji.

Koniec końców obejrzałem Baki z przyjemnością, nie przewijałem odcinków, wręcz włączałem jeden za drugim. I chociaż drażniło mnie to, że od potężnych wojowników nie czuć mocy, to niektórzy złoczyńcy okazali się całkiem sympatyczni. No i do tego Oliva – kozak.

Jeżeli szukacie anime ze sztukami walk, a przy okazji macie ochotę na trochę brutalności, możecie śmiało włączać Baki. Ale jeżeli nie czytaliście spoilerów, bądźcie przygotowani, że czasem będziecie nawet musieli przejść się po pokoju w trakcie seansu. Tak na uspokojenie.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: