Czy warto czytać stare mangi? Liberty Liberty! – Recenzja

Gdyby popatrzeć na historię mang yaoi czy BL (Boys Love) wydawanych w Polsce, sięga ona dość daleko. Ich początku możemy doszukiwać się w tytułach od nieistniejącego już wydawnictwa Saisha, które to czternaście lat temu wydało u nas Wild Rock. Były to jednak zazwyczaj pojedyncze tomy. Dopiero Waneko z komiksem Yami no Matsuei rozpoczęło dłuższą przygodę z yaoi.

Dziś niemal każde polskie wydawnictwo ma przynajmniej jeden tytuł ze wspominanych już gatunków. Studio JG w 2012 roku wypuściło na rynek mangę zatytułowaną Liberty Liberty!, której oryginalna premiera w Japonii odbyła się siedem lat wcześniej w roku 2005.

Chciałbym tym samym przybliżyć Wam ten tytuł, zwracając szczególną uwagę na to, jak komiks się przez ten czas postarzał. Czy jest sens czytania go dzisiaj? Czy był może sens wydawania go już w 2012? Nie oszukujmy się, od pierwszego wydania, do polskiej premiery stylistyka mang mocno ewoluowała – nie mówiąc już o tych czternastu latach do dnia dzisiejszego. Zapraszam!

Fabuła:

Kouki jest pracownikiem jednej z lokalnych stacji telewizyjnych. W momencie, którym go poznajemy jest na tropie przestępcy zakłócającego spokój Pani Yoshidy. Ktoś tę kobietę prześladuje: dzwoni w środku nocy, grzebie w jej śmieciach. Gdy kolejny raz Kouki robi obchód okolicy, trafia na pewnego jegomościa, który leży między workami z odpadami.

Chłopak ze śmieci okazuje się zupełnie pijany, śmierdzący i agresywny. W pijackim amoku, przekonany, że Kouki się z niego naśmiewa, wyrywa kamerzyście sprzęt i roztrzaskuje go o ścianę. Następnie pamięta już tylko poranek, gdy obudził się, oczywiście wcześniej wykąpany, w czystej pościeli. Z ogromnym kacem i jeszcze większym poczuciem winy. Ani jednego, ani drugiego nie wyleczyła informacja, że popsuty sprzęt kosztował 160 tys. jenów. Problemów stojących mu na drodze do zwrotu kosztów jest mnóstwo: nie ma żadnych pieniędzy… pracy… mieszkania… a Kouki jest gotów rozszarpać go żywcem.

Na ratunek młodzieńcowi idzie w sukurs piękna Kurumi Tokita – nie dajcie zwieść się jej uroczej buźce, pod tą fasadą skrywa szokującą tajemnicę. Po krótkiej rozmowie wszyscy znajdują wreszcie rozwiązanie: Itaru odpracuje swój dług w redakcji, a pomieszkiwać będzie u Kouki’ego.

To wszystko stanowi idealny grunt, pod mogące uformować się uczucie między mężczyznami.

Bohaterowie

Hinako Takanagawie udało się w swojej mandze nadać postaciom dwa skrajne oblicza: z jednej strony są zwyczajnie nudni i szarzy. Z drugiej – hej, przecież taka jest większość ludzi na świecie. W takim wypadku, czy powinniśmy chwalić autorkę za „ludzkie” postacie, czy jednak krytykować za ich brak głębi? To musicie ocenić sami.

Problem jest to, że w ogóle nie zapadają w pamięć – wszyscy, no może poza Itaru. Ten bowiem ukazany został jako totalna fajtłapa, ale z silną chęcią usamodzielnienia się. Przy czym i tak w całym tomiku bardziej obserwujemy tę jego stronę bardziej uległą, bo „osiągnięcia” autorka podała zaledwie w formie retrospekcji. Swoim niezdecydowaniem potrafi nieźle irytować, chociaż daleko mu do tych tabunów słodkich moe dziewczynek. Na jego obronę warto wspomnieć, że jest to zaledwie dwudziestolatek, który dopiero uczy się życia, a na jego drodze ku dojrzałości możemy dostrzec mnóstwo wielkich kłód. Część znalazła się tam z jego winy, a część wręcz przeciwnie.

Jednak o ile o młodym buntowniku mogłem cokolwiek napisać, to Kouki to już kompletnie nieinteresujący osobnik. Swoim byciem w Liberty Liberty bardziej przypomina postać drugoplanową niż grającego pierwsze skrzypce, pełnoprawnego bohatera. Prowadzi nudne życie, a sądząc po jego aktualnej pracy – również brak mu większych aspiracji i ambicji. Poszczycić się może jedynie miękkim, dobrym sercem, które nie pozwoliło mu zostawić Itaru na pastwę miejskich szczurów. Bo w końcu, kto przy zdrowych zmysłach wziął by pod dach pijanego i agresywnego młodzieńca (nie wspominając już o zapachu)?
Hinako Takanaga starała się nadać trochę głębi tej postaci, wprowadzając wspomniane już retrospekcje, ale i tutaj nie ma fajerwerków. Ot, pan, który źle ulokował swoje uczucia.

W końcu coś dobrego?

Kolejnym zabiegiem, który miał chyba zszokować czytelników swoim prawdziwym „ja”, była postać Kurumi. Może w 2005 roku kobiety, które tak naprawdę były mężczyznami, budziły zdziwienie, ale dzisiaj na rynku mamy pełno tytułów z tak zwanymi trapami. Dzisiaj już jesteśmy przygotowani, że niczego nie możemy być do końca pewni. Osobiście bardzo polubiłem Kurumi – za jej wieczny optymizm, a przy tym nie będą „głupkowatą”. Reporterka miała naprawdę dobrze napisane dialogi. Z łatwością dało się odczytać, jakie emocje w danym momencie przekazywała.

Kreska:

W 2005 zadebiutowała świetna pod względem rysunku, jak i historii manga Vinland Saga (wydanie polskie: Saga Vinlandzka). Komiks kupił czytelników świetnymi walkami, towarzyszącej im dynamice oraz pełnokrwistymi i nie pozbawionymi głębi bohaterami. Jeżeli chcielibyście poznać świat mangowych wikingów, pisał o nich już Kajetan w tym tekście.

Musicie jednak wiedzieć, że komiksy w tamtych czasach (jak to pięknie brzmi) cechowała zgoła odmienna od dzisiejszych standardów stylistyka. Saga Vinlandzka jest na pewno wartą uwagi perełką, ale ponad dekadę temu na topie były stereotypowe, wielkie oczy – 2005 rok był jednym ze szczytowych lat nurtu moe. Śmieszne obrazki nie wzięły się znikąd. Inną cechą wyróżniającą był styl rysowania włosów – jakby każde pasemko miało własne cieniowanie. No i niezapomniana pociągła twarz (ta jest charakterystyczna dla serii typu shoujou do dzisiaj – dopisek od redaktora Jacek 2.0).

Oczywiście, najczęściej takie obrazki mogliśmy oglądać w mangach gatunku romans i jemu pokrewnych, a także w recenzowanym Liberty Liberty. Wydawnictwa tego typu starzeją się niezbyt dobrze, jeżeli popatrzymy przez pryzmat tego, do czego twórcy przyzwyczajają nas dzisiaj. Również tła nie pozwalają zawiesić na niczym oczu.

Mając jednak w rękach komiks będący tylko nieco młodszy niż ja sam jestem, poczułem dziwną nostalgię do tej starej stylistyki. W tym samym momencie śmieszkowałem z wyglądu postaci, co wzdychałem w stylu: „kiedyś to było”.

Liberty Liberty okiem Leniwca

„Liberty Liberty” zrobiła podstawowy błąd, jaki mogą zrobić jednotomówki: nie ma dopracowanego zakończenia. Autorka urywa tomik w takim momencie, gdy czytelnik jest przekonany, że czeka na niego kolejna część. Można doszukiwać się tam otwartego zakończenia, aby wysilić wyobraźnię czytelników, ale… komiks nie pozostawia nawet cliffhangera, opcji rozwoju historii jest zbyt dużo – zabrakło jakiegoś podsumowania, zamknięcia. Opowieść zwyczajnie w jednym momencie się urwała.

Finał wypadłby na pewno lepiej, gdyby środek fabuły poświęcić na konkretny rozwój, a nie jedynie powolne, zwyczajne życie. Wystarczyłoby obciąć kilka z wielu pobocznych wątków, jakie ma w sobie Liberty Liberty i rzucić więcej światła na rozwój relacji bohaterów. Bo dziwnie mało tego love, które powinno stanowić rdzeń tego typu komiksu.

Świetnie to wygląda w dziełach Asumiko Nakamury. W jednym tomie (Sora i Hara, Koledzy z klasy) potrafiła zawrzeć satysfakcjonującą historię, z dobrym zakończeniem. Autorka pokusiła się nawet o kontynuacje, ale również wydawane w formach pojedynczych tomów. I znowu muszę odwołać się do wcześniejszych akapitów: Liberty Liberty miałoby problem z tworzeniem w ten sposób kontynuacji, gdyż ten jeden tom wygląda jak wprowadzenie do dłuższej historii, a nie zamknięta całość. No nie mogę tego przeboleć.

Chciałem się dobrze bawić

Nie czuje, że zmarnowałem czas poświęcony na Liberty Liberty. Ale z drugiej strony: nie sądzę, by był sens sięgania dzisiaj po tę mangę. Stanowi ona ciekawy wgląd w ewolucje stylistyki japońskich komiksów z gatunku. Dzisiaj już nie zobaczymy w romansach połowy twarzy zamazanej kreskami, mającymi na celu ukazywanie zawstydzenia czy podniecenia. Jeżeli macie chęć cofnięcia się o ponad dekadę, aby chociaż liznąć tamtego klimatu – możecie sięgnąć po Liberty Liberty.

Inną ciekawostką jest fakt, że na stronach znajdziemy oryginalne, nieprzetłumaczone japońskie onomatopeje. Chociaż nie wiem, czy można to traktować jako plus, czy jednak lenistwo ze strony wydawnictwa.

Fajna, nostalgiczna wycieczka, ale nic poza tym. Ostatecznie przeszkadza w niej brak rysunkowych standardów dzisiejszych czasów (bo i skąd miały by być), więc wielu może się zwyczajnie odbić. Próżno szukać w niej również dobrego romansu, gdyż główna para bohaterów mocno rozczarowuje.

Mógłbym wymienić masę tytułów na polskim rynku, które lepiej zajmą czas, niż Liberty Liberty. Dobrym romansem na pewno okaże się Bestia z ławki obok, a szukając BL powinniście sięgnąć po dwie wymienione wyżej mangi.

Na pewno nie planuję powtórnego czytania.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: