Czwarta władza. Transmetropolitan Tom 3 – Recenzja

Transmetropolitan po raz drugi na Waszych ekranach w tym miesiącu – nieźle, prawda? Mam nadzieję, że nie ucierpicie zanadto od dawki Pająka Jeruzalema, która nawet w niewielkiej ilości przez wielu uważana jest za śmiertelną (albo co najmniej mdlącą). Nasz dziennikarz w tym tomie mówi: „Im jestem starszy, tym bardziej podoba mi się nad wodą”.  Ja w tej recenzji powiem Wam: „Im więc czytam Transmetropolitan, tym bardziej rozgaszcza się on w moim sercu”.

Warren Ellis i Darick Robertson zaczynają bowiem korzystać coraz bardziej ze świata, który wykreowali w pierwszych tomach. A dobrze wiemy, że mają z czego korzystać! Pająk musi mierzyć się z konsekwencjami swoich artykułów. Każda akcja powoduje reakcje, a przekazywanie Prawdy mieszkańcom Miasta wcale nie sprawia, że życie w nim staje się bardziej prawdziwe i przejrzyste. Tom trzeci tej historii nadal jest zbiorem opowiadań z udziałem Jeruzalema i jego asystentek, ale krystalizuje się w nim także główna oś fabularna. Efekt? Wyborny niczym zapach napalmu o poranku.

Pająk w wielkim mieście

Trzeci tom Transmetropolitan rozpoczyna historia, która jest prawdziwą „perełką” opowieści o Pająku. Fabularnie nie ma ona dużego znaczenia, ale jest nasycona emocjami głównego bohatera, jego przemyśleniami. Jest w niej coś… magicznego. Jak w utworze Jacka Kaczmarskiego „Mimochodem”. Epizod „Jestem, by odejść” to forma wywiadu, jaki inny reporter przeprowadza z Jeruzalemem. Może nawet to sam Warren Ellis przeprowadzał rozmowę z postacią, którą stworzył?

To wyjaśniałoby, dlaczego dziennikarz zachowywał się tak szczerze. Opowiada bowiem o swoim podejściu do śmierci i o pierwszym zetknięciu z nią. Świetnym zabiegiem jest tu zarówno forma rozmowy (typu „sam ze sobą”), jak i gra kadrami – ukazywanie na przemian lekko z dołu, gdzie bohater wygląda poważnie, i z góry, kiedy wygląda niewinnie jak dziecko, bo jako dziecko właśnie wyrobił sobie opinię o ludzkiej egzystencji. „Przechodzę przez to wszystko… A potem mam po prostu umrzeć? Co to z pieprzony interes? Nie godziłem się na to. To nie było fair.” Takiego przekonania Jeruzalem nabrał po sympatycznym okresie dzieciństwa.

W wulgarnym języku, czarnym poczuciu humoru i często niehamowanej agresji odnajdujemy wielką wrażliwość Pająka. Pewien żal do świata i do ludzi, że wszystko jest takie, jakie jest – nieidealne, brutalne, głupie. Myślę, że Jeruzalem czasem zniża się do tego poziomu, żeby właśnie stamtąd wypychać ludzkość ku górze. Niepowtarzalna i unikatowa jest także dalsza część historii. Nie chcę opowiadać Wam jej treści. Powiem tylko, że wywołuje ona ciarki, a jej poszczególne kadry wraz z treścią wchodzą w nasze mózgi i serca z całą mocą jak haczyk z zadziorami. To właśnie takie fragmenty świadczą o wielkości komiksu oraz jego twórców. Chapeau bas.

To nie czas na egzystencjalizm!

Czas ruszyć z akcją! Nie myślcie bowiem, że Transmetropolitan w tym tomie zmienia się w rozprawę filozoficzną. Nie pozwala na to miasto pełne neonów, narkotyków, seksu i prawdziwych czubków! Autorzy wciąż zaskakują nas okienkami, które nakreślają przed nami pełniejszy obraz Miasta, przybliżają mnogość kultur i osób w nim żyjących. Zatrzęsieniu barw i postaci towarzyszy również humor. Ostry, dziennikarski żart. Możecie nawet powiedzieć, że prostacki. I tak będzie mnie to bawić.

Pająk bierze na warsztat między innymi sprawę senatora Terletona Sweeneya oskarżonego o potajemne finansowanie filmów porno. Może i nie obeszłoby to Jeruzalema, któremu daleko jest do świętości (bardzo daleko [naprawdę bardzo {bardzo,bardzo}]), ale polityk głosował przeciw ustawie o inteligentnej kulturze seksualnej. Prawda musi więc zatryumfować! Reporter i jego „paskudne asystentki” udają się więc „strzelać pytaniami” wedle starożytnej sztuki dziennikarskiej. Jak senator poradzi sobie z taką presją? „Panie Sweeney! Niech pan pokaże penisa! Niech pan pokaże! Jest nam to potrzebne do szczególnego śledztwa dziennikarskiego!”.

Życie w Mieście – reżyseria Kubrick

… i Ellis. Wspomnianą przeze mnie główną oś otwiera bowiem tak na dobre wydarzenie rodem z Mechanicznej pomarańczy”. Morderstwo popełnione na tle rasowym, choć bardziej prawidłowym byłoby powiedzieć biologicznym, nie spotyka się z należytą reakcję ze strony policji. Wściekły i oburzony Pająk postanawia wbić stróżom prawa szpilę, która pchnie ich w słusznym kierunku. Pozorne zwycięstwo prowadzi jednak do eskalacji panujących nastrojów oraz tragedii na miarę zamieszek Przemienionych z pierwszego tomu. Wtedy też okazuje się, że Jeruzalem jest na jeszcze bardziej cenzurowanym, niż mógłby pomyśleć.

Nowo wybrany Prezydent nie jest bowiem przychylny reporterowi.  Przez „nieprzychylny” rozumiem życzenie śmierci i nakładanie blokady na artykuły, ukazujące prawdziwy obraz rzeczy. Zamach na Prawdę i na swoją własną osobę sprawiają to coś, co dla Pająka nie może pozostać obojętne. Dla nas jest to również okazja, by poznać poważniejszą stronę głównego bohatera. Wobec prawdziwego zagrożenia, które uderza nie tylko w niego, ale jego asystentki, Jeruzalem pozostaje bezwzględnie poważny i skupiony.

Reporter stawia wszystko na jedną kartę, swoim śledztwem ostatecznym postanawia zdestabilizować i zniszczyć panujący układ politycznym. Stawką i motywacją jest nie tylko Prawda, ale i zemsta. Wiecie za co. Czy rzucane pod nogi kłody w postaci zamachowców i masa animacji telewizyjnych ukazujących Pająka w prześmiewczym tonie zdołają pokrzyżować plany dziennikarza?

Zaufajcie wariatowi!

Wielowarstwowość nadawana Pająkowi wynosi Transmetropolitan na nowe poziomy. Nie to, żeby wcześniej jego postać była płytka. Charyzmatyczny dziennikarz zawsze był kimś z krwi, kości, tatuaży i papierosów. Teraz jednak zaczynamy dostrzegać, co naprawdę go napędza. Pająk Jeruzalem jest jak elektrownia jądrowa – pracuje na parametrach krytycznych. Opalany złością na świat, skurwysynów i żalem do ludzi zadziera coraz mocniej z tymi, którzy przyprawiają go o mdłości.

Jak zawsze perfekcyjne rysunki i przemyślane kadry sprawiają odbiorcy samą radość. Forma nie ulega zmianie, ale Robertson nadal zachwyca. Niech potwierdzeniem geniuszu rysunku Robertsona będzie wąskie, małe okienko przedstawiające jedynie oko, brew i kawałek grzywki. Zmarszczki dookoła gałki i drżące białko pozwalają tam jednak z tych kilku centymetrów kwadratowych odczytać wszystkie emocje – strach, zdziwienie, złość.

Transmetropolitan z każdym tomem utwierdza swoją pozycję dzieła kultowego. Pająk Jeruzalem, paskudne asystentki i cała masa osób chcących zabić Prawdę. Wobec takiej mieszanki nie można przejść obojętnie. 

Dziękuję wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza do recenzji!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: