Jak było na Confiction, dobrze…? Relacja z konwentu

Całkiem niedawno pisałam dla Was o tym, co działo się na tegorocznym Magnificonie, a już wracam z relacją z kolejnego konwentu. Tak się bowiem złożyło, że dwa miesiące po tamtej imprezie ponownie wylądowałam w krakowskim EXPO. Tym razem powodem mojej wizyty był Confiction — nowy punkt na konwentowej mapie Polski.

Trzydniowy festiwal reklamował się jako spotkanie członków fandomu z pisarzami, scenarzystami, wydawcami planszówek oraz Mistrzami Gry. W programie znalazły się atrakcje dla miłośników rodzimej i światowej fantastyki, gier, komiksów czy kultury Dalekiego Wschodu. Zapowiedziano również udział zagranicznych gości. Jak to wszystko wypadło w praktyce?

Confiction: pierwsze wrażenie

Choć oficjalnie impreza rozpoczęła się w piątek 16 sierpnia, na festiwal udało mi się dotrzeć dopiero w sobotę po południu. W związku z tym brak kolejek do kas nie był dla mnie zbytnim zaskoczeniem. Nie spodziewałam się za to widoku pustego korytarza, który zastałam zaraz po wejściu do EXPO. Czyżby wszyscy konwentowicze schowali się na panelach…?

Kolejną niespodzianką był dla mnie brak papierowych informatorów. Zamiast skorzystać z tradycyjnych (i łatwych do zgubienia) programów, organizatorzy postanowili umieścić wielki grafik w centralnym punkcie budynku. Tuż obok niego znalazł się plan obiektu z rozkładem sal. Poza tym — podobnie jak na Magnificonie — przy drzwiach każdego z pomieszczeń wyświetlano tytuły aktualnie trwających prelekcji. W tej sytuacji zgubienie się na konwencie graniczyło z cudem.

Po odebraniu akredytacji ruszyłam na rekonesans. Zajrzałam na kilka paneli, odwiedziłam stoiska wystawców, pokręciłam się między grającymi. Kolejne obserwacje potwierdziły moje pierwsze wrażenie: frekwencja na Confiction była wyjątkowo niska. Czy zawinił brak skuteczniejszej promocji, czy też jest to naturalne zjawisko towarzyszące debiutującym dopiero imprezom — tego nie jestem pewna. W każdym razie konwent sprawiał wrażenie wyludnionego. A szkoda, bo impreza wydaje się mieć potencjał.

Pustki w hali wystawowej

„Będę grał w grę”… i to niejedną!

Niedostatek uczestników miał jednak swoje dobre strony — dzięki niemu mogłam swobodnie przemieszczać się z miejsca na miejsce i skorzystać z większości przygotowanych atrakcji. Wreszcie udało mi się dobrać do obleganych zazwyczaj gier rytmicznych. Niestety, szybko przekonałam się, że poczucia rytmu nie mam za grosz. Spróbowałam też swoich sił w pierwszych wersjach Mario Kart i GTA w Strefie Gier Retro. Tu także nie popisałam się umiejętnościami, ale i tak bawiłam się nieźle.

Mocną stroną konwentu okazały się gry tradycyjne: planszówki i sesje RPG. Ludzie z R’lyeh Cafe zadbali o bogaty i zróżnicowany program rozgrywek. Znalazły się w nim zarówno dłuższe przygody, jak i krótsze sesje dla spieszących się na inne atrakcje. Co istotne, nie trzeba było wcale być weteranem gier fabularnych, żeby wziąć udział w jakiejś sesji, bo sporo z nich było przeznaczonych dla początkujących. Ja sama, będąc zupełną nowicjuszką, postanowiłam dołączyć do jednej z drużyn i wyruszyć na wyprawę do lochów. Chyba poszło mi nie najgorzej, bo moja postać nie tylko nie zginęła, ale nawet przydała się w osiągnięciu celu naszej podróży. Z tej przygody wyniosłam też kilka pożytecznych nauk, takich jak ta, że podczas eksploracji lochów należy zachować szczególną ostrożność i nie ufać zbytnio demonom z płonącymi głowami.

Strefa Gier Retro na Confiction

Made in Japan

Nie przyszłam jednak na ten konwent tylko po to, żeby sobie pograć. Jako miłośniczka kultury azjatyckiej bacznie rozglądałam się też za wystawcami związanymi z Japonią. Choć w porównaniu z Magnificonem stoisk o takim charakterze było mniej, to i tak znalazło się parę interesujących punktów. Pierwszym z nich było stanowisko Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu, gdzie można było poznać zapis swojego imienia w językach różnych krajów Azji. Ciekawe stoisko przygotowało także Muzeum Manggha — tu konwentowicze mogli wykaligrafować sobie wybrany znak kanji, przymierzyć yukatę i sfotografować się w scenerii stylizowanej na tradycyjne japońskie wnętrze. Na Confiction nie zabrakło również sprzedawców mang i japońskich przysmaków. Osobiście skusiłam się na chipsy krewetkowe i kilka ciasteczek z nadzieniem o smaku zielonej herbaty. Oishii!

Stoisko Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie

Krajowi Kwitnącej Wiśni poświęcono też kilka paneli. Większość z nich dotyczyła głównie mangi i anime, ale znalazło się parę wyjątków. Interesującym punktem programu, w którym miałam okazję uczestniczyć, była prelekcja i pokaz grupy Kobito Rakugo. Trójka pasjonatów z Wrocławia najpierw opowiedziała, a następnie samodzielnie zaprezentowała, na czym polega japoński teatr jednego aktora. Przypominało to trochę stand-up, choć z racji formy występu lepszym określeniem byłby tu raczej „sit-down”. Aktorzy przeprowadzili również warsztaty z improwizacji. Na te niestety nie udało mi się załapać, ponieważ spieszyłam się na panel o mniej znanych obliczach „Wiedźmina”. Niemniej jednak japońską odsłonę konwentu uważam za całkiem udaną.

Twórcy i odtwórcy

Jak wspomniałam już na początku, na Confiction zjechali ludzie ze świata literatury i filmu. Wśród zagranicznych gości znaleźli się Chris Rankin („Harry Potter”) oraz James Cosmo („Gra o tron”), a także Joshua Long, showrunner serialu „1983”. Aktorzy opowiadali o pracy nad rolami oraz zdradzali kulisy produkcji, a literaci dawali porady początkującym twórcom i dzielili się swoimi przemyśleniami na najróżniejsze tematy. I choć często odchodzili daleko od głównego wątku, nie sądzę, by komukolwiek to przeszkadzało. W końcu możliwość wysłuchania dyskusji między dobrymi polskimi autorami nie zdarza się często, a jest to cenne źródło rozmaitych cytatów, pomysłów i inspiracji. Szczególnie dużo do powiedzenia miał Jakub Ćwiek, twórca serii „Kłamca”, który zdominował niedzielny panel pisarzy. Co zresztą wyszło całemu panelowi na korzyść, bo słuchało się go bardzo przyjemnie.

Piotr Rogoża, Aleksandra Zielińska, Paweł Majka i Jakub Ćwiek w dyskusji o granicach gatunków literackich

Pewnym zaskoczeniem była dla mnie obecność ekipy odpowiedzialnej za film „Legiony”, który za miesiąc wejdzie do polskich kin. Panel poświęcony produkcji historycznej nie do końca pasował do przeważająco fantastycznej konwencji festiwalu. Na pewno jednak przyciągnął fanki Sebastiana Fabijańskiego, który gra tam jedną z głównych ról i osobiście pojawił się na Confiction. Poza aktorami twórcy przywieźli ze sobą także kostiumy, broń oraz fragmenty filmu, które uczestnicy konwentu zobaczyli jako pierwsi.

W pewnym sensie gwiazdami konwentów są również cosplayerzy. Tych, niestety, nie widziałam w EXPO zbyt wielu. Być może skala imprezy nie jest jeszcze na tyle duża, by przyciągnąć do siebie więcej entuzjastów tego rzemiosła. Mimo to udało mi się wychwycić kilka kreatywnych strojów. W sobotę i niedzielę spotkałam m.in. bohaterów Cyberpunka 2077, kobietę-lisa, a nawet Włóczykija z serii o Muminkach.

Jak dowiedziałam się już po imprezie, główną nagrodę w konkursie cosplay zdobyła Krystyna Sliusarevska, która wcieliła się w Siostrę Wojny z Warhammera. Nagroda w pełni zasłużona, bo kostium prezentował się naprawdę imponująco. Szkoda tylko, że zwycięzców konkursu nie uhonorowano jeszcze podczas konwentu.

Zwyciężczyni konkursu cosplay, Krystyna Sliusarevska (fot. Gleb Veremenko)

Księga skarg i zażaleń

Myślę, że najwyższy czas odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule. Jak to właściwie było na tym Confiction, dobrze czy niedobrze…?

Jak zasygnalizowałam wcześniej, nie wszystko wyszło idealnie. Poza wspomnianą już słabą frekwencją rozczarowały mnie pewne niedociągnięcia organizacyjne. Po pierwsze, zabrakło ogłoszenia o możliwości zgłaszania punktów programu. Niedostatecznie wypromowano też planszówkowo-erpegową stronę konwentu, która była jego najjaśniejszym punktem i która, odpowiednio nagłośniona, mogłaby przyciągnąć znacznie więcej osób. Ponadto już w trakcie samej imprezy odwołano kilka prelekcji (wiadomo mi o przynajmniej dwóch takich przypadkach), o czym niestety nie poinformowano z odpowiednim wyprzedzeniem. Wreszcie, zmotoryzowanej części uczestników mógł nie spodobać się płatny parking pod EXPO, który podczas Magnificonu był dostępny za darmo. Płatne były także zdjęcia i autografy z zaproszonymi aktorami, a ich ceny skutecznie odstraszyły wielu fanów.

Mocne strony Confiction

Po tej serii krytycznych uwag trzeba podkreślić to, co się organizatorom udało. Na pewno godnym pochwały pomysłem było zorganizowanie sleep roomu na miejscu, co dla nocujących konwentowiczów było sporym udogodnieniem. Spodobała mi się również nietypowa formuła konkursu cosplay, oparta wyłącznie na głosach publiczności. Na najlepszy kostium można było zagłosować, wręczając cosplayerowi specjalny „żeton aprobaty”. Żałuję jedynie, że zabrakło tradycyjnego pokazu, podczas którego wszyscy uczestnicy konkursu mogliby zaprezentować się na scenie.

Dobrze bawiłam się także na przygotowanych panelach. Jako fanka Lema cieszę się z faktu, że w programie znalazł się cały blok poświęcony jego twórczości. Równie ciekawe były prelekcje ze świata komiksu: na panelu poświęconym polskim wątkom w zagranicznych komiksach dowiedziałam się m.in., że swego czasu Superman uratował warszawskie getto przed bombą atomową, a jednym z kandydatów na Zieloną Latarnię był… Lech Wałęsa. Na innym wykładzie poznałam też kilka nowych faktów o Alanie Moore i pozycjach jego autorstwa. Z kolei prelekcja o mniej znanych adaptacjach „Wiedźmina” dostarczyła mi kilka tytułów komiksów i musicali, które koniecznie muszę nadrobić. Pod kątem zdobytej wiedzy i inspiracji jestem więc usatysfakcjonowana.

Panel Bartosza Piotrowskiego poświęcony mniej znanym adaptacjom „Wiedźmina”

Podsumowując…

Co wyniosłam z Confiction? Całkiem sporo pamiątek, kilka drobnych zakupów i dobre wspomnienia. Wśród zdobyczy materialnych znalazły się m.in. magnes wygrany w loterii Strefy Retro Gier, kilka japońskich przekąsek czy booklet z fragmentem książki „Niszcz, powiedziała” Piotra Rogoży. Z konwentu zabrałam również swoje własne twory: ręcznie malowany znak kanji oraz mapę lochów, która powstała podczas mojej erpegowej przygody.

Na pewno zachowam w pamięci wszystkie zasłyszane na panelach ciekawostki oraz długą listę pozycji do przeczytania lub obejrzenia. Nie zapomnę też wrażenia, jakie zrobiła na mnie wystawa modeli z „Gwiezdnych wojen” wykonanych własnoręcznie (!) przez pasjonatów kosmicznej sagi. Z kolei ekspozycja zabawek z Kinder Niespodzianki i strefa retro gier przywołały dobre wspomnienia z dzieciństwa.

Fragment wystawy modeli ze Star Wars autorstwa braci Kulesza

Wszystkie te fajne doświadczenia, czar nostalgii oraz zgromadzone gadżety sprawiły, że pierwszą odsłonę Confiction — mimo jej wad — oceniam raczej pozytywnie. Nie jestem pewna, czy w przyszłym roku odbędzie się kolejna edycja festiwalu, ale jeśli tak, to mam nadzieję, że znów na niej będę. Myślę, że po drobnych poprawkach i lepszej promocji ta impreza może się stać miejscem z fajnym klimatem, do którego przyjemnie jest wracać. Trzymam kciuki, żeby tak się stało.

2
Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
katya
Gość
katya

Z ciekawości, jak ten Rogoża? Pamiętam jego staaare opowiadania, całkiem fajne były 🙂