Co sprawia, że Deadly Class jest zabójczym komiksem

Znów się spotykamy Panie Remender. Pewnie mnie nie kojarzysz, ale ja doskonale sobie zapamiętałem nasze ostatnie starcie. Chociaż może z tym „doskonale” śmierdzi z lekka hiperbolizacją, bo jednak trochę czasu już od niego minęło. Pytasz ile dokładnie? Nie więcej jak kilka miesięcy, jednak skłamałbym, żebym przez ten okres rozpamiętywał poprzednią wymianę ciosów z Pańską twórczością. „Głębia” pomimo ciekawego wyjścia do opowiadanej historii i nietypowego wpisu w gatunek post-apokaliptyczny miała zbyt łagodny prawy sierpowy, by mnie powalić. Przybili jej na pomoc protagoniści, finalnie tylko przeszkadzali. Plącząc się pod nogami fabuły oraz desperacko próbującej utrzymać się na powierzchni mojego zainteresowania – eksploracji świata.

Oko w oko z Rickiem

Tam, gdzie (pod) morskie opowieści nie dały rady, tak niespodziewany cios ze strony „Deadly Class” mnie zamroczył. Intensywność doznania zwyczajnie rzuciła o ziemię. Za każdym razem, gdy miałem się już podnieść, to do linczu dołączały następne tomy. Nim się obejrzałem – miałem już wszystkie dostępne za sobą, a każdy z nich – musicie mi wierzyć, ciężką rękę ma. Poobijany, resztą sił i na głodzie kolejnych rozdziałów doczłapałem się do klawiatury, by przekazać Wam tę parę słów ostrzeżenia…

San Francisco, styczeń ‘87

Spędzanie zimy pod mostem nie jest wybitnie dobrym pomysłem. Mówi się, że pieniądze leżą na ulicy i wystarczy się po nie schylić. Wszystko jest kłamstwem. Jedynie co możecie na niej znaleźć, to nocami – ciągnący chłodem beton lub szarpanie się z innymi bezdomnymi o parę starych trampek. Mijający cię czyści, żyjący swoim amerykańskim snem przedstawiciele klasy średniej – także nie są na tyle szczodrzy, by podzielić się drobniakami. Uśmiechem szczęścia można nazwać nocleg w przytułku po misce ciepłej zupy. Ewentualnie sprytne odchudzenie kieszeni niczego niespodziewającego się przechodnia. Jednak im dłużej się nad tym zastanawiasz, tym mocniej dochodzisz do wniosku, że w tej loterii życia zdecydowanie nie trafiłeś szóstki.

Stojąc na skraju mostu i spoglądając w rozciągającą się pod twoimi nogami przestrzeń – myślisz, jak łatwo byłoby to wszystko zakończyć. Jednak gdzieś głęboko wewnątrz tli się iskierka chęci do dalszego życia. A także resztki nadziei, iż pojawi się ktoś, kto poda ci dłoń i wyciągnie z objęć ponurej rzeczywistości. Do tego ta paląca chęć zemsty na człowieku, który cię w to bagno wpakował. Brak złudzeń co do przyszłości jest jedną sprawą, ale warto mieć choć jedno marzenie trzymające przy zdrowych zmysłach. Nawet tak absurdalne, jak mocne postanowienie, by…

… zabić Ronalda Regana

Większość gówna w czternastoletnim życiu Marcusa Lopeza Arguello to wypadkowa dwóch decyzji amerykańskiego prezydenta. Najpierw „Wojna z Narkotykami” i akcje CIA w Ameryce Południowej wypędziły jego rodzinę z ojczystej Nikaragui. Agenci wywiadu wkręcili nieświadomego niczego ojca w handel bronią z jednym ze stronnictw walczących o przejęcie kontroli nad krajem. Siły przeciwne nie chcąc być dłużne – wybuchowo posłali dom w cztery diabły i zmusiły do szukania bezpiecznego azylu w szerokich objęciach Wuja Sama. Jednak przewrotny los na tym z nim nie skończył. O nie! Niedługo po przybyciu do US of A, wyszczerzył się swym bezzębnym uśmiechem do bohatera raz jeszcze.

Oto Ronald Regan w ramach cięć budżetowych zmniejsza nakłady na opiekę psychiatryczną. Efektem jest masowe zamykanie m.in. zakładów dla obłąkanych i wypuszczenie na ulicę całych setek głęboko chorych ludzi. Bezpieczna amerykańska przystań z miejsca staje się wrotami do piekła. Owładnięta myślą o samobójstwie kobieta – podejmując kolejną taką próbę, niefortunnie trafia z impetem wprost na rodziców małego Marcusa. Chłopiec z miejsca zostaje sam w obcym kraju. Życie wciąż jednak zdaję się dopiero rozkręcać: patologiczny sierociniec, brawurowa ucieczka z niego i tułanie się po ulicy, będąc poszukiwanym przez policję. I kiedy już się wydaje, że Pani Kostucha wyciągnie po niego swe zimne łapy – z obławy ratuje go Mistrz Lin z grupką podopiecznych. Oferując także miejsce w swojej szkole. Placówce, gdzie kształci się największych profesjonalistów wśród zawodowców. Akademii dla najlepszych zabójców pod słońcem. Witajcie w…

King’s Dominion, listopad ‘87

Wybaczcie mi ten nieco przydługi wstęp. Uznałem, że dokładne przybliżenie wam wyjścia do historii poprzez streszczenie pierwszego rozdziału pomoże w zrozumieniu, czym jest „Deadly Class”. Tam, gdzie „Głębia” mnie zawiodła, tak tutaj Rick Remender udowadnia, że był to ledwie wypadek przy pracy. Choć m.in. przeskoki czasowe są tu również obecne i część miesięcy zdaje się nam „umykać”. Wciąż – nie ma sytuacji, że czułem, jakbym tracił kontakt ze zmianami w życiu bohaterów. Niestety, to było sporym problemem w omawianym poprzednio dziele scenarzysty – co wyjaśniam lepiej w tekście obejmującym pierwszy tom: Głębia Tom 1. Ułuda nadziei.

„Deadly Class” stara się nie marnować miejsca na zbędną ekspozycję świata przedstawionego. Szkoła jest zaledwie tłem, pretekstem dla pchania wydarzeń w pewnym kierunku. Chociaż dostajemy szybki przegląd przedmiotów kształcenia tutejszej młodzieży, to nigdy nie staje się bohaterem samym w sobie. Psychologii zabójstwa, trucicielstwu, czy rytualnym morderstwom – dostają po kilka paneli, tak abyśmy mogli ich lekko posmakować. Budowa świata i jego eksploracja nie jest tutaj ważna. W końcu pomimo przebywania między murami dość niepokojącej placówki edukacyjnej, to wciąż mamy do czynienia ze starymi, znajomymi Stanami Zjednoczonymi. Nawet oglądając Amerykę z tej brudnej i krwawej strony, nadal globalne media wystarczająco napompowały nas najróżniejszymi wizjami tego kraju, by czuć się jak w domu. Korzystając więc z tego, Rick Remender szybko konstruuje oś fabularną wokół protagonistów. Starając się im zaglądać głęboko w głowy i stawiając przed morderczymi dylematami – wyciągnąć przy okazji z ich czerepów najciekawsze kąski.  

Osobowość paranoidalna

Już w jednym z powyższych akapitów poruszyłem historię naszego protagonisty – Marcusa. Chłopaka, który przez nieszczęśliwy splot wydarzeń trafia na społeczny margines. Dorastanie w obcym kraju, bez nikogo z bliskiej rodziny, kto mógłby się nim zaopiekować, głęboko wypaliło w nim psychiczną skazę. Towarzyszące mu nieustannie uczucie wyobcowania i odosobnienia, odcisnęły na nim swoje piętno. Widać to jak na dłoni w podejmowanych przez niego działaniach. Próbując dopasować się do grupy, odnaleźć własne miejsce, w którym mógłby czuć się jak w domu, albo przynajmniej swobodnie pooddychać. Popełnia raz za razem te same błędy – albo za bardzo wszystko analizuje, nie potrafiąc podjąć decyzji, albo wręcz przeciwnie. Działa całkowicie spontanicznie, odruchowo i kierując się wyłącznie chwilową emocją. Ostatecznie kończy się wciągnięciem samego siebie w coraz głębszą spiralę desperacji: z problemami na głowie, których nie sposób ot tak rozwiązać. Czując jednocześnie, zbliżający się bezlitośnie do karku – katowski topór konsekwencji.

Co charakterystyczne, narracja poza dialogami przyjmuje formę przemyśleń oraz wpisów do pamiętnika Marcusa. Notatnik protagonisty urasta do rangi bohatera samego w sobie. Wejrzenie w psychikę nastoletniego niespokojnego ducha, jego lęki, nadzieje oraz obawy. Ostatecznie staje się istotnym elementem fabularnym, o którym nie daje nam się zapomnieć.

Klasa ‘91

Nie tylko Marcus jest ofiarą kiepskich rzutów kośćmi losu. Przemieszanych z własnymi, najczęściej fatalnymi decyzjami. Pozostała grupka jego najbliższych znajomych także niesie swój krzyż, z którym nie mogą sobie poradzić lub ukrywają ciężar za przybieranymi maskami. Nikt w końcu nie chce okazać słabości. Ta mogłaby stać się tylko pretekstem do ataku drapieżników wypełniających mury szkoły. Nie ważne kim jesteś – zawsze uważaj na plecy, bo nie wiesz, czy ktoś w końcu ci nie wbije w nie noża.

Wracając do bliskiego otoczenia Marcusa. Na jego klikę składają się przede wszystkim: japonka Saya, córka bossa Yakuzy – tajemnicza i zazwyczaj małomówna. Jej dokładną historię poznajemy dopiero w dużo dalszej części komiksu. Autor zostawia nam jednak wystarczająco wiele poszlak, by się domyślić, że trafiła do USA i King’s Dominion nie do końca z własnej woli. Oprócz niej protagonisty trzyma się czarnoskóry Willie, syn topowego gangstera z Los Angeles. Również skrywający traumy i otaczający się murem pozorów, by nie stracić pozycji w oczach ziomków. Całość obrazu uzupełniają: punk Billy mający na pieńku ze swoim ojcem oraz Maria. Ta ostatnia jest dziewczyną dziedzica do tronu meksykańskiego kartelu narkotykowego. Oczywiście wbrew jej woli. Z kolejnymi tomami pula bohaterów, jakich przyjdzie nam śledzić, zdecydowanie się poszerza (ale zdarza jej się także krwawo skurczyć). Wciąż – pierwszy, to przede wszystkim radosna, kwasowa przygoda wymienionej piątki.

Fear and loathing in Las Vegas

Jedną z rzeczy, jakie odróżnia “Deadly Class” od innych komiksów, jakie w ostatnim roku zdążyłem przeczytać – to brak typowych villainów. Żeby nie było – antagonistów jest tutaj na pęczki, ale ich pobudki są bardzo zbliżone do tych, jakimi kierują się nasi bohaterowie. Patrząc z innej perspektywy, szybko okazuje się, że Marcusowi i jego wesołej ferajnie bardzo daleko do świętości. Ba, w kilku momentach wydaje mi się, że ilością krwi na rękach, nie różnią się wiele od ich przeciwników. Może są mniej bezwzględni i zachowali resztki skrupułów. W walce o przetrwanie brak miejsca na półśrodki – zabij lub daj się zabić. Ciężko o inne zasady gry, gdy jest się otoczonym przez synów i córki bossów mafii, karteli, potężnych bankierów, czy degeneratów m.in. z Bractwa Aryjskiego. Większość miejsca nadal poświęcona jest temu, jak bohaterowie walczą z efektami własnych wyborów i decyzji. 

Dopiero w późniejszych zeszytach pierwszego tomu pojawiają się osoby, które można uznać za „złoli”. Jednym z nich jest dla przykładu – pewien bardzo rozsierdzony redneck, który aparycją mógłby kruszyć lustra. I jeżeli pominiemy przy okazji jednego takiego zdesperowanego chłopaka ze złamanym sercem oraz martwiącą się o niego rodzinę.

What happened in Las Vegas, stays in Las Vegas

Zdradzanie dokładnego przebiegu fabuły nie miałoby tutaj większego sensu. Po pierwsze: sama w sobie jest dość prosta. Sprowadza się właściwie, to wypełnionego narkotykami wypadu piątki bohaterów do miasta kasyn. Tam wiedziony kwasowym tripem Marcus odpływa coraz dalej w krainy niedające się objąć ludzkiemu umysłowi. Przy okazji, raz jeszcze brudząc sobie ręce… i uciekając w samych slipach, szukając schronienia przed wściekłym Romeo, wśród ruchliwych ulic. Choć skomplikowaniem nie przebija to budowy cepa – sama prezencja świata i wydarzenia towarzyszące wyprawie, są niezwykle smacznym daniem. Głównie przez obserwowanie rozwijającej się akcji oczami przerażonego kolesia zamroczonego LSD. Nie mówiąc już o konsekwencjach, które spadają na bohaterów w późniejszych tomach.  

A Rick Remender oszczędza tutaj niewielu. Klasyczny plot-armor jest w „Deadly Class” cienki jak warstwa najtańszego papieru toaletowego.

Chodź – pomaluj mój świat…

Komiks nie byłby w połowie tak dobry, jak jest – gdyby nie rysunki Wesa Craiga oraz kolory, jakie dobrał do nich Lee Loughridge. „Deadly Class” prezentuje się więcej niż obłędnie. Co prawda początkowo trzeba przyzwyczaić się do nieco uproszczonych twarzy bohaterów – ale gdy spojrzy się poza nie. O mamciu. Tyle dobra ile tutaj się nam serwuje, ciężko znaleźć gdziekolwiek indziej. Autor rysunków od pierwszych stron, całkowicie porzuca typowy układ paneli i co rusz bawi się ich rozmieszczaniem. W tym szaleństwie jest jednak metoda. Wzrok dosłownie płynie przez kolejne kadry – wręcz zadziwiająco gładko, pomimo notorycznego łamania naszych przyzwyczajeń. Ani razu nie czułem się zdezorientowany, czy zagubiony. Wizje roztaczane przez Craiga wciągały mnie do tego świata i tych bohaterów. Kiedy miały być dynamiczne, takie były. Prezentowana akcja zawsze stawiała na pierwszym miejscu czytelność kolejności wydarzeń. Niewiele bym się pomylił, gdybym powiedział, że niekiedy kadry ożywały i „animowały” się w jeden płynny ciąg przyczynowo skutkowy.

Prawdziwy odjazd jednak zaczyna się w Las Vegas. Lee Loughride chyba w tym momencie został całkowicie spuszczony ze smyczy. Ferwor kolorów, które nas atakuje, powoduje wręcz zawroty głowy. Neonowe światła oślepiają, a miasto krzyczy do nas z paneli komiksu. Świetnie także prezentują się sceny w mniej efektownych momentach. Chłód bocznej, zapuszczonej alejki w późnojesiennym San Francisco, ciepło ogniska grzejącego bezdomnych, czy róże oraz czerwienie wypełniające, te bardziej „seksowne” sceny. Zwyczajnie uczta dla oczu.

Niechaj narodowie wżdy postronni znają …

Większość wydanych już tomów mam za sobą. Głównie dzięki świetnej promocji na Humble Bundle, gdzie za trzydzieści pięć zeszytów zapłaciłem ledwie równowartość pięćdziesięciu złotych polskich. Jednakże jeżeli nie lubicie lub macie problemy z czytaniem w języku Szekspira, to mam dla was dobrą wiadomość. Wydawnictwo Nonstopcomics wydaje „Deadly Class” po polsku. Z tego, co już widziałem w sprzedaży dostępnych, jest kilka pierwszych tomów. Jeden egzemplarz recenzencki pierwszego z nich otrzymała również nasza redakcja. Za co serdecznie dziękujemy – nie tylko za niego, ale za całą pomyślnie rozwijającą się współpracę.

Wracając – do samego tłumaczenia nie mam większych zastrzeżeń. Treść jest dobrze przełożona, wpasowuje się w chmurki dialogowe oraz ramki. Część tekstów „tła” także jest w naszym języku. Całość jest zrozumiała, poprawna językowo i przejrzysta. Co prawa – w polskim nie da się tak łatwo przełożyć specyfiki angielskiego oraz zatrzęsienia akcentów. W mojej ocenie, autorzy przekładu nadal wywiązali się więcej niż przyzwoicie… a jednak mam kilka uwag.

W poszukiwaniu zaginionego sensu

Niestety muszę zganić ich za jeden, ale poważny błąd. Gdyby, to było coś mało istotnego – machnąłbym ręką, ale tutaj mamy całkowite przeinaczenie. Na domiar złego, wypacza historię jednego z bohaterów i pozbawia ją sensu. Szczególnie gdy spojrzymy z perspektywy późniejszych wydarzeń dotyczących tej postaci. O czym mówię? Otóż jednym z uczniów w King’s Dominion jest wielki jak szafa trzydrzwiowa Rosjanin. Syn wysoko postawionego agenta KGB, najbardziej zaufany cyngiel papy Stalina. Co robi polski tłumacz? Ano przekłada mordercę jako doradcę. Dlaczego? Nie wiem. Na pozór ten mało istotny szczegół kompletnie burzy narrację. Coś takiego nie powinno przejść przez palce osoby odpowiadającej za redagowanie tłumaczenia.

Z mniejszych rzeczy: zmieniono nazwisko jednej z bohaterek na Volga, choć w oryginale była to Yolga. Możliwe, że popełniono zwyczajną literówkę. Wciąż – ktoś powinien się temu przyjrzeć dokładniej. Plus niektórym powiedzonkom, czy wyliczankom brakuje rytmu. Na co jeszcze w ostatecznym rozrachunku można przymknąć oko.

There Is A Light That Never Goes Out

Cóż mógłbym jeszcze powiedzieć na pożegnanie? Powyższy tekst nie chcę traktować jako recenzję, a bardziej polecenie wam dobrej, wciągającej historii. Przybliżenie, z czym się „Deadly Class” je oraz czego możecie się po lekturze komiksu spodziewać.

Mnie osobiście zachwycił. Wszystkie trzydzieści pięć zeszytów, do których otrzymałem dostęp po zakupie – pochłonąłem w zaledwie dwa, może trzy wieczory. Nie mogłem się oderwać nawet na chwilę. Bez większego zastanowienia sięgnę także pewnie znów do własnej kieszeni, by uzupełnić kolekcję i śledzić dalsze losy bohaterów w kolejnych tomach. I chociaż większość z nich, to wciąż byli mordercy degeneraci lub najzwyklejsi psychole – polubiłem tę kolorową ferajnę. Przykro mi się robiło, gdy spotykała ich krzywda. Wściekałem na nich w momencie popełniania fatalnych w skutkach wyborów i akcji. Z całego serduszka polecam sięgnąć.

A to pisałem ja – Jacek 2.0. Miłej lektury i do usłyszenia.

P.S. Na pożegnanie macie jeszcze element muzyczny, bo główny bohater słuchał tej piosenki w jednym z rozdziałów.

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: