Clovis LaFey Magiczne akta Scotland Yardu – Anna Lange – Recenzja

Anna Lange ksiażkaPo wielu latach podróżowania Clovis LaFey postanowił wrócić do Londynu. Ale co on tak w ogóle ma tutaj robić. Pracować nie musi – przecież dostał całkiem spory spadek po ojcu, a do tego kilka fabryk. Ma dom, kamerdynera, a przez chwilę nawet kucharkę. Nie pozostaje mu nic innego jak zajmować się swoim ulubionym zajęciem. Rozmową ze zmarłymi, na przykład na londyńskim cmentarzu w środku nocy. Bo warto zaznaczyć, że Clovis jest nekromantą i to nie byle jakim.

Co może się popsuć w takiej spokojnej egzystencji? Chociażby nagłe pojawienie się ghula. Zrobić coś z nim czy po prostu zostawić? LaFey wybrał egzorcyzm. Wszystko poszłoby dobrze, gdyby nie nagły kinemancki czar paraliżu. Rzucony przez nadinspektora nowo otwartego Podwydziału Spraw Magicznych, a przy tym przyjaciela z czasów szkolnych – Johna Dobsona. Całe szczęście, że Alicja Dobson uczy się magii leczenia. Szkoda, że ze źle napisanymi glyfami. Jakby tak spojrzeć z innej strony, to Clovis jest idealnym kandydatem na męża… Ale co z Lucią Fricipane? I ciągłym brakiem ludzi do pracy w podwydziale?

 

Opinia Leniwca

„Magiczne akta Scotland Yardu” to debiutancka powieść Anny Lange (to jest tylko pseudonim, ale cii). Myślę, że każdy pisarz chciałby wystartować od takiego debiutu. Fabuła jest ciekawa – cały czas dochodzą jakieś nowe wątki, nowe szczegóły, ale swoim własnym, niewymuszonym tempem. Powiedziałbym nawet, że ze spokojem, bez pośpiechu, przecież na wszystko znajdzie się miejsce. I dlatego „Clovis LaFey” (będę używał tego na zmianę, chociaż pełny tytuł to: „Clovis LaFey Magiczne akta Sctoland Yardu”) to 450 stron dobrej literatury. Autorce udało się tak napisać przygody głównych bohaterów, bo oprócz tytułowego, fabuła skupia się także na jego przeszłości z Johnem oraz na przyszłości Alicji, w bardzo naturalny sposób. Można uwierzyć, że te wydarzenia miały kiedyś miejsce i nie zostały wymyślone przez pisarkę, a spisane w formie pamiętnika. To jest na plus, a także na minus – ale do tego wrócę później.
Mówi wam coś nazwa Scotland Yard? Nie? Scotland Yard to komenda główna policji w Londynie zajmująca się głównie poważniejszymi przestępstwami. Też bym pewnie nie wiedział, gdyby nie książki Aghaty Christie. To nazwisko na pewno wam już coś mówi. Zadacie sobie pytanie: po co on o tym pisze? Bo „Clovis LaFey” to także wątki detektywistyczne. Muszę przyznać, że wyszły nawet ciekawie, chociaż przewidywalnie. Wydaje mi się, że nie na to był stawiany największy nacisk podczas tworzenia. Niemniej, wyszło dobrze. Nic więcej i nic mniej.

Krytyka Leniwca

Książka, mimo że udana, ma swoje wady (a jest jakaś bez wad?). Wróćmy do tego minusa, o którym wspomniałem wcześniej. „Magiczne akta Scotland Yardu” czyta się gładko i przyjemnie, człowiek nie zauważa, kiedy kończy się strona czy rozdział. A ja nie zauważyłem zakończenia. Potraktowałem je jak koniec jednego z wątków, bo nie było w nim żadnego większego wstrząsu. Ale nic dziwnego – po gwałcie na dziecku ciężko o coś bardziej szokującego.
Bardzo polubiłem postacie w tej książce. Każda miała w sobie coś oryginalnego, coś, za co można byłą ją lubić i nie lubić. John Dobson był dobrym przyjacielem, ale był także przewrażliwiony na punkcie swojej siostry (a raczej za bardzo się o nią martwił). Sama Alicja była sympatyczna, ale nieporadna. A Clovis? LaFey wypadał bardzo płasko przy innych postaciach. Czasami nawet irytował zachowaniem – rozumiem, że jego brat był starszy, ale chyba chociaż raz Clovis mógłby rzucić celną ripostę lub równie celną klątwę.
I tutaj przechodzimy do kolejnej rzeczy. Całą książkę mówiono nam, że nekromancja to potężna magia. A koniec końców żadnego potężnego czaru się nie doczekałem. Trochę mnie to zawiodło.

Okładka bez Leniwca

Nie dali leniwca na okładkę! Minus dziesięć punktów dla wydawnictwa SQN. A tak poważnie: okładka wyszła genialnie. Świetnie narysowane postacie, przytłumione kolory i czaszka na środku nadaje mroczności, a przy okazji idealnie współgra z nekromancją. Oczywiście ja nie przykładam większej uwagi do opisów wyglądu bohaterów, – wole w pewnym sensie stworzyć ich sobie sam – tak więc miałem problem, który z nich jest Clovisem. W sumie to nawet nie wiem dlaczego: przecież od razu widać podobieństwo między siostrą a bratem… Ale ja to ja.
Rewers książki jest jeszcze lepszy: stylizowany na gazetę. Dostajemy wielkimi literami tytuł najważniejszego artykułu, czyli „Otwarcie nowego podwydziału”, potem już mniejszymi piszą o powrocie jednego z synów zmarłego hrabiego Bedford, kilka słów o kursie magii leczenia i informację o załamaniu pogody. Niżej opinie o książce. A wszystko to na matowym tle z poprzyklejanymi śliskimi literami. Uwielbiam. Niestety nie znalazłem osoby odpowiedzialnej za projekt okładki, szkoda.


„Clovis LaFey Magiczne akta Scotland Yardu” to porządna książka. Jak weźmiemy pod uwagę, że był to debiut, to nawet bardzo porządna. Zaskoczeniem dla mnie było też, że autorką jest Polka. Nie mówię, że Polacy piszą źle, ale miło przeczytać dobrą książkę napisaną przez rodaka i warto to podkreślić.
Komu mogę polecić tę powieść? Chyba wszystkim. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Mamy kryminał, dużo fantastyki, a nawet romans. Chwilami szokuję, więc nudna też nie jest. Na siłę akcja nie przyśpiesza ani nie zwalnia. Czekam na kolejne książki tej autorki i nie obraziłbym się, gdyby były kontynuacją przygód tych samych bohaterów.


A Wy chcielibyście być magami? Jeżeli tak, to jakimi? Nekromantą? Kinemantą? A może destrukcyjnym piromantą? Sam wdziałbym siebie jako iluzjonistę. Piszcie komentarzach 🙂

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: