Dimension W – Tomy 7-8 – Recenzja

 Mój wymiar

Niedziela, jak zwykle zmarnowałem za dużo czasu na bezmyślne granie. Za oknem całkiem ładna pogoda, boli mnie głowa, terminy gonią… Chyba pora zapaść w sen zimowy. Ale zanim to nastąpi, zapraszam na omówienie kolejnych tomów mangi Dimension W.

W poprzednim odcinku:

„Dimension W” nie jest taką mangą. A jaką jest? Zdecydowanie wciągającą, bo połknąłem sześć tomów w mniej niż tydzień (tylko napisać recenzji nie było kiedy). Kolejny raz pochwalę historię, bo jest naprawdę świetna. Chociaż tak jak wspominałem – od piątego/szóstego tomu robi się pompatyczna i pomimo tego, że taka miała być, ja bym jednak chciał poczytać o mniejszych przygodach Mabuchiego z ogniwami. A najlepiej, gdyby było więcej horroru.

Jak zwykle z niektórych słów muszę się wycofać. Nie pamiętam już dokładnie, dlaczego uznałem fabułę za pompatyczną. Może podczas lektury dzisiaj omawianych tomów zbyt płytko się zaangażowałem w czytanie, ale kompletnie nie odczułem „wielkości” historii. Raczej to poczucie ustąpiło wartkiej akcji, która jakby nie patrzeć, płynęła dużo szybciej niż w poprzednich tomach. Co jest troszkę dziwnym zabiegiem, patrząc na to, że manga dalej wychodzi. Ale może to tylko chwile. Lada dzień dostaniemy też na polskim rynku dziewiąty tom, czyli przed nami jeszcze pięć do nadrobienia.

Dimension W 7

Fabuła dalej toczy się przez tunel na Wyspie Wielkanocnej, w zniszczonej bazie NTE. Już od pierwszych stron dostajemy kolejne rozszerzenie, kolejną warstwę całej historii – jaki związek z całą katastrofą ma związek ubezpieczycieli EUDOS? Czy możemy zakładać, że macali w niej palce? Niestety, na całą prawdę jeszcze nie czas. Po walce z robotami oraz ich zniekształconymi wersjami, na drodze Kyoumy oraz reszty bohaterów staje nie kto inny jak Looser. Przyszykował on pewną niespodziankę, zanim zjawił się na wyspie wraz ze zbieraczami. Szybko też poznajemy jego prawdziwą tożsamość oraz powiązanie z tragedią sprzed kilku lat.

Twierdzi, że to właśnie Mabuchi jest kluczem do rozwiązania całej zagadki. Czy to może mieć coś wspólnego z faktem, że tylko on przeżył tę misję?

Powracamy również do księcia Salvy, który w pustce, przeżywa swoje wspomnienia. Cofamy się do momentu zamieszek przy 60 wieży w Isli. Obserwujemy jego działania, aby zapobiec przewrotowi w państwie, ale również pewne nieumyślne zabójstwo, które mu się przytrafiło. Warto również wspomnieć, że nasz bohater, Kyouma również znalazł się w pustce. Powrócił do czasów, gdy jeszcze służył w jednostce – gdy jeszcze istniała. Poznajemy również jego dawną narzeczoną oraz kilka ważnych fabularnie sekretów – jakich? Tego musicie się sami dowiedzieć. Ale powiem wam tyle, że dziwnym jest, gdy Mabuchi nagle pojawia się we wspomnieniach Slavy… Jak naprawdę działa wymiar „W”?

Dimension

Dimension S – Dimension Sloth

Myślę, że tom siódmy był tomem przełomowym. W lekko ponad dwustu stronach, dostajemy jak na tacy rozwiązanie większości pytań, które autor postawił na w poprzednich tomach. Dimension W jednak dalej zaskakuje – bo w zamian daje zupełnie nowe i dużo ważniejsze pytania: co kryje się za katastrofą na tej wyspie oraz co ma z tym wspólnego Mabuchi? Dostajemy również jasno ukazanego antagonistę, prócz oczywiście tego związku ubezpieczeń. Mogłoby się wydawać, że fabuła dąży raczej do rozwiązania – ale szczerze wam powiem, zamieszała się jeszcze bardziej.

No i jak to już w zwyczaju Leniwca, oto parę rzeczy, które przypadły mi do gustu:

  •  Cały motyw tego, że katastrofa nie wzięła się znikąd i ktoś lub coś za nią stoi. A do tego macza palce w tym, aby świat nie poznał prawdy. Jakiej prawdy? Jeszcze nie wiemy, ale im dalej w las – w tym przypadku: im dalej w ruiny centrum badawczego – tym coraz więcej faktów wychodzi na światło dzienne.
  • Fakt, że Mira bi się śmierci, jest dość dziwny. Oczywiście, ma uczucia człowieka, ale dalej – brat Salvy również je jako tako posiada, a śmierci się nie boi…
  • Warto zaznaczyć, że obrazek poprzedzający 50 rozdział, czyli Looser w czerni i bieli jest genialny. I z tym faket nawet nie próbujcie się kłócić. 
  • Podoba mi się postać K.K – zbieracza, którego poznaliśmy w poprzednim tomie. Tutaj dostajemy malutki zalążek tego, co będzie robił w kolejnym tomie. Jak się okazuje, ma dość ciekawe i niespotykane metody walki.
  • Gdy już mówiliśmy o strachu, nie można nie wspomnieć 40 strony, na której to – z tego, co pamiętam – pierwszy raz widzimy przestraszonego Kyoume. 
  • No i na sam koniec: GENIALNIE ukazane jak działa pusta na obrazku, który zajął całe dwie strony.
  • Waneko również nie mogło odmówić sobie umilenia czytania, wprowadzając kolejny, piękny i jakże pasujący, font, tym razem dla głosu złych wspomnień. Nie czepiajcie się tego, jak to brzmi, inaczej się tego określić nie dało. 
  • A z elementu humorystycznego: pan na samym początku tomu ma brodę w kształcie krzyża. 

Nie wciągnąłem się jakoś mocno w siódmy tom. Trochę przygasł my hype na Dimension W. Co nie znaczy, że czytanie nie sprawiło mi przyjemności, bo bawiłem się całkiem dobrze. Może to przez tempo narracji, ale tom przeleciał zdecydowanie za szybko.  Zastanawia mnie również istnienie dwóch postaci, które akurat podróżują z Kyoumą i Mirą. Najchętniej założyłbym, że to w zasadzie nikt ważny, a działają razem bo obu stronom się to opłaca. Mam jednak dziwne przeczucie, że te postacie jeszcze odegrają jakąś ważną rolę – mowa tutaj oczywiście o rodzeństwie kopaczy.

Dimension W 8

Od pierwszych stron obserwujemy walkę Miry z dziwnym, zniekształconym robotem. Stawka jest duża – musi ochronić Mabuchiego, który przebywa w dziwnej śpiączce po wejściu w pustkę. Walka jest trudna, w zasadzie prawie niemożliwa do wygrania. Poza tym odniesione już rany dają się we znaki, mimo nanorobotów, nie wszystko da się wyleczyć na pstryknięcie palców. Pozostaje już tylko jeden plan, który całe szczęście się udaje. Chociaż nie do końca – fakty są takie, że Mira zaraz wleci w pustkę, a w niej nie działają żadne ogniwa, więc i ona umrze.

I wtedy wstaje on, cały wypakowany igłami.

Niedługo potem dociera do nich również książę Lwai, jak się szybko okazuje, z ogromnymi ranami. Wcześniej trafił na K.K i jego nowy nabytek: jeden ze zbieraczy, Yuri Antonov, zamieniony w morderczą maszynę napędzaną ogniwem. To jest właśnie sposób walki K.K – zamienia ludzi, ale również tych zmarłych, w bezmyślne, wykonujące każde polecenie, bezmyślne zoombie. W międzyczasie Kyouma przypomina sobie sporo rzeczy o tragedii, o celu tego ośrodka badawczego i wreszcie: o osobie, która do niej doprowadziła.

Tak więc co spowodowało wypadek, którego artefaktem jest cała wyspa? Znowu: co ma z tym wspólnego Kyouma? No i jak zareaguje, gdy dowie się, że jego zmarli koledzy z oddziału również zostali pozamieniani w roboty?

Dimension

Dimension W to nie tylko czysta energia

Wydaje mi się, że ten tom był znacznie lepszy od poprzedniego. Akcja aż tak nie pędzi – ale i tak przeczytałem go szybciej. Wszystko przez dużą ilość walk: najpierw obserwujemy walkę Lwaia z Yurim, potem Loosera z jednym ze zbieraczy. No i dowiadujemy się, że nie każdy na tej wyspie znajduje się po to samo, nie każdy chce wyjaśnić tajemnicę i zdobyć rzecz, która do zatuszowania informacji doprowadziła. Niektórzy mają zapewnić, aby nikt się o niczym nie dowiedział. I to bardzo duży plus, bo wprowadza pewne zróżnicowanie w tej kupie najlepszych na świecie zbieraczy, wprowadza kolejny twist.

  • Nie pisałem o tym wcześniej, ale pierwsze strony każdego tomu zawsze są kolorowe. Powiem wam szczerze, że wolałbym bohaterów i tła oglądac w pełnym kolorze. Wyglądają zdumiewająco i na pewno czarno-biała manga odbiera im trochę uroku.
  • W ogóle cały tom to festiwal zbliżeń i ładnych rysunków. Mamy ich tutaj znacznie więcej niż w poprzednich – chociażby na twarz Mabuchiego na stronie 25 czy na 48 – oczy Lwaia. 
  • Mało czego boje się tak, jak zoombie. Dlatego, gdy zobaczyłem je w wykonaniu K.K przeszedł mi po plecach dreszcz. Nienawidzę, nie polecam nikomu. Nie wolno używać zoombie nigdzie. 
  • Nie zgadzacie się z moim zdaniem? To zobaczcie przerażenie Kyoumy ze 130 strony, gdy naprzeciw niego staje zdeformowany przez pustkę i wskrzeszony przez ogniwo stary przyjaciel.
  • A warto wspomnieć, że twarz i reakcja Mabuchiego na samym końcu zrobiła tom. Powtórzę się: GENIALNE.

Dimension W po raz kolejny

Z błędów może jedynie ta przewidywalność, chociaż wcale nie taka mocna jak przy romansach.

Tak pisałem wcześniej, przy recenzji sześciu tomów. Przy lekturze tutaj omawiany nie miałem już takiego wrażenia – ale może to przez fakt, że nie wciągnąłem się mocno w czytanie. Znowu nie mogę skrytykować recenzowanej mangi, bo Dimension W dalej trzyma wysoki poziom i nic nie zapowiada się na to, aby miał go stracić.

Manga dalej jest krwawa, tajemnicza, momentami przerażająca. Czego chcieć więcej?

Ja bym tutaj jeszcze dodał dobrych bohaterów, ale o tym pisałem we wcześniejszej recenzji. Osobiście nic więcej do szczęścia nie potrzebuję. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko polecić i wyczekiwać kolejnych tomów.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o