Blackest Night – najdłuższa noc w historii komiksów. Recenzja wydarzenia.

Nie byłoby światła bez ciemności i na odwrót. Proste. Od wieków obie te siły przeciwstawiają się sobie nawzajem. Od religii, obrazów, powieści w mowie i piśmie, przez ballady, muzykę folk lub metal czy wszystkie inne formy ekspresji. Schemat przeorany na wszelkie możliwe sposoby. Nikogo więc nie powinno dziwić, że dostał się również bezpośrednio do kultury masowej. Przejawy tego, o czym piszę, możemy dostrzec w klasykach takich jak choćby seria Star Wars, czy Lord of The Rings. Z kinematografii i książek już prosta droga do komiksów, które w przypadku kategorii superhero nie miałyby racji bytu bez nakreślenia walki dobra ze złem. I tu dochodzimy do sedna całej sprawy.

Ostatnio miałem przyjemność przeczytać pozycję, która w stu procentach czerpie z franczyzy ligh vs darkness.  Tytuł Blackest Night, tłumaczony jako Najczarniejsza Noc, to kolebka wojny tych dobrych ze złolami, pokazana z ogromnym rozmachem i pazurem. 

Green Lantern: Najczarniejsza noc

Autor Geoff Johns, odpowiedzialny m.in za Aquamana, Flasha, czy Supermana, pokochał postać Zielonej Latarni tak mocno, że przyłożył rękę do najlepszych oraz do najgorszych przygód z udziałem Hala Jordana. Za porażkę uznajemy w tym przypadku film z 2011 r., dzięki któremu Ryan Raynolds mógł na chwilę wskoczyć w zielonkawe rajtuzy. Natomiast jego artystycznym sukcesem jest właśnie Najczarniejsza Noc, która pierwotnie ujrzała światło dzienne w latach 2009-2010. 

Nasz rodzimy rynek przywitał ów event zaledwie 9 lat później, niestety, w nieco okrojonej wersji. Nakładem Egmontu dostajemy 304 strony głównej osi historycznej wydarzenia, czyli osiem zeszytów. Oryginalnie, łącznie z tie-inami, wszystkiego było 81 chapterów. Ja wiem, że nie powinienem był liczyć, że przedrukują na nasz rodzimy język całość, ale chociaż o te najciekawsze mogli się pokusić. Szczególnie że w pobocznych opowieściach jest sporo informacji o pozostałych korpusach latarni, o których nie dowiemy się zbyt wiele z trzonu historii. 

Opowieść tysiąca i jednej nocy.

A skoro o samej warstwie fabularnej mowa –  to, co dostaliśmy stoi na wysokim poziomie. Przede wszystkim za sprawą genialnie wykreowanego antagonisty, który został wplątany w międzygalaktyczną intrygę. Szereg jego motywów i działań jest dla czytelnika zrozumiały, bo przedstawiony w prosty i przejrzysty sposób. Do tego moce, którymi operuje, bardzo utrudniają naszym superbohaterom życie, bo to one tak naprawdę powodują całe zamieszanie. Za sprawą mrocznych pierścieni, które dosłownie zalewają wszechświat, ze zmarłych powstają najwięksi zbrodniarze kosmosu. Ci dobroduszni też mają swoje pięć minut na scenie, ale po ciemnej stronie mocy. 

Jednak nie byłbym sobą, gdybym trochę nie pomarudził. Zacznę więc od tego, że przebrnąć przez połowę opowieści to nie lada wyczyn. Przegadane, bez wyrazu, zwyczajnie nudne – pierwsze cztery zeszyty to mordęga. Czytelnik zostaje zarzucony imionami, nazwiskami, ksywkami i wydarzeniami z przeszłości, o których nie ma pojęcia, jeśli nie siedzi w uniwersum DC od co najmniej kilku lat. Początek to mozolna próba przybliżenia czytelnikowi tego, co zastaje w chwili rozpoczęcia eventu. Jednak najważniejsza kwestia, związana ze strażnikami pokoju, zostaje bardzo uporządkowana i to na plus. 

Korpusy kosmicznych żarówek

Do tej pory wiadomo było, że istnieje korpus zielonych latarni. Dla niewtajemniczonych – było to kosmiczne wojsko, którego przedstawiciele wspomagali się mocami magicznych pierścieni, symbolizujących siłę woli. W wydarzeniu Blackest Night zostały szerzej opisane inne ugrupowania, niosące zupełnie nowe odcienie światła swoich lampek. Poznajemy kolejno – pomarańczowe latarnie utożsamiane z chciwością, żółte, czyli strach, czerwone jako gniew, fioletowe – miłość, niebieskie – nadzieję oraz czarne – śmierć. Te wszystkie kolorowe światełka zderzą się ze sobą w przestrzeni kosmicznej pod koniec wydarzenia, co, uwierzcie mi, dostarcza więcej wrażeń wizualnych niż kalejdoskop oglądany pod wpływem LSD. 

Blackest Night

Nawet po najczarniejszej nocy, przychodzi dzień

Po żmudnej tułaczce przez gorszą połowę, jest już z górki. W pewnym momencie orientujemy się, że akcja znacząco przyspiesza i nie zwalnia do samego końca. Niczym startująca rakieta, opowieść po czwartym zeszycie nabiera tempa i rusza w kosmos z kopyta, nie zostawiając po sobie jeńców. Od tej pory będzie gęsto, epicko i widowiskowo. 

Blackest Night

Myślę, że w tym miejscu warto zaznaczyć jaką rolę odegrała w odbiorze opowieści jej szata graficzna, ponieważ podsyca ona ogień, jaki udaje się wykrzesać fabule. To, co zaprezentował nam brazylijczyk – Ivan Reis zapiera dech w piersiach. Osobiście jestem fanem takiej kreski, może właśnie dlatego tak mnie urzekła, ale myślę, że nawet sceptycznego i wybrednego konesera połechta odrobinę po oczach. Przede wszystkim dlatego, że Ivan zadbał o szczegóły. 

Kosmiczne stworzenia (a jest ich zatrzęsienie) charakteryzują się ogromną różnorodnością swojego wyglądu oraz niezwykłą ilością zaprezentowanych detali. Rogi, dodatkowe kończyny, kolce, bardzo oryginalne twarzyczki, to tylko nieliczne z pomysłów, jakimi obdarza nas rysownik. Dodatkowo moce jakie mają poszczególne jednostki latarnianych korpusów, również dały pole do popisu grafikom. Każdy z pierścieni może generować dowolne kształty, które to przelane na papier ukazują ogrom ludzkiej wyobraźni. To przy pomocy czego walczy Hal Jordan, nie śniło się nawet najznamienitszym fizjologom. 

Blackest Night – dla kogo event?

Szukających ambitnej rozrywki od razu ostrzegam – nie ma co się spodziewać mądrej i pouczającej bajki – jest to klasyczna trykoterka, jednak okraszona dynamiczną historią, która do samego końca trzyma w napięciu. Czytelnik zachodzi w głowę, jak nasi bohaterowie poradzą sobie z zaistniałą sytuacją. Na plus jest również fakt, że wykreowany przeciwnik od początku ma przewagę, przez co zarysowane tarapaty naszych herosów są dla nich faktycznym wyzwaniem. Czujemy, że Hal Jordan wraz z grupką niedobitków mają poważne problemy. Na naszych oczach tracą kolejnych sojuszników, przez co sytuacja jest non stop podsycana i kompletnie nie do przewidzenia. 

Blackest Night

W najjaśniejszy dzień, w najciemniejszą noc…

Jak zawsze pozostaje więc pytanie – dla kogo i po co? Na pewno dla zagorzałych sympatyków uniwersum DC, bo głównie oni odnajdą się w początkowo kreowanej otoczce historycznej owego eventu. Cała reszta może się nieco pogubić. Jeśli jednak nie przeszkadza Ci brak znajomości niektórych postaci, czy poprzednich wydarzeń, bo i tak często nie wiesz, kto jest kim. Albo Nie będzie Cię obchodzić, że na przykład nagle na kartkach zaczynają biegać dwa Flash’e. Wtedy sama historia zabiera na fajną wycieczkę w kosmos, ale dopiero od połowy. Pierwsze cztery zeszyty będziesz czytać z wielkim znakiem zapytania nad głową, jednak szybko o nich zapomnisz. brnąc dalej, bo opowieść potrafi pochłonąć do reszty. 

Myślę, że z czystym sumieniem mogę polecić Blackest Night wytrwałym czytelnikom komiksów, bo tylko oni dostrzegą tu jakąkolwiek wartość. Również warto go mieć w swoich zbiorach, aby móc sięgnąć w każdej chwili po źródło historii o innych kosmicznych korpusach latarni. Ten event wiele dodał do uniwersum i nieco odświeżył losy poszczególnych bohaterów. U mnie na pewno w top 10 komiksowych wydarzeń. 

To brzmi jak ciekawy pomysł na kolejny tekst. Wypatrujcie więcej na Facebooku Leniwej!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o