Bezkresna otchłań absurdu! Rick i Morty Tom 2 – Recenzja

Pod koniec ubiegłego roku, wszyscy żyliśmy prezentami. Zewsząd otaczała nas aura niespodzianek i przyjemny  świąteczny klimat. Prezenty przynosił Mikołaj (tudzież Gwiazdor), prezenty w różnej formie oferowały nam sklepy stacjonarne oraz te internetowe. Wszędzie pełno upominków i niespodzianek. Lekki przesyt? Ani trochę! Kto nie lubi obsypywać  innych podarunkami lub sam ich otrzymywać niech przerwie mi pisanie tego tekstu. Oho, tak myślałem! Wracając, cudowny prezent zrobił także Egmont. Nie zwlekając po premierze debiutu, wydał na naszym rynku drugi tom przygód Ricka & Morty’ego (o pierwszej części pisaliśmy tutaj)

Słowem wstępu…

Najnowsze wydanie obejmuje zeszyty od 6 do 10 serii oryginalnych komiksów oraz dodatkowo krótkie historyjki z „ulubieńcami fanów”. Trzy pierwsze rozdziały, z głównych pięciu, to jedna rozbita historia, a dwa pozostałe stanowią osobne opowieści. Konwencja identyczna z przypadkiem tomu pierwszego. W dodatku funkcjonowało to dobrze, więc utrzymanie przyjmuję z aprobatą. Dodatkowym smaczkiem był rozdział specjalny o… „Drużynie Łechtaczy Kul”! Jestem przekonany, że sama nazwa ekipy obrazuje typ humoru, który tam zawarto.

Rick i Morty – więcej, mocniej, lepiej!

Już sama okładka zdradza, że czytając komiks, wciągnięci zostaniemy w bezkresną otchłań absurdu i czarnego humoru. Przedstawia ona, na głównym planie, klasycznego, znanego wszystkim Morty’ego, a zaraz obok jego nieco zniekształconą wersję z innego wymiaru. Jest to odniesienie do głównej fabuły tomu, a zatem trzech pierwszych rozdziałów. Czwarty to, wspomniany wcześniej, epizod o „Zastępie łaskotania gałek” (…czy jakoś tak). Ostatni pełny odcinek okazał się idealnie pasujący do okresu wydania w Polsce. Traktuje on o odmiennej formie naszego Bożego Narodzenia w innym wymiarze. Czy coś mogło pójść nie tak? Oczywiście, jednakże nie poszło!

Chapeau bas, CJ Cannon

Planując zarys czytanej przez Ciebie, drogi czytelniku, recenzji, nie zamierzałem umieszczać oddzielnego akapitu na docenienie wizualnych aspektów. Wszak, rysownik ten sam, a już wtedy było dobrze. Tylko, cholerka… To, co robi Pan Cannon, zasługuje na kilka zdań pochwał. Wciąż jestem pod wrażeniem tego, jak dobrze oddany zostaje groteskowy klimat serii. Osoba, która nie obcowała z oryginałem, a która zaczytuje się w komiksach, sięgnąwszy po R&M byłaby przerażona…

 …Ale o to w Rick & Morty chodzi!

W tej prostocie widać pomysł i przekaz, który za nim idzie. To coś, jak te wszystkie abstrakcyjne obrazy wielkich malarzy, które schodzą za miliony dolarów. Nie każdy dostrzega ich wartość. Może być tak, że moja opinia jest kontrowersyjna, jednakże do mnie to przemawia. Trafia prosto w serducho. Sprawia, że niczym przy pomocy Portal Guna mogę przenieść się do tego zwariowanego świata. Grafika animacyjna została oddana wzorcowo. Perfekcyjny przekład kreskówki na kartki komiksu, chylę czoła!

Nie obyło się bez wad.

Ten, kto pamięta recenzję pierwszego tomu, wie, z jakim aspektem miałem problem. Brakowało mi fabuły poświęconej postaciom pobocznym. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że seria nie nazywa się „Rick, Morty, Jerry, Beth…”, ale #%$&@! Pomimo to, Ci bohaterowie są tak doskonale wykreowani, że szkoda jest ich nie wykorzystywać w większym stopniu. Przy okazji wspomnianej recenzji wyraziłem nadzieję, że przyszły tom pójdzie o krok do przodu w tej sprawie. Niestety, tak się nie stało (odpowiedników postaci z innych wymiarów nie zaliczam). No i tak, jak głosi jeden z podtytułów: „więcej, mocniej, lepiej!” – rzeczywiście było. W tym przypadku jednak: WIĘCEJ czasu tylko dla głównej dwójki, MOCNIEJ skupiona akcja wokół głównej dwójki i ponadto „LEPIEJ poświęcić czas głównej dwójce”. Rick i Morty to postaci o wybitnie wykreowanych charakterach, tym niemniej warto wykorzystać też innych, którzy bynajmniej gorzej nie wypadają.

Reasumując

Ciężko jest przełożyć na papier kreskówkę, która opiera się nie tylko na komizmie słownym, ale też wizualnym. Jeszcze ciężej jest utrzymać się na fali sukcesu po tym, jak ta pierwsza rzecz się uda. Ekipa odpowiedzialna za komiksowe przygody Ricka & Morty’ego podołała obu zadaniom. Zrobili to z wielką klasą. A wszystko, obcując z komiksem, wydaje się takie… zwyczajnie proste. Jak jednak wiemy z matematyki, prosta składa się z nieskończonej ilości punktów – nie ma ani początku, ani końca. W przypadku omawianej serii początek jest i piszę to, zerkając na dumnie stojącą pierwszą część na mojej półce. Mam jednak ogromną nadzieję, że nie doczekam końca utrzymywania solidnego poziomu. Drugi tom to ponowna jazda bez trzymanki. Polecam każdemu, bo każdy znajdzie tu coś dla siebie! 

Dodaj komentarz

Dodaj komentarz

  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: