Batman Metal. Mroczne dni. Stary gacek powinien już mocno spać.

W życiu każdego komiksiarza przychodzi ten wyjątkowy moment zetknięcia się z daną marką po raz pierwszy. Mnie, przy tej okazji rozdziewiczył Snyder i jego metalowa wersja Batmana. Ze względu na to, że nie miałem wcześniej za bardzo styczności z DC Comics, postanowiłem sięgnąć po historię jednego z ich najbardziej flagowych herosów – Człowieka Nietoperza. Czytałem wiele różnych opinii na temat tego dzieła, więc podszedłem do niego z rezerwą. I bardzo dobrze zrobiłem, bo po zapoznaniu się z Batman Metal pozostały mi tylko mieszane uczucia.

I o co ten cały hałas?

Batman metal tom 1 to wbrew mylącej nazwy nie jest nowa odmiana muzyki heavy metalowej, a opowieść o pewnym tajemniczym pierwiastku. Spokojnie, nie będzie to żadna lekcja chemii z Bat nauczycielem, tylko wyprawa w nieznane zakamarki multiversum. Poznajemy sekret mrocznej strony wielowymiarowego świata, który jak się okazuje, istnieje obok naszego. A właściwie to „pod nim”, bo skojarzenie z pierwszym sezonem netflixowego Stranger Things, nasunęło mi się od razu. Ukazanie obcej przestrzeni jako obróconej wersji planszy, jest mocno sugestywne. Nie wnikam kto, czerpał od kogo, ale po prostu zwracam uwagę na wyraźne podobieństwo dwóch motywów przewodnich, zupełnie różnych dzieł. Co za tym idzie, zarys fabularny wydaje się naprawdę ciekawy i dający autorowi wiele pola do popisu. Szkoda, że Snyder nie wykorzystał tej szansy.

Punk kulminacyjny.

Przedstawiona tu historia jest dużym wydarzeniem, które jak się okazuje, było bardzo długo budowane. Odniesienia do wcześniejszych momentów w historii Batmana są dość intrygujące. Staremu wyjadaczowi Bat przygód dadzą wiele frajdy, natomiast komuś, dla kogo te wspomnienia będą obce, wskaże punkt zaczepienia do sięgnięcia po wspominane na osi czasu zeszyty.

Sama eventowa opowieść jest bardzo niespodziewana, ma wiele elementów zaskoczenia, potrafi przykuć na długo uwagę odbiorcy i przy tym nie jest męcząca w odbiorze. Chociaż sama w sobie dupy nie urywa. Jest ciężko, mroczno i zagadkowo, ale są elementy, które sprawiają, że u czytelnika może pojawić się uczucie zażenowania. No u mnie się czasem pojawiało. Szczególnie w sytuacjach, gdzie okazywało się, że Nietoperz zawsze ma w zanadrzu jakiś plan, na to, jak wykiwać martwiących się o niego przyjaciół i bez skrupułów podążyć za swoim egoistycznym celem. Ja wiem, że gacek jest sprytny i wymykanie się z opresji jest jego specjalnością, ale nie do końca podeszła mi koncepcja, w której przedstawiony zostaje jako działający na własną rękę manipulant, narażający swoich kompanów na niebezpieczeństwo, tylko żeby zaspokoić swoją ciekawość. Kreacja wizerunku głównego bohatera – 2/10

Nie jest zbyt kolorowo.

Niektóre kadry w Batman Metal wyglądają kiczowato, mimo wyrazistej, nasączonej kolorami i szczegółowej kreski. Zdarzają się przy tym bardzo toporne dialogi między bohaterami, które potrafią nieźle wybić z rytmu całej narracji. Np. sytuacja, w której pojawia się Fulcrum Abominus, a nasi herosi krzyczą, coś w stylu – „No to mamy przefulcane”. To aż razi w oczy.

Jednak prawdziwy problem zaczyna się dopiero w chwili, kiedy przenosimy się do opowiadań, dziejących się naokoło całego wydarzenia. Tam momentami jest naprawdę źle.

Bez Batmana w Gotham jest gorzej.

Po głównej osi fabularnej następują kolejno historie bohaterów, którzy próbowali sobie poradzić z zaistniałą sytuacją. Ciekawym zabiegiem jest pokazanie tych samych wydarzeń przez różne postacie, jednak w kontekście opisywanego tu Batmana, wypada to słabo. Jest po jednym zeszycie z Teen Titans, Nighwing’a, Suicide Squad Green Arrow’a i muszę przyznać, że są one co najmniej średnie. Kompletnie nie zapadają w pamięć, nie wyróżniają się od siebie nawzajem niczym, będąc tylko rozszerzeniem do głównego wątku. Co prawda pozwalają lepiej poznać otaczającą rzeczywistość wykreowanego świata, ale nie uzupełniają jej o nic. Szkoda, bo to moim zdaniem, zmarnowany potencjał na to, żeby wprowadzić naprawdę ciekawe wątki.

Muszę przyznać, że końcówka całego tomu, czyli ostatnia scena z 32 numeru Green Arow’a jest odpowiednio wyważonym clifhangerem, który nie irytuje, a zatrzymuje akcje w ciekawym momencie, ale to chyba jednak nie wystarczy, by uratować honor reszty opowiadań.

Co dalej z karierą bohatera?

Całość niestety nie wzbudziła we mnie praktycznie żadnych emocji, a jak wiadomo, gacek miał w swojej 80-letniej historii kilka legendarnych występów. Ten, na razie, do takich nie należy. Jednak nie przekreślam jeszcze do końca tej serii. W końcu to dopiero pierwszy tom, a przed nami jeszcze dwa. Może w kolejnych zeszytach będzie lepiej i Batman odkuje swój metal na coś ciekawszego. Poczekamy – zobaczymy! Będę relacjonował Wam kolejne wrażenia związane z następnymi przygodami nietoperza, więc wyczekujcie na blogu kontynuacji.

A może w jakiejś nowej formie? Zrobimy leniwą naradę, to się okaże, ale ona pewnie zajmie trochę czasu, więc prosiłbym uzbroić się w cierpliwość. Do zobaczenia!


Jeżeli spodobał Ci się tekst, możesz polubić nasz fanpage – Leniwa Popkultura – aby nie przegapić kolejnych wpisów. Polecamy również inne recenzje dzieł ze stajni DC: Transmetropolitan, Sandman, Łasuch, Dni pośród nocy.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o