Nowe oblicze starego konfliktu. Batman Biały Rycerz. Recenzja

W zeszłym roku wydawnictwo DC ruszyło z nową inicjatywą o nazwie “Black Label”. Startując z tym imprintem, celowali w dojrzalsze, poważniejsze i mroczniejsze opowieści niż te dostępne w ich głównej linii. Dając tym samym dużą swobodę twórczą oraz zachęcając do opowiedzenia świeżych, często oryginalnych opowieści przy użyciu znanych nam postaci. Jedną z pozycji, która pojawiła się pod tym szyldem, jest omawiany tutaj Batman Biały Rycerz. Za jego polskie wydanie odpowiada Egmont, które zebrało wszystkie osiem zeszytów historii i opublikowało razem w formie pojedynczego tomu w twardej oprawie. 

Komiks doczekał się ciepłego przyjęcia ze strony krytyków, a także okazał się sprzedażowym hitem (w końcu to Batman). Na tyle, że w tym roku zaczęła ukazywać się jego kontynuacja, również w ramach “DC Black Label”. Chociaż moim zdaniem patrząc na plan tego wydawnictwa, to liczba około-batmanowych historii zahacza o wartości absurdalne. Dla samego tego imprintu wynosi na ten moment około dziesięciu. Szkoda, że nie zaryzykowano i nie sięgnięto po większą ilość mniej znanych postaci, z którymi można by jeszcze mocniej poeksperymentować. Piekielnie monotematycznie ostatnio tam u nich. Ale, ale porozmawiajmy o samym komiksie. 

Batman – White Knight 001 (2017) (Digital) (Hillary-Clinton)

Biały Rycerz 

Jaki jest Batman, każdy widzi. Tak mógłbym rzec już na wstępie, bo to postać tak przeżuta przez popkulturę, że nawet nasze babcie i dziadkowie wiedzą, kim jest zamaskowany mściciel z Gotham. W tym komiksie również nie zdecydowano się odejść zbyt drastycznie od klasycznego wizerunku. Dotyczy to również przeciwników oraz sojuszników Gacka. Chociaż oczywiście przygotowano dla nas pewien twist fabularny, który jest nam przedstawiony na pierwszych kartach historii. Zacznijmy jednak od początku…

Nowy szeryf w mieście

Czy jest w tym medium bardziej ograny motyw niż pościg Batmana za Jokerem? Nie wydaje mi się. I to właśnie na nim opiera się właściwa przygoda. Ale jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca nam się w oczy, jest zdecydowanie większa bezwzględność Mrocznego Rycerza i mniejsze przejmowanie szkodami w otoczeniu. Jazda po dachach, ledwie omijanie postronnych, czy niszczenie mienia publicznego. Obrońca Gotham zdecydowanie nie patyczkuje się w swoich działaniach. Na szczęście Batgirl i Nightwing czuwają nad tym, aby nikomu z cywili nic się nie stało, jednocześnie próbując przywołać swojego mentora do rzeczywistości. Jego uwaga jednak skupiona jest całkowicie na klaunie. W pewnym momencie zabawa w kotka i myszkę dobiega końca. 

Sfrustrowany Batman zaczyna bezlitośnie okładać Jokera kolejnymi razami, a ten jeszcze prowokuje bohatera. Ostatecznie doprowadzając do tego, że Nietoperz wciska mu w gardło jakiś eksperymentalny lek, który był przechowywany w składzie, gdzie przyszło im walczyć. Lek, jaki wg słów samego Księcia Zbrodni, jest w stanie wyleczyć go z szaleństwa i stłamsić personę Jokera. Zmasakrowany i nafaszerowany medykamentem złoczyńca trafia do Arkham. Tam okazuje się, że wszystko, co mówił, było prawdą, a odzyskawszy zdrowy rozsądek, postanawia zmienić Gotham na lepsze. Wstępuje tym samym na drogę walki politycznej oraz wizerunkowej przeciwko Batmanowi i miejskiej policji. Nadając sobie miano Białego Rycerza. Czy jednak aby na pewno kierują nim altruistyczne pobudki? 

Toksyczny związek

Zdążyliście już pewnie odgadnąć, że twistem fabularnym jest właśnie tutaj zdrowy psychicznie Joker. W połączeniu z brutalniejszym, bardziej pozbawionym skrupułów i mniej ostrożnym w swoich działaniach Batmanem – daje nam to pewne odwrócenie w dynamice pomiędzy tymi dwiema postaciami. Otóż w oczach mieszkańców Gotham, granica między superbohaterem a złoczyńcą w pewnym momencie zaczyna się zacierać. Tam, gdzie zwykle mieliśmy jasny podział i obraz działań herosa walczącego z całym legionem kolorowych łotrów, tak tutaj postarano się nadać konfliktowi nieco odcieni szarości. Gacek nie jest tak cierpliwy, metodyczny, a już na pewno opanowany, jak ten znany z głównego uniwersum. Zdarza mu się działać pochopnie, wręcz nerwowo pod wpływem emocji. Dając tym samym w ręce uzdrowionego Jokera, którego prawdziwe imię brzmi tutaj Jack Napier i tak każe siebie nazywać, broń przeciwko samemu sobie. 

A ma przed sobą godnego przeciwnika. Biały Rycerz bowiem okazuje się ponadprzeciętnie inteligentnym i kalkulującym na chłodno człowiekiem. Powoli, metodycznie zjednuje sobie opinię publiczną, a także nastawia dotychczasowych sojuszników Batmana w opozycji do niego. Zgrabnie posługując się przy tym literą prawa oraz masą PR-owych sztuczek. Na ten tort nałożono jednak jeszcze jedną warstwę – relacji samego Jokera z Gackiem.

Miłość od pierwszego wejrzenia

Bowiem jednym z prominentnych wątków jest swojego rodzaju związek między bohaterem a złoczyńcą. Szczególną afekcją względem drugiej strony konfliktu wykazuje się przede wszystkim Joker. Ten ma istną obsesję na punkcie Batmana. Jest jednocześnie jego największym wrogiem, jak i najzagorzalszym fanem. Na co szczególnie postawiono nacisk w prezentowaniu genezy tutejszego Księcia Zbrodni. Nie jest ona ograniczona bowiem tylko do tego felernego wypadku z chemikaliami, a odbywa się równie mocno na płaszczyźnie psychologicznej. Co moim zdaniem było najlepszą częścią całego komiksu. Takie bardziej osobiste, mniej skupione na superbohaterowaniu podejście na pewno jest czymś odświeżającym. Widać inspiracje “Zabójczym Żartem”, przy jednoczesnym nadaniu całości własnego posmaku. Niestety ostatecznie zabrakło w tym pewnej konsekwencji. 

Od mniej więcej połowy komiksu te najciekawsze, najbardziej oryginalne motywy zaczynają ustępować miejsca klasycznemu trykociarstwu. Widać moment, w którym zabrakło pomysłu, w jaki sposób można by temat przewodni rozwinąć i pociągnąć dalej. Zamiast tego uraczono nas najprostszym możliwym rozwiązaniem. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, żeby nikomu nie popsuć spoilerami odkrywania historii na własną rękę. Dodam więc tylko tyle, że istotną rolę gra ktoś, kto nie jest specjalnie dobrze napisaną postacią. Z nudnym backgroundem i motywacjami napisanym w taki sposób, by scenarzyście ułatwić sobie zadanie rozwiązania całej intrygi. Nie wiem, czy było to spowodowane ograniczoną liczbą zeszytów i potrzebą pójścia na skróty, czy zupełnie innymi. Nadal jednak rozwój opowieści był bardzo rozczarowujący w drugiej jej połowie. 

Teatr jednego aktora

Nie wspomniałem tego wcześniej, ale za “Batman Biały Rycerz” stoi przede wszystkim jedna osoba. Zarówno jako autor scenariusza, jak i rysunków. Pan Sean Murphy podjął się obu ról i trzeba przyznać, że w efekcie udało mu się wybrnąć obronną ręką. O ile trochę narzekałem na braki w scenariuszu, to już strona artystyczna jest zwyczajnie fenomenalna. Gotham jest odpowiednio mroczne, brudne i ociekające brutalnością. Projekty postaci osadzone w ich klasycznych, najbardziej rozpoznawalnych kulturowo formach, ale z pewnym własnym sznytem i charakterem. Akcja płynie przez kolejne kadry i narracja wizualna wspiera tą prowadzoną przez scenariusz oraz dialogi. Także sposób użycia kolorów przez Matta Hollingswortha jest trafiony w punkt. Wszystko wydaje się na swoim miejscu. Poza jednym elementem…

Mrugnięcia okiem

Komiks jest zwyczajnie przesycony easter eggami i odniesieniami do innych dzieł związanych z Batmanem. Tak, jak Joker w samej historii ma obsesję na punkcie Mrocznego Rycerza, również autor wydaje się mieć trochę niezdrowy fetysz. Rozumiałbym jakieś delikatne nawiązania, mignięcia tu i ówdzie czymś znajomym. Tutaj jednak przybiera to formę mało strawną. Najmocniej odczuwalne staje się to wraz ze spadającą jakością scenariusza. Nie da się na to nie zwrócić uwagi, bo część z tych odwołań jest nam zwyczajnie wciskana w gardło. “O patrzcie Batmobil z tego, tamego i siamtego”, a za rogiem czai się Burton, tu z krzaków wystaje Nolan, a gdzieś tam jeszcze w tle ktoś inny. Ostatecznie taki miszmasz motywów nie wychodzi na dobre i pod koniec komiks jedzie już na oparach oryginalności. 

Polskie wydanie

Ekspertem od fizycznych wersji komiksów nie jestem. Powiem więcej – Batman Biały Rycerz, to pierwsze takie w mojej, ekhem, “kolekcji”. Niemniej jednak wrażenia podczas obcowania z taką formą mogę określić jako pozytywne. Tłumaczenie wydaje się kompetentne, chociaż miejscami korciło mnie, by nabyć oryginał i porównać pewne dialogi, które wydawały się nieco dziwnie sformułowane. Dużo ciepłych słów muszę skierować w stronę okładki. Twarda, solidna oprawa, szczegółowy rysunek i ładnie wyeksponowany Joker, którego pokryto warstwą nadającą połysku. Wydanie bogate jest w bonusowe grafiki koncepcyjne i okładki poszczególnych zeszytów. 

Mam tylko dwa problemy. Pierwszym jest jeden spash-page, który został potwornie zmasakrowany przez taką formę wydania. Szczegółowy, popisowy rysunek przeznaczony na dwie strony, tutaj w formie podzielonej i na załamaniu – zwyczajnie wygląda komicznie źle. Drugim natomiast okazała się czcionka użyta do cytatów otwierających kolejne rozdziały. Ten czarny prostokąt można by wypełnić znacznie estetyczniej. 

Dobry komiks, ale…

Czy warto sięgnąć po “Batman Biały Rycerz”? Mówiąc szczerze, ciężko jest mi dać jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. Historia tutaj zawarta i sam konflikt między Mrocznym Rycerzem a Jakiem Napierem jest intrygujący oraz zniuansowany. Niestety autor scenariusza nie wydobywa całego potencjału się w nim kryjącego. Zamiast tego ucieka się do prostych motywów i banalnych rozwiązań. Czuję niedosyt połączony z lekkim rozczarowaniem. Dla fanów Batmana, którzy są gotowi przymknąć oko na pewien brak konsekwencji, z pewnością będzie nie lada gratką. U pozostałych czynnikiem decydującym po sięgnięcie może być rewelacyjna oprawa wizualna. 

Na koniec pozostaje mieć nadzieję, że sequel do Białego Rycerza okaże się bardziej przemyślany i zbuduje coś naprawdę intrygującego. Podstawy ku temu są, ale czy solidne fundamenty wystarczą? 

To się okażę, a tymczasem nie zapomnijcie odwiedzić Leniwej Popkultury na Facebook’u oraz sprawdźcie inne recenzje komiksów DC z naszej gałęzi!

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o