Auć! The Witcher: Of Flesh and Flame – Recenzja

Lawina śmieszków na temat Andrzeja Sapkowskiego, jaka przetoczyła się przez Internet (jak u Barei – „i ten polski, i zagraniczny”), sprawiła, że spod memowych zasp wystawał ledwie wąs pisarza. Śmiałem się i ja – streszczenie początku pierwszej gry o Wiedźminie do „Geralt z amnezją pojawia się w Kaer Morhen, a zaraz po tym zamek atakuje grupa bandytów z wielką modliszką na magicznej smyczy” i skwitowanie tego przez „Dajcie mi pieniądze z góry” to prawdziwy majstersztyk. Ale wiecie co? Okazuje się, że tym razem pazerność zamieniła się w przezorność, i to słuszną. Mam nadzieję, że pan Andrzej wziął za „The Witcher: Of Flesh and Flame” pieniądze z góry, bo inaczej kieszenie na drobne w jego kamizelkach świecić będą pustkami.

Należy przyznać jedno – moje oczekiwania odnośnie do dzieł dotyczących wiedźmińskiego świata są bardzo wyśrubowane. Darzę to uniwersum wielkim szacunkiem i na zawsze pozostanie u mnie na wyjątkowym miejscu, jako pierwsza opowieść, w którą zagłębiłem się bez reszty w sposób dorosły (w dziecięcy zapoczątkował to u mnie cykl o Harrym Potterze). Nie zadowolę się czymkolwiek, byle było wiedźmińskie.

Z drugiej strony jednak podchodzę entuzjastycznie do każdej nowej przygody Geralta – czy to na stronach komiksu, czy na klatkach gry wideo (dodatku do Monster Hunter: World czekam na Ciebie!).

♪A miało być tak pięknie ♪

Kiedy usłyszałem o zapowiedzi komiksu „The Witcher: Of Flesh and Flame” byłem pełen ekscytacji. Za scenariusz odpowiadała w końcu Aleksandra Motyka, jedna ze scenarzystek „Dzikiego Gonu”. Wydawca komiksu, Dark Horse, to też jednostka godna największego uznania. Spod pras opiekunów kultowego Hellboy’a wyszła też nie najgorsza seria o Geralcie autorstwa Paula Tobina. Tym razem coś jednak nie zagrało, a raczej, nawiązując do wiedźmińskich żarcików, można powiedzieć: „Vesemirze… To nie była Biała Mewa”.

Początek komiksu zapowiadał się nieźle. Gdybym był złośliwy, to powiedziałbym, że wtedy rysowniczce jeszcze chciało się narysować coś dobrego. Nie jestem jednak złośliwy, więc tak nie powiem. Na pierwszych kadrach wita nas Geralt, który ranny jedzie przez las. Napotyka nowy, łasy na krew, rodzaj potworów – coś w rodzaju agresywnych bożątek. Pod wiedźmińskim spojrzeniem potwory uciekają w głuszę i kończą tym samym najlepszą część komiksu. Tu dało się wyczuć naprawdę obiecujący klimat – mroczna, fantastyczna kreska, dobranie kolorów, które oddało nocny las pełen tajemniczego napięcia, całość lekko à la Mike Mignola. Wyjeżdżamy jednak z lasu i docieramy do smutnej rzeczywistości.

Co tu się stanęło?

Trzeba Wam wiedzieć, że „Witcher: Of Flesh and Flame” to komiks osadzony w „growym” uniwersum wiedźmińskim. Akcja dzieje się przypuszczalnie po wydarzeniach z „Dzikiego Gonu” lub względnie po zakończeniu mniej więcej połowy głównego wątku, na co wskazują rozmowy między bohaterami. Tak czy inaczej, trafiamy wraz z Geraltem do Novigradu, który wyda nam się od razu znajomy. Jest bowiem odpowiednikiem swojego cyfrowego pierwowzoru i robi to w sposób udany. Wiedźmińskim światem wstrząsa jednak niesłychana tragedia – jaskółcze ziele nie rośnie już na każdym krzaku przy każdej drodze i Geralt jest zmuszony do zakupienia go na targu. Jako że jest obrzydliwym mutantem, klauzula sumienia zabrania sprzedawcom przehandlowania mu ziół. Wywiązuje się awantura, którą przerywa pewien mistrz kupiecki – dawny znajomy wiedźmina. Zabiera go do karczmy na kufel piwa i, rzecz jasna, zapodaje wiedźmińskie zlecenie.

Taki właśnie jest początek tej przygody. Początek mogący być wstępem do zapadającej w pamięć historii. Nie raz już przekonywaliśmy się, że wiedźmińskie zlecenia potrafią nas mocno zadziwić. Może i będzie tak w kolejnych zeszytach tej serii, ale na pewno nie w tym. Dalsza część komiksu jest niestety koncepcją co najwyżej średnią, a wykonanie nie porywa. Geralt jest miałki, nudny, jego postać spłycono do wędrownego zabójcy potworów, psa na baby. Próżno liczyć tu na wielowarstwowego, złożonego bohatera, którego pokochały setki tysięcy fanów.

Dialogi też nie porywają, po prostu są. Gdyby ich nie było, to też by się nic nie stało.

Światełko w tunelu? Otóż nie tym razem

Najbardziej boli mnie tu jednak oprawa artystyczna. Kadry komiksu nie stoją na równym poziomie. Te naprawdę przyzwoite przeplatają się z tymi kiepskimi. Geralt raz za razem strzela minami bardziej memicznymi niż prezydent pewnego kraju w środkowej Europie. Czasem wygląda jak zawodowiec, twardy profesjonał, a czasem jakby reklamował płatki śniadaniowe, uśmiechając się niemądrze. Gdy rysowniczka kreuje postaci z dalszych planów i upraszcza ich rysy, zamieniając oczy na kropki (coś jak Jeff Lemire), to wygląda to po prostu śmiesznie. Jak zdziwiony Pikachu z popularnych ostatnio memów. Te wszystkie zabiegi artystyczne mogą się podobać bądź nie – jest to w końcu kwestia subiektywna. Jednak zaburzenie proporcji w jednym z kadrów jest wręcz straszne i ja mówię pas.

Czy to odcinek crossoverowy? Spójrzcie w tło.
Często tu przychodzisz? Aaa nieważne.

Ważne są tylko te komiksy, których jeszcze nie znamy

„The Witcher: Of Flash and Flame” wypada bez rewelacji. Nie przekreślam serii ostatecznie i mam nadzieję, że drugi zeszyt trochę zwiększy tlący się we mnie promyk nadziei, który obecnie może zgasić już nawet nie dmuchnięcie, ale zwykły oddech. To ma szansę jeszcze dobrze wypaść, ale początek jest niczym wyłożenie się na twarz już przy pierwszym płotku (Płotce) w biegu przez płotki (Płotki). Póki co, jeśli nie zależy Wam na dobrej, wiedźmińskiej opowieści, a wolicie raczej zbierać ołówki, karteczki i wszystkie gadżeciki związane z Geraltem – kupujcie śmiało! 

Wspomniałem już w międzyczasie, że nie jestem wredny, prawda? Nadal nie jestem. Ale gdybym jednak był, to musiałbym wspomnieć o pewnej opinii o komiksie, która – o zgrozo – pojawia się jako druga pozycja po wrzuceniu frazy The Witcher: Of Flesh and Flame w wyszukiwarkę. Żebyście nie musieli nabijać wyświetleń, uprzedzam – przyczepiam się do Spider’s Web. Koledzy! Pod kątem artystycznym bardzo dobrze to wypadają rysunki Mike’a Dringenberga czy Sama Kietha. Rysowniczka komiksu, Marianna Strychowska, sama nie mogła się zdecydować, czy tworzy obrazy w surowym, realistycznym stylu, czy w lekkiej formie jak znany z CD-Action Otis. Wskutek tego otrzymujemy przeplatankę odmiennych stylów na wyższym lub niższym poziomie graficznym. Serio. Przyjrzycie się dobrze jeszcze raz. Tak jest, nie zmyślam.

Ech. Dobrze, że mam Kaznodzieję do czytania.

3
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
RankineMartaRecent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marta
Gość

Dzięki za ten tekst. Jak rozumiem, to kolejny 4 tom z cyklu Wiedźmin? Czy to jest coś nowego? Z tego co widzę, to faktycznie słabo to wyszło. Niestety ta seria jest nierówna. Dom ze szkła był super, Dzieci Lisicy mocno średni – głównie fabularnie, Klątwa kruków – bardzo fajna. Rysunki w każdym bardzo spoko, a tu zonk. Ale i tak go kupię, żeby mieć na półce i mieć na co pokręcić głową… Ale dopiero jak będzie po polsku 😉

%d bloggers like this: