Ant-Man and The Wasp – mały „sukces” wielkiego kina

Ant Man and The Wasp

Będąc fanem blockbusterów, a w szczególności tych o trykociarzach w obcisłym spandeksie, nie mogłem odmówić sobie kolejnego filmu ze stajni Disney/Marvel. Mowa tu o sequelu do produkcji o najmniejszym, ale wcale nie takim niepozornym bohaterze. Zapraszam do recenzji: Ant-Man and the Wasp. 

Zadebiutował on w polskich kinach trzeciego sierpnia bieżącego roku, choć premiera światowa miała miejsce cały miesiąc wcześniej – co było tłumaczone trwającym właśnie mundialem. Rodzimi dystrybutorzy postanowili z jakiegoś dziwnego powodu przetłumaczyć pseudonim jednej z głównych bohaterek tego filmu: z „Wasp” na „Osa” przez co spolszczony tytuł wygląda i brzmi bardzo dziwnie, żeby nie powiedzieć głupio. Z samą postacią Scotta Langa, czyli noszącego bohaterskie miano Ant-Mana nigdy za bardzo nie sympatyzowałem, a pierwszą część jego przygód uważam za po prostu kolejny solidny film Marvel Cinematic Universe.

Ale na część drugą postanowiłem wybrać się w premierę.

Znajomi namówili mnie jednak by wybrać wersję z dubbingiem, co skutecznie utrudniało mi czerpanie satysfakcji z filmu, słuchając, na przykład Olgierda Łukaszewicza zamiast Michaela Douglasa. Trzeba jednak pochwalić Antoniego Pawlickiego dubbingującego Luisa, przyjaciela Scotta, oraz Antoninę Żbikowską podkładającą głos pod córkę Ant-Mana – Cassie, ponieważ wykonali bardzo dobrą robotę i tylko ich głosy pasowały mi do postaci występujących w filmie.

Mała komedia między gigantami – ale czy na pewno?

Tata superbohater Scott, po wydarzeniach z Civil War siedzi w areszcie domowym, po tym jak poszedł na ugodę z rządem. Utrzymuje jednak dalej kontakt z byłą żoną oraz jej partnerem, a w szczególności ze swoją ukochaną córeczką. W filmie spotykamy go, gdy pozostaje mu już tylko parę ostatnich dni do końca wyroku, jednak pewne wydarzenia sprawiają, że jest zmuszony pomóc Hankowi Pymmowi oraz jego córce Hope (Wasp). Całość wiąże się m.in. z zaginięciem żony naukowca w wymiarze kwantowym. Próbują przeszkodzić im w tym gangster Sonny Burch oraz tajemnicza Ghost.

Siadając w fotelu na sali kinowej, liczyłem na kolejny dobry film spod szyldu Marvela ze świetnymi scenami akcji, sensowną fabułą i odpowiednią dawką humoru. Niestety się trochę przeliczyłem. Sceny walki oraz pościgi są oczywiście efektowne, CGI, jak i kostiumy stoją na bardzo wysokim poziomie, a element komediowy, nawet w polskiej wersji językowej, naprawdę daje radę (w szczególności rozbawiły mnie żarty, w których bierze udział wcześniej wspomniany Luis). Fabuła jednak totalnie rozsypuje się w połowie drugiego aktu, a do tego jest niekonsekwentna. Z chęcią napisałbym coś więcej o fabule, ale w pewnym momencie staję się tak miałka i nie angażująca, że pozostaję nam oglądać serię żartów oraz scen akcji.

Pojawia się także nowy czarny charakter o pseudonimie „Ghost” z intrygującym originem oraz sensownymi motywacjami, jak i celem, jednak ostatecznie zmarnowano potencjał tej postaci. W mojej opinii została sprowadzona do zaledwie bycia kolejnym „tym złym”. Także powody jej działań zostają rozbite oraz spłycone – przez co traci to jakikolwiek wydźwięk emocjonalny. Historia niby próbuje sprawić, by trzeci akt trzymał widza w napięciu, lecz kończy się to tym, że przez ostatnie dwadzieścia minut obserwujemy jak bohaterowie oraz antagoniści ganiają się po całym mieście – jedynie po to aby zdobyć mało interesującego MacGuffina, który w założeniach miał napędzać całą opowieść. 

Jeśli chodzi o drugiego antagonistę filmu, Sonny’ego Burcha, mimo że Walton Goggins próbuję wycisnąć z tej roli jak najwięcej, to sam gangster jest zły dla samego bycia złym – znowu. Nie potrafiłem również oprzeć się wrażeniu, że momentami służył jedynie do pchania fabuły. Kolejnym problemem filmu jest to, że nie wnosi za dużo do uniwersum.

Duet naszych głównych bohaterów już natomiast dawał radę, ale w mojej opinii nieco lepiej wypadł Ant-Man, głównie z powodu jego fantastycznej relacji z córką. Wątek romantyczny między Scottem a Hope był poprowadzony nieźle, chociaż momentami było w nim za dużo kliszy, powracająca miłość i tak dalej… Ostatnim aktorem, którego muszę wyróżnić, jest Michael Pena grający, już parę razy wspomnianego, Luisa. Widać, że bawi się tą rolą. Większość żartów z jego udziałem to majstersztyk oraz sam jego sposób „bycia” wraz z mimiką, czy mową ciała jest świetny. Osobiście uważam, że okazał się jednym z jaśniejszych punktów całego filmu.

Ant-Man and The Wasp – mały sukces czy wielka porażka?

Jeśli chodzi o scenę po napisach, to każdy, kto oglądał Infinity War powinien się domyślić, co się w niej znajduję. Osobiście liczyłem na coś trochę innego i delikatnie się zawiodłem. Jednak przy drugim seansie, gdy wymagałem od filmu jedynie bardzo dobrych żartów oraz niesamowitych scen akcji, bawiłem się już o wiele lepiej.

Reasumując: Ant-Man and The Wasp, czy jak kto woli, Ant-Man i Osa na pewno nie jest filmem złym. Posiada parę błędów logicznych oraz niezbyt zajmującą fabułę, ale nadrabia świetnymi żartami i bardzo dobrymi występami aktorskimi. Do zalet tej produkcji możemy zaliczyć także sceny akcji oraz rewelacyjne CGI. Produkcja jest w porządku, lecz nie do takiego poziomu przyzwyczaiło nas filmowe uniwersum Marvela.

Na pewno nie porwał mnie tak mocno jak Black Panther, nie mówiąc już o Infinity War, ale jeśli szukacie dobrej komedii akcji z równie dobrymi efektami specjalnymi Ant-Man and The Wasp może Wam się spodobać.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: