Anime na miarę statuetki Oscara? Mirai – Recenzja filmu

Filmy anime w polskich kinach to dość rzadkie zjawisko. Ostatnim, o którym pamiętam, były Wilcze Dzieci, debiutujące w 2012 roku. Od tamtej pory nic większego nie obiło mi się o uszy, a minęło już przecież siedem lat. Wygląda na to, że w Polsce produkcje z kraju kwitnącej wiśni raczej nie zagrzeją stałego miejsca obok produkcji o superbohaterach… A na pewno nie w najbliższej przyszłości.

Warto więc korzystać z każdej okazji, gdy produkcja ze wschodu przywędruje do naszych kin.

Tak się składa, że to właśnie nastąpiło. Nie wspomniałem Wilczych Dzieci tylko po to, aby przypomnieć ten genialny film – autorem wspomnianego dzieła jest Mamoru Hosoda. Prawdziwy geniusz. Praktycznie każde Jego dzieło zapada w pamięć. Fabularnie dopracowane, wciągające produkcje, które nie traktują widza jak idioty, wykładając mu wszystkiego na tacy. Jeżeli wcześniej nie mieliście z nimi do czynienia, to do kin na początku lutego trafiło najnowsze dzieło Pana Hosody – nominowane do Oscara Mirai.

Mirai no Mirai

Bohaterem animacji jest kilkuletni chłopiec imieniem Kun. Żyje w artystycznie zaprojektowanym domu wraz ze swoją mamą, tatą oraz psem – Yukko. Kun ma praktycznie wszystko, czego potrzeba dziecku: kochającą rodzinę, mnóstwo zabawek i odpowiednią dawkę atencji… Aż nagle cały jego świat zostaje wywrócony do góry nogami.

Oto w domu pojawia się ktoś nowy: mała, słodka istotka. Początkowo budzi niezmierne zainteresowanie głównego bohatera, ale piękna bańka szybko pęka. Kun początkową sympatię do nowej siostry zmienia w czystą nienawiść. Mirai okazuje się prawdziwym potworem! Zabrała mu rodziców! Kun czuje się samotny i odrzucony.

Wtedy właśnie wkracza w wyimaginowany, baśniowy świat. Tam spotka nie tylko Mirai z przyszłości, ale również dalszych krewnych… A nawet ludzką wersję Yukko! Tam, w jego wymiarze, mogłoby się wydawać, przypadkowe spotkania będą zmieniać spojrzenie Kuna na otaczający go świat oraz zmuszą do refleksji nad własnym zachowaniem.

Leniwiec z przyszłości

Wyjaśnijmy to od razu: Mirai to wspaniały film. Bawiłem się na nim nawet lepiej, niż na Spider Verse – mimo że nie był wyświetlany w profesjonalnym kinie. Oczywiście, przygody pająka oferowały niezwykłe doznania wizualne, ale pod względem fabuły Mirai stoi półkę wyżej.

Kanał Sfilmowani w swojej recenzji Mirai bardzo ładnie i trafnie podsumowali całość filmu. Ja bym chciał jednak spojrzeć na postać głównego bohatera trochę pedagogicznym okiem – może to jedynie moje teorie, ale jeżeli taki zamysł od początku miał Pan Hosoda, to chylę czoła do samej ziemi.

Pozwoliłem sobie założyć, że nasz Kun w filmie ma cztery lata. Dlaczego właśnie cztery? Ponieważ u dzieci we wspomnianym wieku następuje ogromny rozwój wyobraźni (a dodatkowo może „odcinać” się od rodziców lub przeciwnie – denerwować się, gdy ci poświęcają uwagę czemuś innemu niż on. To właśnie robi kun). Wracając: tworzy swój świat, w którym zatapia się po uszy. Ponadto wymyśla przyjaciół, bawi się i rozmawia z nimi. Mirai prezentuje nam dokładnie takie zachowanie! Każde „niepowodzenie” Kuna to niemal natychmiastowa ucieczka w swój świat, w którym jest Książę Yukko, pradziadek czy siostra z przyszłości. Jeżeli to było przemyślane zagranie autora – genialne. Chętnie pracowałbym na studiach z tym filmem.

Fakt faktem, na końcu Mirai trochę zaciera tę granicę między światem realnym a zmyślonym, że dla widza nie jest już takim oczywistym, czy to tylko wymysły Kuna. Warto też zaznaczyć, że pod koniec, gdy akcja filmu zaczyna toczyć się na peronie (Kun jest fanem pociągów), aż mnie ciarki przeszły. Zgubienie się na gigantycznym dworcu, do tego z pociągiem, który „wywozi” taki zguby, mogłoby wywołać traumę w niejednym małoletnim widzu. Niestety tego momentu nie umieszczono w trailerze – ale zapewniam, że dziecko mogłoby się przestraszyć.

Ładna animacja

Nic dodać, nic ująć. Studio Chizu przyzwyczaiło nas już do prostej, ale naprawdę urokliwej kreski. Widzieliśmy podobną w Ookami Kodomo no Ame to Yuki (Wilcze dzieci) i Bakemono no Ko (recenzja pierwszego tomu mangi tutaj!). Prosty styl wpasowuje się w lekki klimat fabuły, a przy tym zostawia pole do popisu przy animacji.

I ta wypada bardzo dobrze! Dynamika postaci stoi na wysokim poziomie: szczególnie to widać, gdy na ekranie dużo się dzieje. Na przykład, gdy Kun bawi się z Yukko. Ale prawdziwą ucztę stanowią przejścia do wymyślonego świata. Z zapartym tchem przyglądałem się kolejnym sztuczkom, jakie serwowało Mirai.

A na deser…

Oprawa dźwiękowa. Przede wszystkim chodzi mi tutaj o główny motyw filmu, piosenkę, która otwiera i zamyka Mirai. Utwór w wykonaniu Tatsuro Yamashita to coś wspaniałego. Świetnie wpasowana w klimat filmu, a przy tym nadaje się do słuchania niemal zawsze. Do porannej herbaty, w drodze do pracy czy też do nauki.

Świetne, nie mogę przestać słuchać. Mam ją nawet zapętloną w czasie pisania tego tekstu.

Jak wygląda proces dorastania?

Chciałem pominąć akapit o bohaterach. Tak naprawdę w Mirai najważniejszy jest Kun: jego myśli, zachowanie, pragnienia i uczucia. Poza nim mamy rodziców (którzy nawet nie otrzymali imion, to chyba coś znaczy o ich roli). Mógłbym im jednak zarzucić, że faktycznie trochę zaniedbywali syna. To nie było ich pierwsze dziecko, więc powinni mieć już pewne doświadczenie – a tego nie zauważyłem. Gdzieś tam przewija się jeszcze babcia, ale tylko epizodycznie.

Yukko wypadł przyzwoicie. Ciekawym doznaniem było wejście do głowy psa, który miał przeżycia niemal identyczne co główny bohater. Mirai jako starsza siostra też daje radę – obejrzałbym sequel z nią w roli głównej.

To jednak nic przy samym Kunie. W ponad godzinnym filmie możemy w trafny sposób zaobserwować etapy powolnego dojrzewania dziecka. Również przez ten aspekt uważam, że można by było pracować z Mirai na pedagogice. Z każdej ucieczki w swój świat, Kun wraca bogatszy o bagaż doświadczeń. Jest też bardziej uświadomiony w swoich uczuciach, co pozwala mu zrozumieć własne błędy i, koniec końców, wyciągać odpowiednie wnioski. A poza tym jest też strasznie denerwującym dzieckiem, które ciągle krzyczy i wyje. Ale taki już urok dzieci.

Mirai – świetne dzieło z nominacją do Oscara

Po seansie mogę śmiało stwierdzić, że Mirai zasłużyło na nominację, ba, myślę nawet, że na samego Oscara. Przykro mi trochę, gdy pomyślę, że zgarnie go Spider Verse. I nie ujmując przygodom Milesa – są fenomenalne pod względem animacji. Nowy Spider-Man to na pewno film innowacyjny, który nie bez powodu zbiera niemal same pozytywne oceny. Powtórzę się jednak: jeżeli chodzi o fabułę, Mirai stoi o poziom wyżej. Wiedziano, które postacie warto uwydatnić, a które zwyczajnie pominąć (chociaż nie do końca). W Spider Verse dostajemy co najmniej troje bohaterów, bez których film nic by nie stracił. Ale to nie tekst o Oscarach, a o kolejnym genialnym dziele Pana Hosody.

Warto też podziękować wydawnictwu Waneko za patronat medialny. To bez wątpienia przyczyniło się w pewnym stopniu do większej popularności Mirai w Polsce.

Cóż mogę Wam więcej napisać. Na Mirai można się wzruszyć, można się pośmiać, można nawet kontemplować własne życie, a ostatecznie – można wynieść nawet jakąś wiedzę.

Z całego serca polecam, a sam chętnie powtórzę seans. Idźcie do kina, póki jeszcze grają, warto.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: